Papierowy JazzPRESS
Felieton Słowo

Down the Backstreets: Historia ucieczki za maskę

Obrazek tytułowy

MF DOOM – Operation: Doomsday

Fondle ‘Em, 1999

Gdy pierwszy raz usłyszałem album Operation: Doomsday, miałem jakieś 14 lat. Największymi gwiazdami świata i idolami byli Eminem i 50 Cent. Ja ubóstwiałem Redmana. Operation: Doomsday kompletnie mi się nie spodobał. Sama postać MF Dooma była czymś kompletnie niezrozumiałym, abstrakcyjnym, momentami wręcz odrzucającym. Czemu ktoś miałby robić z siebie postać komiksową (w dodatku nawiązującą do czarnego charakteru z komiksu o Fantastycznej Czwórce – w Polsce nieznanego i sprawiającego wówczas wrażenie dziecinnego, banalnego), chodzić w masce i rapować pod tak dalekie od modnych bity? Ta koncepcja twórcza nadal może być niezrozumiała dla większości słuchaczy niezaznajomionych z różnorodnością i celebracją oryginalności w środowisku hip-hopowym. Żeby zrozumieć umysł kolesia w masce, musimy cofnąć się do roku 1993 – sześć lat przed wydaniem Operation: Doomsday, jakieś trzy-cztery przed narodzinami MF Dooma.

W 1991 roku bardzo dobry album Mr. Hood wydała grupa KMD – podopieczni MC Sercha i zespołu 3rd Bass. Główne role w grupie grali DJ Subroc oraz Zev Love X – w życiu prywatnym rodzeni bracia Dingilizwe i Daniel Dumile’owie. Tuż przed wydaniem drugiego albumu Bl_ck B_st_rds, wytwórnia Elektra Records wyrzuciła KMD ze swoich szeregów. Sytuacja była co najmniej zaskakująca, bo już rozpoczęły się pierwsze akcje promocyjne związane z wydaniem płyty – wliczając w to używanie różnych wariantów okładki. Miało to zresztą duże znaczenie, ponieważ to właśnie okładka Bl_ck B_st_rds okazała się decydującym czynnikiem – była zbyt kontrowersyjna do szerokiej dystrybucji.

Niedługo potem DJ Subroc zginął w wypadku samochodowym, a Zev zaczął pogrążać się w depresji. Daniel Dumile stracił brata, przyjaciela oraz osobę, którą uważał za swoją niezawodną prawą rękę. Skutkiem tego tragicznego wydarzenia było wycofanie się z branży na kilka lat. Po przezwyciężeniu najtrudniejszych emocjonalnie chwil, Daniel Dumile powrócił do nagrywania. Przyjął jednak inny przydomek i stworzył personę, za którą ukrył zranione, prawdziwe jestestwo. Zainspirował się tajemniczą postacią Dr. Dooma (Victora Von Dooma) – występującą w komiksach z logo Marvel Comics – i zaczął rapować jako Metal Face DOOM, czyli krócej MF DOOM.

Rapował zupełnie inaczej niż Zev Love X – wolniej i złowieszczo. Zmiana nie była spowodowana jedynie innymi trendami w rapie. Dumile stworzył zupełnie nową, inną personę. Dzięki kilku świetnie przyjętym winylowym singlom, zwrócił uwagę fanów podziemnego, alternatywnego rapu, szukających nowych głosów, nowych idoli w latach 1997-1999, czyli podczas tak zwanej „ery lśniących garniturów” (nazwanej po charakterystycznych ubraniach z teledysków Puff Daddy’ego z tamtego okresu). Odpowiadając na żądania spragnionych kolejnych zwrotek Dooma, Bobbito Garcia (ten sam, który miał legendarną audycję w duecie ze Stretchem Armstrongiem) w 1999 roku wydał w swojej niewielkiej wytwórni Fondle ‘Em album Operation: Doomsday.

Niedługo później Daniel Dumile wrócił też do koncertowania – najpierw zakrywając twarz kominiarkami i prowizorycznymi maskami, a około rok po wydaniu albumu, przywdziewając ikoniczną maskę inspirowaną tą z filmu Gladiator. Na marginesie: zaprojektował i stworzył ją legendarny grafik KEO (znany także jako KEO X-MEN, Lord Scotch lub Scotch 79). Od tego momentu, legenda MF DOOM-a nabierała rozpędu i przybywało fanów. Operation: Doomsday początkowo dostępny był jedynie w niezależnych sklepach specjalizujących się w podziemnym rapie oraz w internecie. Nie przeszkadzało to zgłodniałym nowego brzmienia fanatykom w zdobywaniu swoim egzemplarzy.

Płyta zawiera 19 utworów, w tym pięć skitów z nagraniami audio ze starej kreskówki Fantastyczna Czwórka. Album w całości wyprodukował sam MF Doom. Zarówno bity, jak i warstwę liryczną charakteryzuje nieprzewidywalność. Doom pływa sobie po tych podkładach w jakim tempie i flow chce, i w którąkolwiek liryczną stronę akurat mu się zechce rymować. Nie wiadomo czy za chwilę nie usłyszymy sampla ze Scooby’ego Doo lub Fantastycznej Czwórki, czy też może Dooma rapującego jak pijany.

Bity zawierają sample z utworów między innymi: Isaaca Hayesa, Sade, The Beatles, Quincy’ego Jonesa, The Spinners i Yusefa Lateefa. Nie nazwiska są jednak ważne, a oryginalny sposób użycia tych dźwięków – polecam porównać utwory z albumu z wykorzystanymi materiałami źródłowymi. MF Doom wręcz popisuje się na Operation: Doomsday swoją kreatywnością, wyobraźnią i umiejętnościami, zarówno za konsoletą, jak i przed mikrofonem.

Teksty to niesamowita wolna amerykanka – nie wiadomo co akurat przyjdzie Doomowi do głowy, gdzie nas zabierze. Czasami trzyma się wyznaczonego tematu, innym razem odchodzi od niego dość daleko. Dla niektórych, szczególnie tych przywiązanych do banalnych, radiowych tekstów zawierających najtańsze, komercyjne chwyty i najprostsze metafory, może to być momentami oczywiście bezsensowna paplanina. Ale na tym polega magia muzyki MF Dooma – po prostu płyńmy razem z nim, cieszmy się podróżą, a zapewne będziemy chcieli popłynąć ponownie, by odkryć ukryte skarby. Całość brzmi przy tym zaskakująco lekko i przyjaźnie – niczym kreskówki z lat sześćdziesiątych, pomimo stania w sprzeczności do głównego rapowego nurtu i teoretycznie złowrogiego głównego bohatera. Ciemniejsze czasy jeszcze przyjdą – ten debiut to najprzyjaźniej brzmiący album w katalogu Dooma.

Operation: Doomsday rozpoczął karierę wypełnioną świetnymi płytami oraz niesamowitymi, kreatywnymi i nienagannymi zwrotkami. Brzmi świetnie, ale pozostawia miejsce na rozwój – który nastąpił w kolejnych latach, przy kolejnych projektach. Dzięki silnej grupie fanów, Doom bawił się swoją wyobraźnią i nagrywał płyty pod innymi ksywkami i jako inne persony, a także wiele albumów instrumentalnych z serii Special Herbs. Daniel Dumile pokazuje od lat jak niesamowitymi jest raperem, producentem czy też niemieszczącym się w tych określeniach artystą. Stworzył całkowicie oddzielny „pas ruchu” dla twórców podziemnego rapu, jest obecnie niepodważalną legendą i złotym standardem dla wszystkich poszukujących „czegoś nowego”, czego nie znajdą w muzyce głównego nurtu.

autor: Adam Tkaczyk

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO