Papierowy JazzPRESS
Felieton

Fałszywy prorok Kamasi

Obrazek tytułowy

Chciałem go polubić, ale on się polubić nie daje. Czas płynie, a to wciąż przeciętny saksofonista, który strasznie dużo gada, ale niewiele ma do powiedzenia.

Ustalmy na początek fakty. Pisząc „przeciętny”, wcale nie mam na myśli, że fałszuje, nie trzyma tempa czy reprezentuje poziom ucznia szkoły muzycznej pierwszego stopnia. Mam na myśli to, że bardzo, ale to bardzo daleko mu do wybitności. Bardzo daleko mu nawet do bycia bardzo dobrym. Niedaleko do bycia po prostu dobrym, ale mijają kolejne lata, a ja postępu nie słyszę. A człowiek nowicjuszem nie jest.

Ustalmy fakty po raz drugi. Kto to jest bardzo dobry albo wybitny saksofonista? Sądzę, że nazwiska same przychodzą Wam do głowy, a plejadą tych naprawdę pierwszoligowych można by bez problemu zająć jakieś pół kartki. Coltrane, Bird, Shorter, Adderley, Brecker, Marsalis, Rollins, Young, Webster, Konitz, Garbarek, Kirk, Ornette, Steve Coleman, Blythe, Lloyd, Bartz, Lawrence, Fortune, Stitt, Rivers, Gordon, Dolphy, Barbieri, Ayler, Henderson. Lista jest otwarta, dopiszcie sobie, kogo chcecie. A teraz posłuchajcie Kamasiego Washingtona. Wsłuchajcie się w styl, brzmienie, artykulację, improwizację. Którego ze starych mistrzów Kamasi przerasta? Do którego chociaż dorasta, któremu dorównuje? Sądzę, że odpowiedź jest dość oczywista. A teraz przypomnijcie sobie, że żyjemy w czasach krążących po sieci filmików, na których dziesięciolatkowie zasuwają na instrumentach, jak trzy razy starsi koledzy.

OK, wyhamujmy w tym momencie, żeby ustalić fakty po raz trzeci. Czy Kamasi Washington musi dorastać do starych mistrzów, aby tworzyć fajną muzykę? Cóż, to dość oczywiste, że odpowiedź „Nie, nie musi” jest akceptowalna. Przez dłuższą chwilą myślałem zresztą, że ta antyteza jazzowej kariery ma swój głęboki sens.

Renesans pierwszej klasy

Myślałem tak, bo jako odbiorca jazzu całe życie borykam się z łatką ekskluzywności. Nigdy nie wychylałem się jako członek muzycznej elity, wręcz przeciwnie – zawsze bałem się takiego zarzutu, nie chciałem nikomu narzucać własnych fascynacji i prezentowałem taką muzykę, która mogłaby łatwo dotrzeć do innych.

Kamasi jest tutaj ideałem, jeśli chodzi o jazz. Z jednej strony nie są to popłuczyny i wygłup z gatunku, jak w przypadku Kenny’ego G. Z drugiej – witalność i bogactwo jego kawałków stwarzają tak zwany niski próg wejścia. Nie trzeba być jazzowo oczytanym, by go zrozumieć. A w epoce gasnącej jednak popularności jazzu – przy niegasnącym, infantylnym pojmowaniu go jako sztywnej muzyki panów w garniturach – to powiew świeżości. Woda na stare korzenie.

I kiedy słucha się tego słynnego The Epic, rozpoczynającego ten album monumentalnego do potęgi Change of the Guard, to wydaje się, że oto stanął przed nami mesjasz. Zbawca, który przywróci jazz na stadiony. I tak się słucha, i słucha. I człowiek orientuje się, że do tego słuchania są przed nim trzy płyty. A na każdej to samo. Renesans na jednym patencie. Jedna technika na 30 obrazów. Idealna pojedyncza lekcja dla pierwszej klasy szkoły gimnazjalnej.

Popiół emocji

Skąd się wziął mesjanizm Kamasiego? To proste, wystarczy spojrzeć – na niego, na płyty, na dyskografię. Od razu widać, że stał się łącznikiem różnych światów. Występował u Kendricka Lamara, jednego z najważniejszych, najpopularniejszych i najlepszych obecnie raperów. Grał u Flying Lotusa oraz Thudnercata z Brainfeeder, wytwórni o zasłużonej renomie skupiska rzeczy modnych i fajnych. A do tego ten wizerunek, czerpiący hojnie z etnicznych inspiracji przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, dorzucający do tego zadziorne podkreślanie własnej potęgi, „epickości”, wielkości – w przenośni i dosłownie.

Tyle że w momencie, gdy odrzucimy całą tę otoczkę, wszystkie ciuchy, znanych kumpli, majaczenie o zbawianiu jazzu poprzez docieranie do nowej publiczności, nie zostaje nam nic – poza tym, że nagrano od cholery muzyki, która jest bliźniaczo do siebie podobna i po chwili przestaje wnosić cokolwiek.

Kamasi nie gra ciekawie. Ma poprawny styl, który momentami zdradza pewne ambicje, ale przez większość czasu woli pozostać cholernie nijaki. To styl, w którym brakuje żaru – ale i czegoś więcej. Nie słyszę tu tego, co słyszę na gorszej jakości nagraniach sprzed półwiecza. Tej pasji, tej wciskanej w klapki saksofonu duszy, morderczych ćwiczeń, by być tak dobrym jak mistrzowie.

Kiedy słuchałem koncertu Washingtona podczas Warsaw Summer Jazz Days w 2017 roku, nie chciało mi się wierzyć. To był widok nagiego króla. Już wtedy legendy, która nie pozostawiła we mnie nic. Żadnych emocji, żadnych wspomnień. O niebo lepiej zapamiętałem całkiem anonimowego saksofonistę zespołu Gregory’ego Portera, który robił wszystko, aby świetnie wypaść. A Kamasi przyszedł, zagrał, poszedł. Gdybym go nie znał, dołączyłby do dziesiątków koncertów, na których byłem, ale już dawno o nich nie pamiętam.

HeavenAndEarth.jpg

„Ziemia i chwasty”

Tegoroczny album Heaven & Earth dokładnie potwierdził, w którą stronę powinno przeważyć moje myślenie o tym muzyku. Saxmanie, który nagrywa znacznie więcej, niż ma faktycznie do powiedzenia. Który wydaje się trwać wyłącznie dzięki ludziom, którymi się otacza w studiu. A sam ma do pozostawienia nam mniej niż 23-letni muzycy z Polski, którzy nagrywają niskonakładowe longplaye.

Ucząc się „pisać dziennikarsko”, odebrałem niejedną lekcję pokory. W tym – szacunek do papieru. Redaktorzy z reguły bezlitośnie wycinali z moich recenzji tak łatwo przelewane na papier wspomnienia, które nie tylko marnowały miejsce, ale zachwaszczały przekaz. Niewiele wnosiły, a na ich miejsce dałoby się wpisać tyle merytorycznych rzeczy. Muzykom chyba każdy brak pokory z chęcią bym darował, pod warunkiem, że za łamaniem schematów idzie coś nowego. A tu ani wirtuozerii, ani chociaż punka.

Poczciwy Leonardo da Vinci był fajny przez chwilę. Teraz czas dać mu spokój i wrócić do ciekawszej muzyki.

autor: Barnaba Siegel

Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 10/2018

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

13 grudnia

godz: 19:00

Mistrzowie Polskiego Jazzu: Andrzej Kurylewicz

PROM Kultury Saska Kępa

Warszawa

13 grudnia

godz: 19:00

Jazz Bez Festiwal

Galeria Biała

Lublin

13 grudnia

godz: 20:00

Niechęć

NRD

Toruń

13 grudnia

godz: 20:00

SuperSam +1: Rashad Becker & Joanna Duda

DZiK

Warszawa

14 grudnia

godz: 19:00

Rafał Sarnecki Sextet

12on14 Jazz Club

Warszawa

14 grudnia

godz: 20:00

Zakrocki / Osborne / Gadt

SPATiF

Warszawa

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO