Papierowy JazzPRESS
Felieton Słowo

Isfahan, czyli czar minionych podróży…

Obrazek tytułowy

Foto: Jarosław Czaja

Johnny Griffin Woe Is Me

Factory Of Sounds, 2018

O czym innym można pisać w czasie narodowej kwarantanny, jak nie o podróżach. Teraz, kiedy trudno wydostać się poza najbliższą okolicę – ba, poza swoją posesję! – można tylko powspominać i potęsknić. Jedną z najbardziej znanych (obok Caravan i A Night In Tunisia) kompozycji jazzowych kojarzących się z daleką podróżą jest oczywiście Isfahan. Billy Strayhorn napisał ją po powrocie z dalekowschodniej trasy koncertowej orkiestry Duke’a Ellingtona w 1963 roku, zainspirowany pięknem Iranu. Znalazła się później na genialnej płycie Far East Suite tegoż Ellingtona, a pierwszym jej wykonawcą był oczywiście saksofonista altowy Johnny Hodges. Stworzył on wersję wzorcową, której później nikt chyba nie dorównał, a przecież po Isfahan sięgało i nadal sięga wielu znakomitych muzyków. Ale są dwie, według mnie, wyjątkowe interpretacje tego tematu, które wykraczają daleko ponad przeciętność. Jedna jest szeroko znana i doceniana, druga o wiele mniej. Ta pierwsza znalazła się na wydanej w 1991 roku i obsypanej różnymi laurami płycie Lush Life saksofonisty tenorowego Joe Hendersona. A tę mniej znaną nagrał kilka lat wcześniej inny saksofonista tenorowy – Johnny Griffin.

I tu dochodzimy do wspomnień z mojej własnej podróży. Otóż ze 20 lat temu wpadła mi w ręce płytka CD o nieco przaśnym wyglądzie. Był to fragment kolekcji Wielki Jazz wydawnictwa delPrado. Na brązowej okładce był tylko tytuł i autor: Woe Is Me – Johnny Griffin. Wyglądało to na typowy w takich przypadkach zestaw nagrań live z drugiego obiegu, a tymczasem zawierało wspaniałą muzykę zarejestrowaną w studiu Grove na Florydzie w 1988 roku. Specjalnie wspominam nazwę studia, bo te nagrania brzmiały po prostu nieziemsko. Ale jako stary kolekcjoner chciałem mieć oryginał z normalną okładką, nigdy się jednak z czymś takim nie spotkałem. Aż do zeszłego roku.

Byłem akurat na Krecie i zwiedzałem urocze miasto Chania na zachodzie wyspy. Spotkałem po drodze kilka stoisk z płytami, ale wyłącznie z grecką muzyką. Aż tu nagle w jakimś wąskim zaułku natknąłem się na czerwony szyld Music Store i maleńki sklepik. W środku były winyle, płyty CD i przede wszystkim był jazz! Zacząłem przeglądać półki z kompaktami i w pewnym momencie co widzę? To, czego szukałem od 20 lat. Czyli Griffina i Woe Is Me. Wydanie holenderskie z ładną okładką i napisem „Original Recordings. Digitally Remastered”. Zabrałem oczywiście i poszedłem do kasy. Siedział przy niej zażywny starszy pan, który pewnie z nudów zagadnął mnie podczas płacenia i zapytał, skąd jestem. Kiedy usłyszał, że z Polski, uśmiechnął się szeroko i powiedział coś, czego najmniej bym się tutaj spodziewał: „Komeda! Astigmatic – to jedna z moich ulubionych płyt”!

Wracając do Griffina. Ten pochodzący z Chicago saksofonista od lat sześćdziesiątych mieszkał na stałe we Francji, ale co roku wracał do USA na kilka miesięcy, aby odbywać trasy klubowe i nagrywać płyty. Towarzyszyła mu przez całe prawie lata osiemdziesiąte ta sama sekcja rytmiczna w składzie: pianista Michael Weiss, basista Dennis Irwin i perkusista Kenny Washington. Jak doskonale zgrana była ta grupa, najlepiej świadczy właśnie krążek Woe Is Me. Powiedzieć, że muzycy wyczuwali się telepatycznie, to byłoby zbyt mało. Ale cichym bohaterem tej płyty jest dla mnie nieodżałowany (zmarł w 2008, tym samym co Griffin, roku) basista Dennis Irwin.

Słyszałem go na wielu innych nagraniach (między innymi Jazz Messengers, John Scofield) i zawsze był doskonały, ale tutaj udało się inżynierowi dźwięku zarejestrować jego kontrabas w jakiś wyjątkowy sposób. Dennis gra naprawdę niskie nuty, schodzi w dół najniżej jak tylko można. Jego kontrabas jest przez to mniej dynamiczny i sprężysty, tak jak to lubią współcześni basiści, ale daje za to muzyce niezwykłą głębię. Z Irwinem i kwartetem Griffina związana jest pewna anegdotka. Otóż kiedyś zespół miał grać cały tydzień w jednym z bostońskich klubów. W trakcie pierwszej nocy, podczas pierwszego seta, w kontrabasie (Irwin miał wiekowy instrument) pękł most. Basista bez chwili przerwy chwycił mikrofon i zaczął po prostu śpiewać nuty basowe, a zespół grał dalej…

No i wreszcie najważniejsze. W repertuarze omawianej płyty na pozycji drugiej znajdziemy zjawiskową, trwającą ponad 10 minut wersję Isfahan. Tego się nie da opisać. Tego trzeba posłuchać. I teraz, kiedy właśnie słucham, mam przed oczami nie irańskie miasto, jak tego chciał Strayhorn, tylko piękną grecką wyspę. Oto pożytki z minionych podróży.

Autor - Jarosław Czaja / jarczaja@poczta.onet.pl

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO