Na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku widzowie prestiżowej nowojorskiej Metropolitan Opery zaczęli zauważać trudną do zdefiniowania zmianę w odbiorze przedstawień. Koneserzy sztuki operowej miewali czasem poczucie, że pomino świetnej reżyserii, wspaniałej scenografii i wybitnych śpiewaków… coś jest nie tak. Okazało się, że powodem tego stanu był zainaugurowany w 2006 roku projekt The MET: Live in HD, czyli wysokiej jakości transmisje na żywo prosto ze sceny opery.
Mówiąc w pewnym uproszczeniu – artyści nie grali już „do widowni”, tylko „do kamery”. Nie chodzi tylko o to, w którą stronę patrzyli i w jakim kierunku śpiewali arie. Zmieniła się ich ekspresja – ztradycyjnej, operowej, w której każda emocja i gest musiały byćzauważone i prawidłowo odczytane nawet na najwyższym balkonie, na filmową, operującą zbliżeniami, subtelnościami, mimiką. Wszystko stało się bardziej szczegółowe, precyzyjne – można powiedzieć, że wzrosła jakość realizacji, jednak wytrawni słuchacze zasiadający w fotelach MET stracili bezcenne poczucie, że artyści grają dla nich. Przede wszystkim całość musiała doskonale wyglądać w obiektywach kamer.
Dlaczego wracam do tej historii, która z perspektywy niemal dwóch dekad nie wydaje się już szczególnie ekscytująca? Dostrzegam tu pewną analogię z zupełnie współczesnym zjawiskiem, które obserwujemy w internecie. Coraz częściej pojawiają się w nim treści, które tworzone są w taki sposób, aby były atrakcyjne i czytelne nie dla ludzi, ale dla algorytmów. Generative Engine Optimization (GEO) to optymalizacja materiałów mająca na celu łatwiejsze ich znajdowanie i wykorzystywanie przez modele AI i chatboty. Jeśli nałożymy na to informacje mówiące o tym, że już zdecydowanie ponad połowa treści w internecie jest generowana lub współtworzona przez sztuczną inteligencję, to dochodzimy do teorii „martwego internetu”. Dziś jest ona jeszcze najczęściej uważana za teorię spiskową, ale dynamiczny rozwój AI i lawinowo rosnąca liczba botów i algorytmów działających w sieci niebezpiecznie zwiększa ilość treści tworzonych przez maszyny dla maszyn.To znacznie poważniejsza sprawa niż śpiewanie operowej arii do kamery…
Czy „martwy internet” dotyka w jakiś sposób muzyki? Myślę, że bardziej, niż byśmy się spodziewali. Sztuczna inteligencja, automatyzacja, boty i algorytmy realnie zmieniają krajobraz muzyczny w internecie. Składa się na to kilka zjawisk. Po pierwsze w ostatnich dwóch latach możemy mówić o wykładniczym wzroście liczby utworów muzycznych generowanych przez AI. Trudno w to uwierzyć, ale w grudniu ubiegłego roku w pierwszej dwudziestce playlisty najczęściej udostępnianych utworów na Spotify – Viral 50 – Polska, kilkanaście piosenek było stworzonych przez AI. O warstwie muzycznej i tekstowej tych „przebojów’ nie wypada dywagować na łamach JazzPRESSu, ale fakt jest faktem. AI-owej muzyki nie brakuje też na playlistach typu Deep Relax czy Evening Chill.
Drugi istotny temat to algorytmy platform streamingowych. Wszystkie duże platformy opierają swoje rekomendacje na algorytmach Z jednej strony na podstawie szczegółowej analizy zachowań użytkowników (czego słuchali, jak długo, co „skipowali”, do czego wracali itd.) programy podsuwają słuchaczom to, co teoretycznie powinno im się spodobać. Z drugiej – stosują też własne kryteria, na przykład promowanie określonych długości utworów (krótsze = więcej streamów), standaryzacji brzmień, dominacji tzw. „playlist-friendly music”. Chcesz mieć jazzowy przebój? Musisz zoptymalizować go pod algorytm, a nie pod artystyczną ekspresję. Solo powyżej 45 sekund może spowodować spadek zaangażowania. Mostek harmoniczny jest zbyt złożony – sprawia trudności w odbiorze – to zbyt duże ryzyko. Wprowadź chwytliwy motyw w pierwszych ośmiu sekundach… i w zasadzie mamy to, tylko jazz jakby się ulotnił.
Kolejne zagadnienie wiąże się z tzw. streaming fraudem – sztucznym windowaniem popularności utworów przez maksymalizację odtworzeń streamów przy użyciu botów. W skrajnym (czarnym!) scenariuszu algorytmy AI generują utwory, boty je streamują, a system wypłaca tantiemy. Możemy się tylko zastanawiać, kto jest w tej układance bardziej niepotrzebny – muzycy czy słuchacze? Bez jednych i drugich muzyka jest martwa.
Aby za tymi wszystkimi optymalizacjami szła także konkretna monetyzacja, biznes potrzebuje jeszcze jednego – skali. I tu w tej historii pojawia się promień światła. Muzyka improwizowana, współczesna, eksperymentalna, czy nawet mocno alternatywne odłamy rocka lubpopu, to zbyt niszowe gatunki. W dodatku przez swoją nieprzewidywalność, nieregularność, niejednoznaczną kategoryzację stylistyczną trudno poddające się optymalizacji. Siłą tej części muzycznego świata są bez wątpienia także jej słuchacze – bardziej świadomi, aktywnie słuchający, a więc mniej podatni na algorytmiczne manipulacje. Nadzieją napawa też fakt, że jeszcze niedawno wszyscy zachwycali się, jak realistyczne obrazy, filmy i dźwięki może wygenerować sztuczna inteligencja, a dziś coraz częściej odbiorcy nabierają dystansu do wytworów AI. Choć dynamika rozwoju nowych technologii wciąż rośnie, to możemy też zaobserwować tęsknotę za ludzką, „analogową” autentycznością w cyfrowym świecie. Coraz wyraźniejszy staje się trend „post AI hype”.
Czy w dzisiejszym świecie jazzowy winyl z niezależnej wytwórni to granat w ręku partyzanta walczącego o autentyczność muzyki? Takie trochę przesadzone porównanie może być efektem aż 13. oscarowych nominacji dla One Battle After Another Paula Thomasa Andersona, ale nie zapominajmy, że jazz u swoich źródeł i później wielokrotnie w swojej historii był przez wielu uważany za muzykę niebezpieczną. Algorytmy mają za zadanie minimalizację ryzyka utraty uwagi słuchacza (a ściśle rzecz biorąc, raczej użytkownika). Jazz z puntu widzenia algorytmu często to ryzyko maksymalizuje – niejednorodna forma, operowanie ciszą i hałasem free, nieoczekiwane modulacje mogą skutecznie utrudnić systemowi automatyczną kategoryzację. Improwizacja zawsze niesie ze sobą element ryzyka.
Oczywiście jazz też może wpaśćw pułapkę. W dążeniu do popularności, czyli próby sprostania wymogom algorytmów, może stać się muzyczną tapetą. Może brzmieć jak nieskończony, wygenerowany przez sztuczną inteligencję smooth loop, który nikomu nie przeszkadza i niczego nie ryzykuje. Może funkcjonować jako tło do pracy zdalnej i ploteczek przy sojowym latte.Ale czy to będzie nadal jazz? Zresztą tego typu muzak funkcjonował z powodzeniem na długo zanim pojawiła się AI.
Może więc nie chodzi o to, czy jazz wygra z algorytmami. One nie znikną. Być może rzecz w tym, aby improwizacja przypominała nam, że nie wszystko na tym świecie musi być zoptymalizowane? W czasach, gdy kultura coraz częściej krąży w zamkniętych ekosystemach danych, improwizacja wydaje się być szczeliną. A szczeliny bywają często najciekawszymi miejscami w architekturze. Może właśnie tam zawsze będzie mieszkał jazz.
Piotr Rytowski