Schmidt sier-wrz
Felieton Słowo

My Favorite Things (or quite the opposite…): Miles + Mies = Xenakis?

Obrazek tytułowy

Fot. Lech Basel

Podejrzewam, że przynajmniej dla części czytelników to z pozoru enigmatyczne równanie jest czytelnym tropem, dotyczącym tematyki niniejszego materiału. Skąd taki pomysł? W marcu tego roku na antenie RadioJAZZ.FM odbyła się dyskusja autorów piszących dla JazzPRESSu, w której miałem przyjemność uczestniczyć. Mówiliśmy w niej o różnych aspektach muzycznego dziennikarstwa. Jeden z redakcyjnych kolegów przytoczył znany cytat Franka Zappy o tym, że „pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze”, z którym rzecz jasna polemizowaliśmy. Kilka dni później mój syn podzielił się ze mną radosną nowiną, że projekt, który zrobili w duecie z koleżanką, został zakwalifikowany do tegorocznej edycji szwajcarskiego festiwalu Nowej Muzyki i Architektury ZeitRäume Basel. Z pewnością nieprzypadkowo muzyka i architektura po raz kolejny pojawiły się w jednym ciągu myślowym…

Zacznijmy od lewej strony równania. Kiedy w 2015 roku amerykańskie National Jazz Museum otworzyło swoje podwoje w nowej siedzibie w Harlemie, jednym z pierwszych projektów tej instytucji była seria wykładów i ekspozycja zatytułowana Mies and Miles. Na podstawie twórczości genialnego architekta Miesa van der Rohe oraz geniusza jazzu Milesa Davisa szef instytucji Tim Porter starał się ukazać związki między architekturą a muzyką. Coś musi być na rzeczy, skoro nawet Goethe powiedział, że architektura to „zamrożona muzyka”.

494757.jpg

Patrząc na temat od czysto pragmatycznej strony, potrzebujemy odpowiedniej architektury, żeby dobrze odbierać muzykę. Mam na myśli sale koncertowe, opery, filharmonie. Może się wydawać, że to rzecz oczywista. Tak, jak powstają stadiony, muzea czy hale targowe, powinny też powstawać miejsca dedykowane muzyce. Jednak zaprojektowanie i zbudowanie obiektu, który poza odpowiednimi walorami reprezentacyjnymi jeszcze dobrze brzmi, nie jest proste. Przykładów, które przeszły do historii – zarówno architektury, jak i muzyki nie brakuje.

Jednym z najszerzej dyskutowanych jest z pewnością Opera w Sydney. Budowa charakterystycznego budynku, który dziś jest rozpoznawalnym na całym świecie symbolem miasta, rozpoczęła się w 1959 roku i miała trwać cztery lata. Uroczyste otwarcie instytucji nastąpiło po latach… 14, ale niektóre prace wykończeniowe trwały jeszcze do końca lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku! Inwestycja, której budżet szacowano na 7 milionów dolarów, pochłonęła 102 miliony. Nieoczekiwane zwroty akcji (począwszy już od konkursu na projekt) mogłyby posłużyć za kanwę solidnego kina akcji – zainteresowanych zachęcam do zapoznania się z tą historią. Oczywiście takie rzeczy nie dzieją się tylko w Australii. Nie szukając daleko – jedna z najnowszych „ikon architektury kulturalnej”, hamburska Filharmonia nad Łabą, przechodziła podobne koleje losu.

Podczas budowy budżet inwestycji wzrósł z 50 do 866 milionów euro, a czas jej realizacji rozciągnął się z planowanych 3 do 9 lat. Po drodze władze miasta były już bliskie decyzji o rozbiórce tego, co powstało… Do tego ciągu „feralnych” muzycznych obiektów architektonicznych możemy dopisać, z naszego podwórka, warszawską Salę Kongresową, która przez dziesięciolecia była miejscem goszczącym Jazz Jamboree, potem Warsaw Summer Jazz Days i wiele wspaniałych koncertów. I chociaż to zupełnie inna skala przedsięwzięcia, trwający już 7 lat (a końca nie widać) remont sali sprawia, że my też mamy się czym w tej dziedzinie pochwalić.

fszcz4.jpg Fot. Lech Basel

Na szczęście są też inne przykłady. Powstałe w ostatnich latach Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu, siedziba NOSPR w Katowicach czy Filharmonia Szczecińska to obiekty, które zarówno pod względem architektonicznym, jak i akustycznym można śmiało porównać z najlepszymi tego typu budowlami na świecie. Mimo że sala koncertowa to budynek, ma w sobie coś z instrumentu – aby dobrze brzmiała... trzeba ją nastroić.

Japońscy mistrzowie akustyki – Tateo Nakajima w przypadku NFN czy Yasuhisa Toyota w NOSPR-ze przez długie tygodnie odpowiednio ustawiali wrota do komór akustycznych (służących do wzmacniania i odbijania dźwięku), kurtyny i ruchome elementy sufitu akustycznego. Na akustykę wpływają oczywiście także wykorzystane do budowy materiały, a nawet odpowiednio dobrane w fazie projektowania krzywizny balkonów. Wszystko, aby osiągnąć optymalną selektywność dzięków, czas odbicia, a w rezultacie idealne brzmienie muzyki we wnętrzu. Budynki wznoszone jako miejsca koncertowe to tylko najbardziej oczywiste skojarzenie muzyki z architekturą. Już w starożytności muzyka była uważana za naukę ścisłą, mającą wiele wspólnego z matematyką. Idea harmonii wyrosła z procesu podziału - struna wytwarzająca określony dźwięk jest dzielona wzdłuż dokładnie określonych proporcji, aby stworzyć nuty, które będą rezonować w harmonii ze sobą. Podobnie traktowano podziały architektoniczne – nie tylko w starożytności. Słynny renesansowy architekt Andrea Palladio często używał muzycznych proporcji jako środka do osiągnięcia idealnych proporcji w swoich projektach. Oktawy i kwinty były stosowane zarówno do wymiarowania pomieszczeń, jak i projektowania zdobień.

Równie często jak o harmonii w odniesieniu do architektury mówimy też o rytmie. Odpowiednie rozłożenie budynków w przestrzeni czy ich fragmentów w ramach projektu mogą, tak jak w muzyce, tworzyć rytm prosty albo nieoczywiste, bardziej skomplikowane podziały rytmiczne, czego często doświadczamy w jazzie. I wreszcie improwizacja. Mogłoby się wydawać, że improwizowanie w tak ścisłej i odpowiedzialnej dziedzinie jak architektura może mieć katastrofalne skutki. Bez wątpienia może, ale nie musi. Na przykład modułowe koncepcje architektoniczne Le Corbusiera były z założenia przystosowane do dowolnej „interpretacji”. Architekt uczynił je otwartymi na zmienność warunków i potrzeb, co pozwalało stworzyć z zaprojektowanych modułów bardzo różne budynki i całe osiedla.

W 1958 roku firma Philips zatrudniła Le Corbusiera do zaprojektowania i zbudowania pawilonu na Wystawę Światową w Brukseli. Celem Philipsa było zaprezentowanie możliwości swoich najnowszych głośników. Le Corbusier zaprosił do współpracy dwóch wybitnych kompozytorów Iannisa Xenakisa i Edgara Varèse’a. Zespół pracował nad syntezą pomysłów muzycznych i architektonicznych. Zadanie Xenakisa polegało przede wszystkim na przetłumaczeniu szkiców i abstrakcyjnych pomysłów Le Corbusiera na możliwą do zbudowania formę architektoniczną. Hiperboliczny efekt końcowy projektu, nie tylko spełnił matematyczne ideały Le Corbusiera, ale przywodził też na myśli glissanda z kompozycji Metastasis Xenakisa. I tak dotarliśmy do prawej strony równania. Iannis Xenakis – kompozytor, architekt, wizjoner – może być uważany za ucieleśnienie związków muzyki z architekturą. Jego obliczenia matematyczne przekształcały się w niezwykłe struktury graficzne i architektoniczne, a te przekładane były na muzykę. Proces niezwykle inspirujący intelektualnie, wizualnie i muzycznie – do dziś zachwyca.

Z utęsknieniem czekam, kiedy muzyki Xenakisa można będzie posłuchać w nowej, spełniającej światowe standardy sali koncertowej w naszej stolicy. Wiele wskazuje na to, że może to stać się w nowej siedzibie Sinfonii Varsovii. Ponoć jest na to szansa za 5-6 lat, ale patrząc na doświadczenia Sydney czy Hamburga…

Autor: Piotr Rytowski

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO