Papierowy JazzPRESS
Felieton

My FavoriteThings (or quite the opposite…): Gold Rock Jazz

Obrazek tytułowy

Złota Skała. Opowieść o Robercie Brylewskim – to tytuł przedstawienia, które we wrześniu tego roku miało premierę na scenie warszawskiego Teatru Studio. Nazwę Złota Skała nosiło założone w 1986 roku przez Brylewskiego studio nagraniowe, a jednym z wielu używanych przez niego pseudonimów artystycznych był Robi Goldrocker.

Scenariusz spektaklu, reżyserowanego przez Grzegorza Laszuka, oparty jest w znacznej mierze na piosenkach Brylewskiego z repertuaru Kryzysu, Brygady Kryzys i Izraela, wykonywanych na scenie na żywo przez aktorów. Nie będę podejmował próby recenzowania spektaklu (zachęcam do samodzielnego obejrzenia), ale myślę, że warto byłoby zatrzymać się na chwilę przy jego stronie muzycznej. Widzom w teatrze prezentuje się dosyć pokaźny zespół – trzy gitary, trzy basy i trzy perkusje i co istotne, każdy utwór grany jest w pełnym, 9-osobowym składzie! A teraz najciekawsze: tylko trzy osoby w zespole to muzycy.

BrygadaKryzys.jpg

Mało tego, wszyscy trzej grają na perkusji (Artur Lipiński, Teo Olter i Łukasz Wójcicki) – sześć gitar jest „obsługiwanych” przez aktorów, z których większość nie miała wcześniej styczności z instrumentem (wyjątkiem jest występująca gościnnie w Teatrze Studio Anna Wojnarowska, która od dawna łączy aktorstwo z pasją muzyczną). Zdaję sobie sprawę, że może to nie brzmieć zachęcająco – grupa „amatorów” bierze się za kultowe piosenki – kamienie milowe polskiej muzyki niezależnej, takie jak Mam dość, Telewizja czy Centrala. Jaki to może przynieść efekt? Moim zdaniem wyśmienity.

Za opracowanie muzyczne spektaklu odpowiadają Bartek Rączkowski i Bartek Tyciński (między innymi Mitch&Mitch). Decyzja o włożeniu instrumentów w ręce osób w zasadzie niepotrafiących na nich grać z pewnością nie była łatwa, ale post factum okazuje się niezwykle trafna. Gdyby się nad tym zastanowić, to umiejętności techniczne założycieli The Boors czy Kryzysu także nie były imponujące, kiedy grupy powstawały. Ponieważ na scenie pojawia się jednocześnie aż sześć gitar, wystarczy, że każdy opanuje kilka prostych dźwięków, i przy odpowiedniej aranżacji można z tego złożyć całkiem ciekawe brzmienie. Całość podparta potężnym rytmem z trzech, grających na ogół w pełni synchronicznie, perkusji daje prosty, ale bardzo mocny efekt.

Izrael.jpg

Gorąco zachęcam do zweryfikowania mojej opinii i wybrania się na przedstawienie w Teatrze Studio, ale myślę, że jeszcze powinienem „usprawiedliwić” obecność spektaklu o Robercie Brylewskim na łamach JazzPRESSu – muzyk nie był jazzmanem, nie grał nawet muzyki okołojazzowej. Pewne związki ze światem jazzu jednak niewątpliwie istnieją.

W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku na próbę grupy Izrael wstąpił świetny, acz nieortodoksyjny jazzman – Wojciech Konikiewicz. Skończyło się współpracą nie tylko z Izraelem, ale i z Armią – następnym zespołem Brylewskiego. Współpraca ta trwała jeszcze przez długie lata w różnych konfiguracjach. Kolejnym muzykiem jazzowym, który przyłączył się do Izraela, był Włodzimierz Kiniorski. Saksofony, flety, przeróżne instrumenty perkusyjne i przede wszystkim niezwykła ekspresja sceniczna Kiniora wniosły do grupy niepowtarzalny koloryt. Najpierw do Izraela, potem do Brygady Kryzys. W tej grupie udzielał się też inny offowy saksofonista Alek Korecki. W autobiograficznej rozmowie z Rafałem Księżykiem (Kryzys w Babilonie) Brylewski wspomina: „Kiedy był wjazd liryczny, brało się Kiniora, a jak było potrzeba zwariowanego free, bardziej pasował Korek”.

Wiele lat później, u progu XXI wieku, Robert Brylewski spotkał w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej Tymona Tymańskiego i Marcina Świetlickiego. Cała trójka czuła się bardzo dobrze w swoim towarzystwie i postanowiła coś wspólnie zrobić. Naprzeciw temu pomysłowi wyszła działająca przy CSW wytwórnia Code Records. Tak powstała płyta grupy The Users Nie idź do pracy. Poza wymienioną trójką w koncercie, którego zapisem był album, udział wzięli Mikołaj Trzaska, Jacek Olter i Milo Kurtis.

Brylewski wspominał, że spotkanie Trzaski i Oltera było dla niego szokiem. Nie znał wcześniej sceny yassowej i granie całkowicie improwizowanych koncertów, przy takim wzajemnym zrozumieniu muzyków i takiej ich otwartości, było dla niego niezapomnianym doświadczeniem i w pewnym sensie znalezieniem siebie na nowo. Na kolejnych koncertach w składzie zespołu pojawiali się także Grzegorz Grzyb, Kinior, Tomasz Hesse i Ziut Gralak. Supergrupa nie dotrwała jednak nawet do chwili, kiedy debiutancka płyta ukazała się na rynku. Potem Brylewski z Tymańskim spotkali się jeszcze w równie efemerycznych formacjach - Dyliżans i Poganie oraz na planie filmu Polskie gówno. Połączyły ich także w nieco zaskakujący sposób więzy rodzinne, ale to już inna historia.

users.jpg

Jednak to nie relacje i wspólne występy z jazzmanami są głównym powodem, aby o Robercie Brylewskim pisać w JazzPRESSie. Brylewski był niestrudzonym improwizatorem. Podczas koncertów improwizował na gitarze, nierzadko dokładał improwizowane części do tekstów piosenek, improwizował też jako producent. Wielokrotnie opowiadał, jak podczas pierwszych nagrań studyjnych zawodowi realizatorzy na pytanie o zastosowanie niektórych pokręteł i suwaków na konsolecie mówili: tych się nie rusza, one są ustawione tak, żeby było dobrze. Pierwsze, co robił Brylewski, to zmieniał ich położenie i słuchał, co się dzieje. Takie oryginalne i odważne podejście do realizacji nagrań stosował nie tylko we własnym studiu Złota Skała.

Przedstawienie w Teatrze Studio miało swoją prapremierę (nazwaną wersją koncertową) w lipcu tego roku. Wśród publiczności fani twórczości Brylewskiego zdecydowanie dominowali wtedy nad widownią stricte teatralną. Po spektaklu były owacje, ale nie zabrakło też opinii takich jak ta, którą podsłuchałem przy wyjściu: „Tak jak zostało zmasakrowane ciało Roberta, tak teraz zmasakrowano jego muzykę”. Oczywiście można powiedzieć – rzecz gustu, ale jestem przekonany, że Brylowi zdecydowanie bardziej przypadłoby do gustu tak pomysłowe wykonanie jego utworów przez amatorski zespół niż próba odtworzenia oryginalnego ich brzmienia przez wynajętych zawodowych muzyków. W tym roku obejrzenie przedstawienia może być już trudne, ale mam nadzieję, że w przyszłym pojawi się ponownie w repertuarze teatru.


Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 11/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO