fot. Maciej Puczyński / rys. Patryk Zakrocki
Mam na myśli to, że zestaw środków i emocji, czyli jakaś zasada tego gatunku, znów jest w stanie zaoferować muzykom język, w którym współcześnie można się wypowiedzieć. Nie wiem, jak to się dzieje, że duch tej muzyki, trochę zepchniętej i bagatelizowanej, żeby nie powiedzieć wyśmiewanej, znów wydał się współczesnym muzykom atrakcyjny. Może to zasługa powrotu do macierzy, czyli elektryczny, saharyjski blues i jego silne wejście na światowe sceny? W każdym razie powrót do korzeni dobrze robi.
Jest więc fala nowych zespołów, powstałych już w XXI wieku, które grają aktualną muzykę, posługując się jakoś idiomem bluesowym. Nawiązują do muzyki afrykańskiej (kto tego nie robi?) lub do starej delty czy hill country bluesa. I właśnie ważne dla mnie jest to, na ile kreatywne jest takie podejście. W kwestii muzyki oczywiście. Nie chodzi mi tylko o środki, bo może być elektronika, może być niestandardowe instrumentarium jak klarnet basowy albo wiolonczela, które raczej w bluesie nie występowały, a może być instrumentarium zgodne z epoką lub wręcz historyczne, czyli z połowy ubiegłego wieku czy wcześniejsze.
Najciekawsze jednak jest, żeby muzyk, który gra obecnie, nie odtwarzał, czyli nie grał coverów, tylko tworzył tekst współczesny. Muzykę aktualną, szczerą i osobistą. Znajomość historycznych technik i repertuaru oczywiście nie przeszkadza. Taka wiedza jest raczej naturalnym wynikiem zgłębiania jakiej dziedziny. Jest to jednak zespół środków, które tworzą język, odmienny od innych języków, rozpoznawalny, ale JĘZYK, czyli narzędzie. I właśnie interesują mnie twórcy którzy tym narzędziem obecnie, i w swoim imieniu, się posługują.
Dla mnie „zagraj bluesa” jest zaproszeniem do podzielenia się własną opowieścią, wejścia gdzieś w głąb odwiecznej tęsknoty – ludzkiej albo i dawniejszej. Może być to nawiązanie do jakiegoś tradycyjnego utworu, którego twórca kiedyś uchwycił językiem muzyki uniwersalne człowiecze troski. Może też być to nowa, oryginalna forma wpisująca się w tę starą tradycję. Bo mam przeczucie, że w bluesie pobrzmiewa coś naprawdę pradawnego, pierwotnego.
Ciekawe dla mnie, jak praktyka, jest to, że ta muzyka jest skuteczna – to znaczy pozwala na oczarowanie, na jakiś kontakt z duchami, na jakiś aspekt uleczania żalów i tęsknoty. Z pewnością gra tu rolę puls i możliwość improwizowania, w każdym razie i muzyk, i słuchacze mogą, jeśli na to pozwolą, wyjść z czasu. A dla mnie to jest znacznie ważniejsze niż inne aspekty muzyki.
Ciekawy i nieco mylący jest brak nazwy tego odrodzonego bluesa, który jakkolwiek eksperymentował z brzmieniem, bardziej odnosi się do korzeni tego gatunku niż do tej gałęzi rockowo popisowej, kojarzącej się ze skórzanymi frędzlami, kowbojkami i odpustową wirtuozerią. Nowa fala bluesa? Post blues? Blues jak z filmów Jarmuscha? Dziennikarzom i muzykologom zostawiam zadanie nazwania tego zjawiska, ja po prostu chciałbym trafić na taki współczesny festiwal, gdzie ludzie z różnych miejsc świata dzieliliby się SWOIM bluesem.
Patryk Zakrocki