Papierowy JazzPRESS
Felieton Recenzja Słowo

Down the Backstreets: Ponura przepowiednia

Obrazek tytułowy

The Notorious B.I.G. – Ready to Die

Bad Boy, 1994

Opisywałem w tym miejscu wiele ukochanych przez środowisko klasyków, między innymi ATLiens, Mecca and the Soul Brother, Resurrection, The Low End Theory, Black on Both Sides czy Word…Life – płyty, które znają i uwielbiają nawet „niedzielni” słuchacze rapu. Dzisiaj jednak porywam się na album przebijający kultem i miłością wszystkie wyżej wymienione. Mam nadzieję, że debiutancki album Notoriousa B.I.G. Ready to Die jest znany, przynajmniej z tytułu, większości czytelników JazzPRESSu. Tym niemniej, pamiętając o tych, którzy zamoczyli w rapie dopiero kostki, postaram się jak najdokładniej wytłumaczyć, dlaczego opisywany album znaczy dla nas, hip-hopowców, tak wiele. Ostrzegam: dzisiaj tekstu będzie dużo – o Ready to Die i Biggiem Smallsie nie należy pisać pobieżnie.

Najważniejszy magazyn hip-hopowy The Source zawierał rubrykę Unsigned Hype – miejsce, w którym dziennikarz Matty C opisywał demówki raperów bez kontraktu płytowego, którzy na to zasługują. Wiele późniejszych gwiazd gatunku przewinęło się przez Unsigned Hype – na przykład Eminem, Common oraz duet Mobb Deep (jako Poetical Prophets). W marcu 1992 roku Matty C wybrał jako wyróżniające się demo niejakiego Biggiego Smallsa – 20-letniego rapera z Brooklynu. Taśma nie zawierała nawet pełnoprawnych, pod względem struktury, utworów, a jednie bity zapętlone przez DJ-a 50 Grand Cutsa oraz rapującego pod nie MC.

To i tak wystarczyło, by wybić się ponad resztę – a pamiętajmy, że w roku 1992 trwała druga złota era w historii hip-hopu. Kultura owa wychodziła akurat z momentu, gdy romansowanie z popem, tańczenie i przeróżne sztuczki przyciągające uwagę widowni były cenione bardziej niż talent i umiejętności. To się zmieniało, oczekiwania słuchaczy stawały się zgoła inne – i idealnie trafili w nie Black Moon, Wu-Tang Clan i Snoop Dogg ze swoimi surowymi, bezkompromisowymi brzmieniami i emocjami. Cóż… Biggie nie był przystojny, nie tańczył, a bity, pod które wtedy rapował, leżały bardzo daleko od popu, R&B i new jack swingu. Sean Puffy Combs, producent z Uptown Records, zagarnął go wówczas pod swoje skrzydło i rozpoczął promocję marki o nazwie Biggie Smalls (później przemianowanej na The Notorious B.I.G.).

Zaczęło się od gościnnych zwrotek w kawałkach: A Buncha Niggas Heavy’ego D i Dolly My Baby Super Cata, potem był utwór Party & Bullshit na ścieżce dźwiękowej do filmu Who’s The Man. Coraz więcej osób zaczęło zwracać na niego uwagę, coraz głośniej mówiło się o prawdziwym objawieniu na scenie. W tym czasie Puffy został zwolniony z Uptown/MCA i założył własny label Bad Boy – a Biggie podążył tą drogą razem z nim. Wspaniałym ruchem było wydanie singla Juicy – przejął on fale radiowe i listy przebojów w Stanach, a wyprodukowany przez DJ-a Premiera utwór Unbelievable, zawarty na jego stronie B, podbijał z kolei ulice Nowego Jorku. Ludzie byli gotowi na debiutancki album Notoriousa B.I.G.

Ready to Die ukazało się we wrześniu 1994 roku, pięć miesięcy po debiutanckim albumie Nasa zatytułowanym Illmatic, który otrzymał jedną z niewielu najwyższych ocen w The Source – pięć mikrofonów (legendarne „five mics”) i ogłaszany był „drugim nadejściem Rakima” i „tekstowym bogiem”. Ready to Die w ocenie magazynu nie wytrzymało porównania i otrzymało cztery i pół mikrofonu. Ulica jednak miała swoje zdanie na ten temat (na marginesie: osobiście wolę Illmatic, ale porównywanie dwóch genialnych dzieł nie ma sensu).

Single z albumu Biggiego radziły sobie o wiele lepiej na listach przebojów, album sprzedawał się rewelacyjnie – nie tylko wśród fanów ulicznego rapu. Ready to Die zdobyło także uwagę słuchaczy muzyki głównego nurtu, a brudnych opowieści prosto z ulic Brooklynu słuchały także bogate, białe dzieciaki w podmiejskich rezydencjach rodziców. I tak, w czasach gdy na scenie byli też między innymi Nas, Wu-Tang Clan, 2Pac, Outkast i Snoop Dogg, Notorious B.I.G. zajął tron i nie oddał go aż do tragicznego końca.

Oczywiście, taka dominacja spotkała się z wieloma atakami ze strony raperów, Biggiego dissowali między innymi Jeru the Damaja, Originoo Gunn Clappaz, a nawet The Roots. Nie wliczam w to Tupaca, bo tutaj konflikt między nimi miał bardziej osobiste oblicze. Głównym zarzutem był najczęściej właśnie wspomniany wcześniej „przeskok” do głównego nurtu i zastąpienie szerokich spodni, bluzy w barwach moro i timberlandów koszulą Versace i najdroższym szampanem. Jednak co z tego, skoro muzyka nadal była świetna, a rapowanie na kosmicznym poziomie?

Co konkretnie czyni z Notoriousa B.I.G. jednego z najlepszych raperów w historii? Owszem, miał charyzmę, potrafił rozkręcić koncert, ale w tych elementach byli lepsi od niego. Zakres jego słownictwa to też nie był poziom Canibusa czy Chino XL-a. Notorious B.I.G. miał natomiast rewelacyjne flow, które potrafił dostosować do każdego bitu. Być może naturalnym wspomaganiem były tutaj jamajskie korzenie i wrodzone nienaganne wyczucie rytmu (podobnym przykładem jest Busta Rhymes). Jeśli dodamy do tego ucho do bitów, to praktycznie mamy przepis na sukces – bo co przede wszystkim zwraca naszą uwagę w utworze rapowym? Świetny bit i flow.

Lirycznie potrafił robić wszystko, chociaż za największy atut uznaję storytelling. Biggie potrafił przyciągnąć uwagę już pierwszymi kilkoma wersami i sprawić, że siedziało się na szpilkach w oczekiwaniu na dalszy ciąg historii. Poza tym miał coś, czego raczej nie da się nauczyć, a nawet konkretnie opisać. Potrafił sprawić, że proste słowa, odpowiednio użyte, brzmiały o wiele mocniej (podobny przykład: DMX) – nie musiał wyczyniać lirycznych akrobacji, by jego przekaz trafiał prosto do słuchacza i zostawał z nim na długo. Czy to jest charyzma? Czy to jest talent poetycki? Na takie diagnozy jestem za mało wyedukowany, wiem jednak, że w tym odczuciu umiejętności Biggiego zdecydowanie nie jestem sam.

Dodatkowo zbalansowanie twardego, ulicznego brzmienia oraz komercyjnych hitów, czyli to, za co był atakowany i do czego dążyło wielu innych kandydatów do zajęcia tronu. Biggie był w tym najlepszy. Co więcej, rapowy warsztat miał opanowany do tego stopnia, że wyglądało jakby to wszystko wychodziło mu bez większych starań, niemalże od niechcenia. Plus zapadający w pamięć głos, magnetyczna osobowość (dowód: Biggie wyglądał, jak wyglądał, a jego partnerkami były między innymi Faith Evans i Lil’ Kim – osobowość jest ważna, Panowie!), niezachwiana pewność siebie i komfort we własnej skórze. Biggie byłby królem życia, nawet jeśliby nie rapował.

Jego legendę uzupełnia również to, że od pewnego momentu nie spisywał swoich tekstów. Podobnie jak Jay-Z siadał, słuchał bitu, zaczynał do siebie mamrotać, wstawał i nagrywał zwrotkę. Moim zdaniem dla rapu byłoby lepiej, gdyby B.I.G. i Jay-Z nie chwalili się szeroko tą umiejętnością, bo wielu raperów próbowało to potem kopiować, na czym cierpiała jakość tekstów. Na marginesie: producent Easy Mo Bee opisywał kiedyś ich wspólną sesję nagraniową – bit gra w głośnikach, a tych dwóch typów chodzi od ściany do ściany i mamroczą coś pod nosem. Zabawny obraz, ale czasem tak jest, gdy w jednym pomieszczeniu spotka się dwóch geniuszy.

Dobra, ale co dostajemy na Ready to Die? Zbalansowany produkt, o którym wspominałem wcześniej – z jednej strony dużo hardcore’owego, twardego, ulicznego rapu: Machine Gun Funk, Things Done Changed, Ready to Die, trochę brzmienia bardziej komercyjnego: Juicy, Big Poppa, One More Chance (uwaga: w innej wersji niż singlowa i teledyskowa!), szczyptę emocjonalnych kawałków: Suicidal Thoughts, wbrew pozorom również Me & My Bitch oraz wspaniałe uliczne opowieści: Warning, Gimme the Loot.

B.I.G. prezentuje cały przekrój życia ulicznego dilera, jego wady i zalety: pieniądze, kobiety i dobra luksusowe, a z drugiej strony paranoję, wrogów pragnących jego śmierci oraz emocjonalną czarną chmurę nad głową. Najwięcej bitów (sześć) zrobił Easy Mo Bee, nieco mniej Trackmasters i Bluez Brothers. Po jednym dają też Lord Finesse i DJ Premier. Nadzór nad całością pełnił oczywiście Puffy. Bity są ciężkie, zbasowane i nowojorskie, ale uzupełniają je i łagodzą sample funkowe, soulowe i wokalne. Pomimo swojej jakości, podkłady na Ready to Die nie mogą już ukryć swojego wieku – Puffy odszedł od zadymionego i zbasowanego brzmienia wkrótce później i drugi album Biggiego brzmiał już zgoła inaczej, był o wiele bardziej „wypolerowany”. Czy wyszło to na dobre? Zostawiam ocenie słuchaczy i czytelników.

O niesamowitym talencie i umiejętnościach Biggiego pisałem już wcześniej, ale nie jest on na płycie osamotniony. Jedynym rapującym gościem na Ready to Die jest gwiazda Wu-Tang Clanu Method Man, którego słychać w utworze The What. Napisać, że stanął on na wysokości zadania, to nic nie napisać. Sam Biggie twierdził w prywatnych rozmowach, że Method Man wypadł w tym utworze lepiej od niego. Meth skromnie odpowiada, że zarapowali równie dobrze. Niezależnie od ocen The What to absolutny klasyk i pokaz dwóch mistrzów swojego fachu, czerpiących wzajemnie od siebie energię, aby efekt końcowy był jak najlepszy. Method Man porównał ten utwór do słynnej sceny w restauracji z filmu Gorączka, gdzie naprzeciwko siebie usiedli Al Pacino i Robert de Niro.

Moim ulubionym momentem na Ready to Die jest pierwsza zwrotka Unbelievable – to, jak Biggie brzmi i pływa po bicie DJ-a Premiera, jest dla fana warsztatu rapowego czymś nieopisanie pięknym. Już od pierwszych słów: „Live from Bedford-Stuyvesant, the livest one, representing BK to the fullest” – majstersztyk! Po tych wszystkich zachwytach, czas na łyżkę dziegciu. Pomimo wszystkich zalet Ready to Die nie jest jednak albumem idealnym, bo coś takiego jak Fuck Me (Interlude) odrzuciłoby nawet fanów Beatlesów od Abbey Road. Cytując starszą panią zapytaną o legalizację marihuany ze słynnego internetowego filmiku: na co to komu?! Obyłbym się również bez Friend of Mine, ale tu zostawiam więcej miejsca na inne opinie.

Większość czytelników zapewne wie, co było dalej. Trzy lata pełne sukcesów i dominacji, ale również wielu dramatów. Z jednej strony albumy Junior M.A.F.I.A., większa lub mniejsza pomoc w rozwinięciu karier Lil’ Kim, Ma$e’a, Cam’rona, Jaya-Z, The LOX, plany wejścia w świat filmowy, chęć uruchomienia firmy odzieżowej Brooklyn Mint, wielkie oczekiwanie na drugą płytę Life After Death i wydany tuż przed śmiercią megahit Hypnotize. Z drugiej strony: konflikty z Tupakiem, E-40 i wieloma innymi raperami. B.I.G. wbrew sobie stał się centralną postacią beefu Wschodniego Wybrzeża z Zachodnim, który pochłonął życie jego oraz Tupaka, zmieniając hip-hop na zawsze.

W 2002 roku The Source zmienił ocenę Ready to Die na pięć mikrofonów. Działanie konieczne, ale zdecydowanie spóźnione. Dla całego środowiska Ready to Die to niemal od momentu wydania niepodważalny klasyk i album prezentujący w pełni jeden z największych talentów, jakich było dane nam doświadczyć. Do dzisiaj trudno przełknąć, jak bardzo proroczy jest jego tytuł. R.I.P. B.I.G.

Autor - Adam Tkaczyk

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO