Felieton Słowo

Strefa free impro: Improwizacja a mózg – co dzieje się w świadomości improwizatora?

Akt wspólnej improwizacji ma w sobie coś z magii. Ma w sobie coś z transu, w który muzyk wprowadza swój organizm, łącząc się z umysłami i wrażliwością współimprowizujących partnerów. Kiedy tworzymywspólnie na scenie, dzieje się coś, czego nie da się przewidzieć ani zaplanować. Dźwięki zaczynają krążyć między nami, reakcje przychodzą szybciej niż myśl, a muzyka przestaje być sumą indywidualnych gestów. Staje się wspólnym organizmem.

Dla mnie jako praktyka każdy taki koncert jest doświadczeniem ekscytującym. Wprowadza mnie w inną przestrzeń percepcji. Jest w tym napięcie, ogromna koncentracja – ale też poczucie swobody, którego nie znajduję w żadnej innej formie grania. To, mówiąc szczerze, rodzaj uzależnienia. Całe szczęście bez negatywnych skutków dla zdrowia. Wręcz przeciwnie – mam poczucie, że ten stan mnie porządkuje, wyostrza zmysły, pogłębia uważność.

Co jednak dzieje się z nami – improwizatorami – w tych chwilach? Co dzieje się w naszych mózgach?

Kiedy przestaję się kontrolować

Podczas zbiorowej improwizacji przychodzi moment, w którym znika wewnętrzny komentator. Przestaję analizować. Przestaję zastanawiać się nad strukturą w sposób intelektualny. Zostaje czyste działanie.

To doświadczenie nie jest mistyczne – choć bywa opisywane w takich kategoriach. Z perspektywy neurobiologii oznacza ono ograniczenie aktywności tych obszarów mózgu, które odpowiadają za samokontrolę i autocenzurę. Badania prowadzone m.in. przez Charlesa Limba pokazują, że podczas improwizacji zmniejsza się aktywność bocznej kory przedczołowej – obszaru odpowiedzialnego za kontrolę i ocenę – a wzrasta aktywność struktur związanych z ekspresją.

Innymi słowy: nie przestajemy myśleć. Przestajemy się nadmiernie kontrolować.To właśnie ten moment daje poczucie transu. Mózg nie jest wyłączony – jest zsynchronizowany.

Stan, który wciąga

Kiedy improwizacja płynie w sposób naturalny, zdarza mi się tracić poczucie czasu obiektywnego. Zdarza się, że po trzydziestu minutach wspólnego grania mam wrażenie, że minęło pięć. Mam jednak świadomość, że publiczność może to odbierać inaczej. Dlatego na scenie zawsze towarzyszy mi dobrze widoczny zegar odmierzający czas. Cała moja uwaga skupiona jest na tym, co dzieje się „teraz”. Każdy dźwięk partnera uruchamia natychmiastową reakcję bądź jej brak.

Psychologia opisuje ten stan jako „flow”, czyli terminem, który wprowadził Mihaly Csikszentmihalyi. To sytuacja, w której poziom wyzwania równoważy poziom kompetencji. Improwizacja idealnie spełnia te warunki – wymaga maksymalnej koncentracji, a jednocześnie opiera się na latach praktyki.

Z mojego doświadczenia wynika, że ten stan nie pojawia się zawsze. Nie da się go wymusić. Można jedynie stworzyć warunki: uważność, słuchanie, gotowość do ryzyka. Kiedy się pojawia – jest niemal fizycznie odczuwalny.

Jedno muzyczne ciało

Najbardziej fascynujące w zbiorowej improwizacji jest poczucie, że przestajemy być oddzielnymi bytami. Ktoś inicjuje gest, ktoś inny go przechwytuje, trzeci przekształca. Czasem reagujemy równocześnie, jakbyśmy wcześniej to uzgodnili – choć niczego nie uzgadnialiśmy.

Dziś wiemy, że podczas wspólnego tworzenia może dochodzić do synchronizacji aktywności neuronalnej między uczestnikami. Mózgi dosłownie dostrajają się do siebie w przeróżnych zakresach. Ma to swoje biologiczne uzasadnienie.

Intuicja nie jest przypadkiem

Często słyszę, że improwizacja to „czysta intuicja”. Z własnego doświadczenia wiem, że intuicja nie bierze się znikąd. Jest efektem lat pracy z instrumentem, słuchania, analizowania, grania w różnych kontekstach. Karlheinz Stockhausen mówił o „muzyce intuicyjnej”, ale stworzył ją po latach rygorystycznej pracy z formą. Ravi Shankar improwizował w ramach niezwykle precyzyjnych struktur ragi.

Psychologia muzyki podkreśla, że wieloletni trening prowadzi do automatyzacji schematów poznawczych. To, co kiedyś wymagało świadomego wysiłku, zostaje zapisane w pamięci proceduralnej. W improwizacji ta warstwa wiedzy działa szybciej niż świadomość.Dlatego ręka czasem wie wcześniej niż myśl.

Trans bez utraty kontroli

Z zewnątrz improwizacja może wyglądać jak brak kontroli. W rzeczywistości jest jej specyficzną formą. Reguluję napięcie, oddychanie, koncentrację. Słucham nie tylko dźwięku, ale i ciszy między dźwiękami. Reaguję na mikrogesty. To intensywna praca poznawcza. System słuchowy, motoryczny, emocjonalny i pamięciowy działają jednocześnie. Paradoks polega na tym, że im lepiej są zsynchronizowane, tym większe mam poczucie lekkości. Można powiedzieć, że improwizacja jest momentem, w którym wiedza przestaje być teorią, a staje się ruchem.

Dlaczego to uzależnia?

Bo jest doświadczeniem pełni. Mój mózg wchodzi w stan maksymalnej integracji. Być może dlatego po dobrym koncercie czuję jednocześnie wyczerpanie i niezwykłą jasność.

Nie wiem, czy neuronauka potrafi opisać wszystkie niuanse tego doświadczenia. Wiem jednak, że to, co odczuwam jako magię, jest wynikiem bardzo konkretnych procesów poznawczych i neurologicznych. Improwizacja nie jest zjawiskiem nadprzyrodzonym. Jest momentem maksymalnej integracji percepcji, ruchu, emocji i pamięci. I być może właśnie dlatego jest jednym z najbardziej intensywnych sposobów bycia w czasie teraźniejszym.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO