Papierowy JazzPRESS
Felieton

Złota Era Van Geldera: Gitarowe iskierki

Obrazek tytułowy

Melvin Sparks – I’m a 'Gittar' Player, Cannonball Records, 1997

Pisałem niedawno o artystach, którzy dla Blue Note nagrali zaledwie jedną albo dwie płyty. Ale byli też tacy, którym ta sztuka nigdy się nie udała, mimo że pojawiali się na okładkach tej wytwórni jako sidemani. Jednym z takich „przegranych” był gitarzysta Melvin Sparks, który pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku towarzyszył w studiu Van Geldera między innymi saksofoniście Lou Donaldsonowi i organiście Lonniemu Smithowi. Swój autorski debiut w 1970 roku Sparks zawdzięczał jednak konkurencyjnej wytwórni Prestige. Ale na dobrą sprawę nigdy się nie przebił do pierwszej ligi.

Dla tych, którzy kompletnie nie kojarzą takiego gitarzysty – ważna informacja. Otóż w kręgach zbliżonych do funku i soul jazzu Melvin Sparks, który zmarł w 2011 roku, uchodził za spadkobiercę wielkiego Granta Greena. Faktycznie, podobieństwo stylu było duże, nic dziwnego zresztą, skoro Melvin zawsze twierdził, że na Greenie się wzorował. Ja osobiście odkryłem Sparksa w latach dziewięćdziesiątych, kiedy grał u boku organisty Charlesa Earlanda. Nigdy jednak, nie spotkałem jego płyty autorskiej. Aż do niedawna, bo oto wpadł mi w ręce krążek I’m a 'Gittar' Player z 1997 roku. Miałem przeczucie, że jest dobry, ale nie przewidziałem, że aż tak dobry! Gdybym miał ten materiał z czymś porównać, to ze wspólnymi dokonaniami Jarka Śmietany i Wojciecha Karolaka. Stara szkoła soul jazzu i funku w najlepszym możliwym wydaniu.

Melvin skomponował prawie cały repertuar i zaprosił do studia pokaźne grono muzyków. I jak to w Ameryce – panowie z nieznanymi nazwiskami (za wyjątkiem Idrisa Muhammada, którego słyszymy w dwóch utworach) grają z takim kunsztem, że szczęka opada. Jest hammond, piano Fendera, bas Fendera, saksofon altowy, bębny i przeszkadzajki. No i oczywiście gitara lidera. Sparks niczego nikomu nie udowadnia, gra z niesamowitym feelingiem niczym jego mistrz Grant Green. Na myśl przychodzi mi jeszcze jedno nazwisko – George Benson. Sparks ma nieco ostrzejszy sound, ale idea jest taka sama.

Muzyka na pozór spokojna i – jak to się mówi – komercyjna, momentami wręcz leniwa i słodka, ma podskórny nerw i cios, a nawet zwierzęcą dzikość. Bo wywodzi się oczywiście z bluesa. Melvin oprócz tego, że był naprawdę doskonałym gitarzystą, miał jeszcze coś, co można nazwać pozytywnym przekazem. Człowiek słucha tej muzyki i zaczyna się uśmiechać niczym sam Sparks na okładce tej płyty. Warto posłuchać.


Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 10/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO