(SJRecords, 2026)
Zmiana klimatu to niejako domena muzyki improwizowanej. Jak jest na płycie Andre Bachledy? Tu nastroje zmieniają się jak pogoda w górach – by nawiązać do nazwiska i biografii artysty (ten gitarzysta, wokalista i kompozytor do muzyki przywędrował ze świata sportu i olimpijskiej rywalizacji). Dwa pierwsze numery na Climate Change to zapis kolektywnych post-bopowych improwizacji na wciągających, hipnotycznych podkładach. Radykalną zmianą klimatu jest pojawienie się piosenki (tak, bo Andre też śpiewa) zatytułowanej Tell Me Girl, w której artysta brzmi – przynajmniej dla mnie – jak Peter Criss z Kiss. A utwór ten utrzymany jest w spokojnym nurcie à la Norah Jones.
Potem ballada w duchu Metheny’ego, która… nagle przestaje nią być, a lider raczy nas solówką na solidnym przesterze. Docierając do półmetka, wiemy już, że nazwa wydawnictwa bynajmniej nie jest przypadkowa. W drugiej połowie materiału też dzieje się dużo, choć klimaty są znów nieco bardziej hipnotyczne, filmowe (wszak mamy nawet Doktora No) i melancholijne. Ostatni utwór, wciągający jednostajnym pochodem basu, kończy się zdecydowanie za szybko (trwa nieco ponad cztery minuty) i sprawia, że w słuchaczu pozostaje niedosyt. W sam raz po to, by włączyć płytę jeszcze raz.
I robię to z nieukrywaną przyjemnością, bo wcale nie aż tak często na naszym rynku pojawiają się tak frapujące i zmienne… klimaty.
Wojciech Sobczak