Płyty Recenzja

Tahmela Six – Alight

Obrazek tytułowy

(Mustik Motel Music, 2026)

Zespół Tahmela Six powrócił z kolejnym wydawnictwem. Poprzedni album, Mount, zamykał skandynawską chłodną aurę w trzech długaśnych numerach. Tym razem sekstet dorzucił do tracklisty jeszcze jeden utwór więcej, a oprócz długości kompozycji spróbował też poszerzyć swoje brzmienie o dźwięki otoczenia, nagrywając na świeżym powietrzu. Oto Alight.

O ile instrumentalne próby budowania przestrzeni – tak dobrze znane z klasycznych wydawnictw ECM – już same w sobie były wystarczająco sugestywne, o tyle inspirowanie się atmosferą otoczenia (na poprzedniej płycie Tahmela Six były to skandynawskie jeziora) i oddanie jej głosu stanowi pewien krok naprzód. Choć, uczciwie mówiąc, field recording nie jest niczym nowym w tego typu muzyce i wręcz należało się go spodziewać.

Mamy więc młody jazzowy band, który – gdy tylko w tle zaśpiewa ptaszek albo zaszumi wiatr – chce przenieść nas do tajemniczego świata. Otwierający album Endless Summer Sun faktycznie gdzieś nas przenosi, ale raczej na próbę dostrajającego się zespołu, bo przeszło jedenaście minut swobodnego brzdąkania to stanowczo za długo. Być może muzycy podświadomie zdawali sobie z tego sprawę, nadając utworowi właśnie taki tytuł. Z całego tego kolażu bardziej niż samą muzykę zapamiętam chyba właśnie dźwięki otoczenia.

Bliźniacze, pięciominutowe utwory drugi i trzeci ni stąd, ni zowąd stawiają na funkującą gitarę Topiasa Tiheäsala. Zorientowane wokół jego riffów solówki dęciaków grzęzną w kliszach, przypominając płyty Pharoaha Sandersa z Sonnym Sharrockiem oraz – naturalnie – gitarową jazdę Johna McLaughlina z hendriksowskich płyt Davisa, pokroju Jack Johnson. Saksofonista Sami Sippola potrafi zawyć swoim tenorem, łapczywie szukając atencji, ale jego inspiracje pozostają aż nazbyt czytelne (Sanders). O pozostałych, skądinąd poprawnych, solistach trudno powiedzieć cokolwiek nawet po kilku przesłuchaniach – a to chyba nie świadczy najlepiej o ich występie.Broni się za to najprostszy element tego amalgamatu: rzępolenie Tiheäsala. Jego miejscami post-punkowo brudna i bezpretensjonalnie brzmiąca gitara prowadząca utrzymuje w ryzach funkrockowy jam.

Jest jeszcze utwór tytułowy, który początkowo popełnia te same błędy co otwierający, czyli zdecydowanie zbyt długo rozgrzewa się w ambientowym kotle – niczym stary maluch na mrozie. Ale kiedy klaksony i bzyczenia w końcu nabierają rozpędu, pojawia się przyjemny folk-rockowy rytmniesionyperlistymi arpeggiami gitary. A więc finał jest najciekawszy na całej płycie – kojący, prosty i, mimo długości, nieirytujący.

Chciałoby się wierzyć, że fuzja północnoeuropejskiego temperamentu z muzyką improwizowaną może jeszcze zaskoczyć i zrodzić coś na miarę Afric Pepperbird Jana Garbarka. Muzycy Tahmela Six wciąż jednak szukają – i na razie nic nie wskazuje na to, by mielito znaleźć w najbliższym czasie.

Piotr Zdunek

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO