Relacja

Jesień w Bielsku-Białej im. Tomasza Stańki

Obrazek tytułowy

fot. Marta Ignatowicz-Sołtys

Tomasz Stańko nasłuchiwał zza kurtyny

Jesień w Bielsku-Białej im. Tomasza Stańki – Bielski Centrum Kultury, 15-18 listopada 2018 r.

Tegoroczna odsłona Jesieni Jazzowej w Bielsku-Białej miała wyjątkowe, bo wspominkowe, oblicze. Trudno wyobrazić sobie to wydarzenie bez obecności Tomasza Stańki, który od początku dzierżył berło dyrektora artystycznego festiwalu. O tym, jak ważną personą był w tym projekcie trębacz, mogliśmy się przekonać już pierwszego dnia koncertowego. Począwszy od tegorocznej odsłony, festiwal nosi nazwę Jazzowej Jesieni im. Tomasza Stańki. W Bielskim Centrum Kultury odsłonięto popiersie artysty autorstwa Bronisława Krzysztofa oraz udostępniono wystawę 30 portretów Stańki będących wspomnieniem przyjaźni trębacza z fotografem Andrzejem Tyszką. W przeddzień wydarzenia Rada Miejska nadała autorowi Bosonossy tytuł Honorowego Obywatela Bielska-Białej. Ukłon trębaczowi złożył każdy z muzyków, których do tej edycji sam Stańko wybrał i zaprosił: zadedykowane utwory, występy, wspomnienia spotkań z artystą.

Synowie gromu

Zwieńczeniem pierwszego dnia festiwalowego był koncert formacji Marcin Wasilewski Trio. Kontrabasista Sławomir Kurkiewicz, perkusista Michał Miśkiewicz i pianista Marcin Wasilewski chwycili publiczność za serce już od pierwszego wejścia, prezentując się w podkoszulkach z wydrukowanym portretem Stańki, autorstwa wspomnianego Andrzeja Tyszki. A potem najbardziej bodajże uznane na świecie polskie trio jazzowe dało brawurowy występ. Wrażliwość w mocnym, acz unikalnym brzmieniu, niepowtarzalny język wyrazu – rzekłabym, bardzo północny, szukając jego umiejscowienia na muzycznej mapie Europy – to cechy charakterystyczne tego tria. Akcenty wyważone, oszczędność słuszna, surowość zamierzona – ale i czułość bez ograniczeń w otchłani lirycznej ekspresji.

Chciałoby się powiedzieć: cudze chwalicie... ale i swoje znacie już całkiem nieźle. Chciałoby się też powiedzieć „synowie gromu”, bo nikt chyba nie ma wątpliwości, jak ważną postacią na drodze MWT musiał być przez ostatnie 20 lat Tomasz Stańko. Sam Wasilewski przyznał, że relację z trębaczem mieli jak synowie z ojcem.

Tego wieczoru artyści przypomnieli słuchaczom o koncercie na Jazz Jamboree 1998, który dali wraz ze Stańką. Towarzyszył im wtedy brytyjski saksofonista John Surman. On również był obecny na tegorocznej odsłonie Jesieni i dołączył do polskiego składu w ostatnim utworze. To był piękny występ. Z odgłosem szeleszczących kroków na nieco mokrych już, dawno opadłych liściach. Z kołnierzem płaszcza ustawionym na sztorc. Z kapeluszem zawadiacko opadłym nieco bardziej na prawe ucho... Podskórnie czułam obecność owego gentelmana, który z trąbką w ręce uważnie i z ojcowską niejako dumą nasłuchuje zza kurtyny występu zespołu.

Jesienne nasłuchiwanie

Następnego dnia moją uwagę przykuł Wolfgang Muthspiel. Austriak, nazywany jednym z najbardziej wpływowych gitarzystów swojego pokolenia, zaprezentował na bielskiej scenie tegoroczny premierowy projekt o nazwie Wolfgang Muthspiel Chamber Trio, w którym towarzyszyli mu Matthieu Michel na trąbce i Colin Vallon na fortepianie. Koncert rozpoczął Muthspiel, budując z pomocą efektów gitarowych fugę na cztery głosy. Klasyczne wykształcenie artysty pobrzmiewało zresztą przez cały czas trwania koncertu – a to fugującym echem przeplatających się nieustannie instrumentów, gdy jeden muzyk przejmował temat od drugiego niczym biegacz pałeczkę w sztafecie, a to wybornym solem gitary klasycznej z wokalizą przypominającymi mi te Zohara Fresco. Zatrzymała mnie wyjątkowa uważność tych artystów na siebie nawzajem i czujne wzajemne nasłuchiwanie. Przeplot i wymiana myśli, przechwytywanie tematów i powroty do nich wymalowały w mojej wyobraźni obraz ptasiego radia, gdzie każdy pojedynczy szczebiot ma swoje słuszne miejsce – nieważne, czy czynią to radosne i jasne w rejestrach sikorki, czy też posępne i matowe sowy.

Jakże miło było ich słuchać! Jak kropli deszczu dzwoniących rytmicznie o jesienny parapet wieczorową porą. I akompaniament równie deszczowy, jak w wierszu Leopolda Staffa Deszcz jesienny...

Konsekwentny rytm i powtarzalność rodem z muzyki minimal Philipa Glassa. Myślę sobie, że Tomasz Stańko, uważny obserwator i wielbiciel szeroko pojętej sztuki, nie bez powodu zawarł obrazowe słowo „jesień” w nazwie swojego festiwalu i, chociażby ze względu na ten werbalny akcent, nie zamierzam w swojej relacji koncertowej uciekać od wrażeń wizualnych i polskich listopadowych melancholii.

Magik Frisell

Trzeciego festiwalowego wieczoru miałam przyjemność obejrzeć uchem rozległy i pełen kolorystycznej przestrzeni pejzaż Ameryki, bowiem Bill Frisell jest najbardziej wyrazistą dla mnie żyjącą wizytówką subtelnej kompilacji muzyki country, folk, americana, w sosie rockowo-bluesowym. Jego improwizacja i zmysł gry po raz kolejny wprowadziły mnie w stan duchowej kontemplacji muzyki amerykańskiej. Gdy zamknęłam oczy, z każdym brzmieniem wyświetlały mi się pocztówki poszczególnych stanów, a gitarzysta po raz kolejny udowodnił, że nawet – a może szczególnie – w wydaniu solo jest niepokonanym mistrzem pejzaży, muzycznej ilustracji i oazą spokoju w jednym. Niezwykle delikatny i czuły, sam pierwszy czerpiący sporą przyjemność z odbywanej ze słuchaczami podróży.

Gdybym miała podsumować to wydarzenie jednym zdaniempowiedziałabym, cytując Grechutę, o „historii pewnej podróży” lub zwróciłabym się w stronę filmowych tytułów, takich jak Oczy szeroko zamknięte. Magik Frisell przeniósł mnie tego wieczoru z pękającej w szwach sali Bielskiego Centrum Kultury na pustkowie Route 66. Kilka lat temu po koncercie Billa na warszawskiej scenie Studia S2 przyjaciel zapytał mnie o wrażenia. Zapytał z pewnym niepokojem, zauważając, że przez cały czas trwania koncertu nie otworzyłam oczu. Odpowiedziałam mu wówczas, że był to najlepszy film, jaki w ostatnim czasie oglądałam. O obrazie, którego świadkiem byłam tego wieczoru, szczerze mogę powiedzieć to samo.

Wizjoner Bill. I jak wdzięcznie przemycał tematy amerykańskich szlagierów! Dla mnie mógłby zrobić i temat z wariacjami dziecięcych piosenek do poduszki na dwóch akordach. Słuchałabym oczarowana. Bo jak trafnie, lekko z angielska, wyraziła się moja 5-letnia córka, „On robi magię”. Cokolwiek jest jej materią wstępną. Jak garncarz, nadaje formę zależną wyłącznie od kaprysu palców i ludzkiej wrażliwości. Nam w tym procesie twórczym wypadało tylko nie przeszkadzać.

Młynarski-Masecki_5.jpg fot. Marta Ignatowicz-Sołtys

Królewska karoca

Ostatni dzień festiwalu – by tradycji stało się zadość – należał do jazzu tradycyjnego właśnie. Tegoroczna odsłona jednak znacznie wykraczała poza propozycje, z którymi spotykaliśmy się na poprzednich edycjach Jazzowej Jesieni. Na początek bardzo oczekiwany przez publiczność, perfekcyjnie wystylizowany na lata trzydzieste Jazz Band Młynarski-Masecki.

Zespół zaprezentował repertuar ze świetlistych dla muzyki polskich lat międzywojennych. Wspomniał wybitnych kompozytorów tamtych czasów, takich jak Henryk Wars, Jerzy Petersburski, Samuel Ferszko czy bracia Artur i Henryk Goldowie, tworzących hity na potrzeby filmu, kabaretu, teatru i rewii, a także na zamówienie coraz liczniejszych wytwórni płytowych, takich jak Syrena Record. Jak wspomniał Jan Młynarski, wykopane spod metrów popiołów, wybrane spośród tysięcy, stare tematy zalśniły pięknym złotem. Dziewięć z nich zaaranżowali na potrzeby płyty Noc w wielkim mieście.

Praca na linii Młynarski-Masecki to jedna z najjaśniejszych perełek minionego już festiwalu. I nie mówię tu o dostawionych na sali krzesłach czy płycie, która zdążyła już pokryć się platyną. Panowie pompatycznie i z przekąsem wjechali w stajnię ECM-u królewską karocą zaprzęgniętą w trzy saksofony, pianino, perkusję z epoki, basowego „ślimaka” i banjo. I roznieśli scenę w wióry – świeżością, klasą i kunsztem.

Nie zliczę, ile razy odruchowo miałam ochotę poprawić na głowie wyimaginowany wymyślny toczek czy innego lisa zwisającego na ramieniu. Jakbym znów obejrzała Allenowskie O północy w Paryżu, tyle że z lepszą muzyką. Nikogo też nie trzeba było przekonywać, że – cytując księgę Genesis – było to bardzo dobre. Pod koniec koncertu Marcin Masecki powiedział: „Mamy w pamięci i sercu Tomasza Stańkę i mamy nadzieję, że ogląda ten koncert i bardzo mu się podoba”. Młynarski pomagający Rogiewiczowi w przejęciu sterów za perkusją i podający (znów) sztafetową pałeczkę, by Pan M. zajął miejsce Pana R, gdy ten z kolei udaje się do ksylofonu; noga prawa Mistrza Maseckiego, filuternie podskakująca i uciekająca w prawo, jakby się chciała rozdzielić z resztą ciała lub przynajmniej dać własny koncert – tyle, że taneczny; frak Młynarskiego i garnitury reszty, wypastowany but, długość nogawki właściwa, królewski w barwie welur Jazzband Młynarski-Masecki zwisający z pulpitów; zadziorne wokalisty okulary przeciwsłoneczne z epoki; gestykulacja Młynarskiego i postawa przed równie pięknie prezentującym się mikrofonem... To wszystko pokazywało, że również – a może szczególnie – panom ten powrót do przeszłości bardzo się podobał.

Eddie Palmieri.jpg fot. Marta Ignatowicz-Sołtys

Latynoska potańcówka

Festiwal zakończył Eddie Palmieri Afro-Caribbean Jazz Sextet. Eddie Palmieri to portorykański dziesięciokrotny laureat nagrody Grammy, kompozytor salsy oraz latynoskiego jazzu. Muzyczny innowator łączący latynoską taneczność i melodykę z bezkompromisowością jazzu. A teraz zostawmy wszystkie informacje o artyście i o należnych mu zasługach. Na scenę wyszedł człowiek, który postanowił życzliwie przeprowadzić grupę Europejczyków przez historię swoich muzycznych korzeni. Lider sekstetu zapowiedział swój koncert jako „Night of Latin Jazz”. Przewrotnie rozpoczął go molowym solem fortepianu, pełnym bólu i krzyku wydobywających się zarówno z muzycznej materii, jak i ust grającego. Jakby chciał nam przekazać, że latin jazz ma nie tylko swoją bright side, do której przywykliśmy. Otworzył przed nami latynoską duszę, która jest też rozdarta. Za ten krótki wstęp jego koncertu jestem najbardziej wdzięczna. Za cząstkę jesiennego mroku i bólu.

Chwilę później na twarz 82-latka powrócił uśmiech, który wprowadził słuchaczy w gorący klimat bossa novy i samby, mocno komplikując europejski zwyczaj klaskania na 1 i 3. Na szczęście nie poddali się ani słuchacze, ani nauczyciel Palmieri, cierpliwie prezentujący, jak klaskać należy. Po takim ćwiczeniu gimnastycznym wygodne fotele BCK-u zdawały się być zawadą i zwalistym drzewem na drodze do wyzwolenia dla stóp i bioder. Już sam zespół rytmiczny potrafił rozruszać niejedno zdrewniałe życiem codziennym, umęczone polskie ciało.

Latin jazz ma w sobie podobną magię, co tango argentyńskie, muzyka luzofońska czy wszelki rodzaj szeroko pojętej muzyki plemiennej, której ukryty podskórnie dźwięk i rytm tak silnie zintegrowane są z ciałem wykonawczym. Gdy my, biali, usiłujemy się go nieudolnie nauczyć, oni otrzymują cały pakiet zdolności już na starcie, wysysając je wraz z mlekiem matki.

Jestem przekonana, że ten występ nieszczególnie odbiegał od małomiasteczkowej potańcówki na obrzeżach Puerto Rico czy boskiego Buenos. Nie było kartek z nutami. Wszędobylskich pulpitów brak. Jedno ciało grające od pierwszego do ostatniego taktu. Panowie byli z tych, którym zapis nutowy w graniu nie przeszkadza. A na widowni? Były tańce i swawole. Hulanki działy się na scenie.

Głodnych i żądnych głębszych badań nad materią zapraszam po płyty wyżej wymienionych artystów, których obecność na rynku muzycznym w ostatnim czasie była głównym powodem naszego bielskiego jesiennego spotkania.

autorka: Marta Ignatowicz-Sołtys

Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 12/2018

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO