fot. Michał Mrozek
Krzysztof Kobyliński to osobowość iście renesansowa. Z wykształcenia matematyk i informatyk. Twórca i dyrektor artystyczny Centrum Kultury Jazovia w Gliwicach oraz festiwali Palm Jazz i Filharmonia. Muzyk samouk, pianista, kompozytor i lider międzynarodowego zespołu KK Pearls. W swoim muzycznym dossier ma współpracę z takimi artystami jak Zbigniew Namysłowski, Jarosław Śmietana, Bill Evans, Branford Marsalis czy Trilok Gurtu. Jak sam podkreśla, w muzyce nad sekwencję zdarzeń liczbowych przekłada feeling, czego doskonałym przykładem będzie w pełni zaimprowizowany album Catherine’s Garden, którego premiera zaplanowana jest na koniec grudnia. Przed tym jednak artysta zaprasza na 16. już edycję festiwalu PalmJazz.
Damian Stępień: Przed nami 16. edycja festiwalu PalmJazz, który, co warto podkreślić, wykracza poza jazz. Tegoroczny program jest tego najlepszym dowodem. Lubi pan wynajdywać też ciekawostki muzyczne. Co więc usłyszymy w tym roku?
Krzysztof Kobyliński: Festiwal w tym roku jest naprawdęspory. Ma dużo dobrych, silnych wykonawców, ale też tych, którzy są mniej znani, ale nie mniej silni.Takim bardzo silnym punktem festiwalu jest m.in. Bill Frisell Trio. W Jazovii wystąpi też m.in. James Brandon Lewis Quartet oraz Leszek Żądło i Marcin Krzyżanowski, Marcin Barański Duo, Nils Petter Molvær solo, a także w triu Danilo Pérez, John Patitucci i Adam Cruz, którzy zagrają dwa koncerty z różnym repertuarem. Generalnie większość tych występów jest zaplanowana jako dwa jednego dnia.Festiwal zakończy występ jednego z najważniejszych artystów tegorocznej edycji – Kronos Quartet.
Zatrzymajmy się na chwilę przy klubie Jazovia, ponieważ ma on nietypowy układ sali. Publiczność może bowiem siedzieć z trzech stron sceny.
Pierwotnie chcieliśmy zrobić to w formie ringu, ale okazało się że jest zbyt mało miejsca. Takie rozwiązanie zastosowaliśmy też dlatego, że sala jest mała, ale za to ma znakomitą akustykę i mamy porządne wyposażenie.
Warto w tym miejscu dodać, że festiwal PalmJazz to nie tylko Gliwice i klub Jazovia. Słuchaczy czekają muzyczne podróże – w przenośni i dosłownie.
Mamy zaprzyjaźnione miejsca i skoro jest taka możliwość, to robimy również i tam koncerty. I tak na przykład w Tarnowskich Górach wystąpi m.in. Anna Maria Jopek razem z Robertem Kubiszynem i Dominikiem Wanią. Przed nią usłyszymy zespół z Litwy Dainius Pulauskas Acoustic Group. To ciekawy zespół, kilka lat temu wydał album z utworami Krzysztofa Komedy. Uważam, że festiwale komedowskie powinny się nimi zainteresować, bo nie często ktoś spoza Polski w taki sposób sięga po Komedę.
Również w Tarnowskich Górach wystąpią Immanuel Wilkins Quartet oraz Irek Głyk z córką Kingą, a także Gabriela Blacha, gliwicka kompozytorka i córka przedwcześnie zmarłego wykładowcy Akademii Muzycznej Norberta Blachy. Po niej usłyszymy bardzo dobry Eva Quartet z Bułgarii. W Bytomiu zagra Kayahz Janem Smoczyńskim, w Raciborzu Auksow repertuarze muzyki filmowej, a w Teatrze Miejskim w Gliwicach Ewa Bem z Andrzejem Jagodzińskim. Program jest naprawdę mocny. Myślę, że miłośnicy muzyki jazzowej i tej dotykającej jazzu nie powinni być zawiedzeni.
Dodatkowym punktem festiwalu będą warsztaty muzyczne.
Warsztaty poprowadzi dwójka fenomenalnych muzyków z Izraela. Reut Rivka, która jest wokalistką mojego KK Pearls, oraz Dima Gorelik, gitarzysta mieszkający w Warszawie. Myślę, że każdy, kto przyjdzie na ich warsztaty, będzie w stanie dużo się nauczyć. Wieczorami natomiast zapraszamy na jam session, którego rozprowadzającymi będą wspomniani już Reut i Dima oraz Arek Skolik i Edilson Sanchez z Kolumbii. Będzie siła!
W swojej działalności łączy pan dwa różne światy, odległe, ale niepotrafiące żyć bez siebie. Jest pan i muzykiem, i menedżerem. Jak się pan w tym wszystkim odnajduje?
Tego nie da się pogodzić. Teraz większość mojego aktywnego czasu zabiera mi muzyka. Muzyka, czyli ćwiczenia, próby, komponowanie, koncertowanie.Organizacja to była ta część, którą zacząłem się zajmować, ponieważ mam za sobą przeszłość biznesową i dzięki temu było mi łatwiej zacząć. Obecnie mam świetnych współpracowników, którzy w zasadzie robią cały festiwal. Zajmują się wszystkim– nagłośnieniem, oświetleniem, szatą graficzną, stroną internetową, terminami, całą logistyką i wszelkimi detalami. To jest ich wielka zaleta. Jesteśmy ściśle ze sobą związani. Moim zadaniem jest dobór artystów, ustalam ceny, zarządzam finansami.
Wspomniał pan, że odpowiada za program. Festiwal ma za sobą już 15. edycji i jest znaną marką na rynku muzycznym. Jak reagują artyści, zwłaszcza ci zagraniczni, na propozycje współpracy?
Festiwal był bardzo znany we wszystkich możliwych agencjach europejskich i amerykańskich, ponieważ był dobrze finansowany. Niestety później straciliśmy finansowanie, ale w tym roku znowu je odzyskaliśmy. Dzięki temu festiwal ponownie ma swój rozmiar i jeżeli finansowanie się utrzyma, to odbudujemy swoją pozycję.
Niestety na tym to polega. Bez pieniędzy zbyt wielu rzeczy nie da się zrobić. Za ostatnie edycje płaciłem z własnej kieszeni. Bez wsparcia z zewnątrz możliwości są znacznie mniejsze.
Doskonale to rozumiem. Stąd kolejne pytanie. Mój znajomy, który organizuje koncerty w Lublinie, gorzko żartuje, że jazzu słucha zaledwie jeden procent społeczeństwa, a jeden procent to błąd statystyczny. Jak ocenia pan rynek muzyczny, a zwłaszcza jazzowy, w Polsce?
Wydaje mi się, że z samym rynkiem muzycznym nie jest źle. Zarówno starsi, jak i młodsi wykonawcy mają sporo do powiedzenia i sporo do zaproponowania.Tylko w tym roku zaprosiłem około siedmiu polskich zespołów, ale równie dobrze mógłbym zaprosić siedemnaście czy dwadzieścia siedem. Dużo rzeczy zmieniło się na plus. Kiedyś grało mi się gorzej w Polsce niż za granicą. Teraz od kilku lat nie widzę większej różnicy. Mam idealną ciszę na koncertach. To oznaka, że ludzie słuchają.
W 1973 roku współorganizował pan pierwszą edycję festiwalu Boom Jazz. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Czy dzisiaj, chociażby dzięki nowym technologiom, łatwiej jest stworzyć festiwal, czy może jednak trudniej jest się przebić przez szum informacyjny i swoistego rodzaju „klęskę urodzaju”.
Jesteśmy krajem kapitalistycznym, a każdy kraj kapitalistyczny ma kłopot z nadprodukcją wszystkiego. W muzyce jest tak samo. Czasami rozmawiając z ludźmi zajmującymi się muzyką, żartuję, że to jest taka sama sytuacja jak z majonezem na półce sklepowej. Trzeba być w dobrym miejscu. Nie za wysoko, nie za nisko, najlepiej na wysokości wzroku i być dobrze oświetlonym. Trzeba być też bardzo dobrym. Jeżeli jesteś zły, a ktoś cię nawet kupi, to już drugi raz tego nie zrobi. Należy mieć swoją wartość. Towar jest towarem.
Muzyka też jest towarem. Chociażby bilety na koncerty. Tutaj mamy sytuację dwuetapową. Pierwszy etap to B2B, czyli artysta lub agencja stara się sprzedać wykonawcę organizatorowi. Później organizator sprzedaje bilety, co już jest B2C, czyli Business to Commerce. Taka sama sytuacja jak ze wspomnianym majonezem. Różnica jest tylko taka, że w kulturze jest mniej pieniędzy, w związku z tym ludzie bardziej muszą sobie pomagać przez podnoszenie nosa wysoko do góry. Takie klimaty…
Powspominajmy jeszcze. Pana muzyczna przygoda zaczęła się od rockowych brzmień. Hendrix, Led Zeppelin, Emerson Lake & Palmer. Wymieniam zagraniczne zespoły, ale w latach 70. na Śląsku, z którego pan pochodzi, rodziła się też wyjątkowa scena. Czy w jakiś sposób miała ona wpływ na pana?
Bardziej byłem zorientowany w stronę, którą dobrze pokazuje wspomniany przez pana Boom Jazz. Zaprosiliśmy wtedy m.in. Laboratorium, Osjan i Józka Skrzeka z SBB.W tamtych czasach słuchaliśmy głównie tego, co było dostępne. Zagranicznych wykonawców z wyjątkiem Jazz Jamboree, na który się najeździłem w latach 80., to praktycznie nie było. Śląska scena była bardziej bluesowa, ale pojawiali się też na niej ludzie, którzy wyrośli na wielkie osobowości poza tamtą stylistyką, jak Józek (Skrzek) czy Lakis (Apostolis Anthimos). Mnie jednak było bliżej do Krakowa i rejonów mentalnych kojarzących się z Piwnicą pod Baranami, Osjanem czy (Andrzejem) Kurylewiczem.
Z wykształcenia jest pan matematykiem i informatykiem. Jak ta wiedza przekłada się na pana obecne zajęcia i czy była pomocna w uczeniu się muzyki jako samouk.
Starałem się dzielić te strefy. Logikę zostawiałem w procesie studiowania, a całą intuicję przerzucałem do muzyki. Nie posiłkowałem się tym, aczkolwiek miałem pomysł na dyplom, ewentualnie na doktorat z czegoś takiego, czego wtedy jeszcze nie było. Wpadło mi do głowy, że mogłoby powstać urządzenie, które odbierałoby sygnały muzyka przy graniu i przetwarzało na rytm, czyli jakiś zaawansowany automat perkusyjny. Tej wersji, o której terazmyślę, chyba nie ma do dziś, ale to nie znaczy, że nigdy nie powstanie. W moim przypadku jednak skończyło się na pomyśle.
Teraz gram jak gram. Ponieważ wszedłem w polirytmię, to siłą rzeczy tej matematyki czy logiki jest więcej. Oczywiście ona jest tylko na początku, bo później każdą sekwencję zdarzeń liczbowych staram się rozhuśtać, aby to nabrało feelingu. Inaczej byłoby to kalectwo.
Jan Sebastian Bach lubował się w matematycznych wzorach, symbolice czy gematrii…
Bach był absolutnym geniuszem.
A pan nigdy nie miał takich pokus, mając taką wiedzę?
Chyba nie o to chodzi. Gdy mi wpadnie coś do głowy, to dużo czasu poświęcam, żeby to zapisać, aby potem to rozhuśtać. Najpierw trzeba się tego nauczyć, a potem tak grać, żeby dawało oznaki życia. Powiedziałbym, że ten proces to jest taka swoista forma in vitro, tylko że w muzyce.
Skoro rozmawiam i z informatykiem, i jednocześnie z muzykiem, to nie sposób nie spytać o pana podejście do sztucznej inteligencji.
Nie zajmuję się tym. Mam zbyt dużo pracy, którą muszę zająć się sam. Chciałbym oczywiście przyjrzeć się temu bliżej, bo jest to pewna przygoda intelektualna.Obawiam się tylko, że sztuczna inteligencja będzie redukowała rolę intelektu ludzkiego. Coraz więcej przypadków czy to medycznych, czy inżynierskich możemy załatwić za pomocą AI, a być może w niedalekiej przyszłości wszystkie.Nauka mówi, że już w tej chwili człowiek ma mniejszy mózg niż osiemdziesiąt tysięcy lat temu, bo wtedy miał więcej wyzwań. Idziemy w stronę skarlenia inteligencji, a przecież to najważniejsza cecha, która nas wyróżnia.
Pozostawmy futurologię. Bardzo podoba mi się stwierdzenie, że muzyka jest językiem wszechświata. Myślę, że pana twórczość jest tego najlepszym dowodem, szczególnie jeżeli przyjrzymy się artystom, z którymi pan współpracuje.
Muzyka angażuje obydwie półkule mózgowe. Dzięki temu muzycy są w stanie się porozumieć, aczkolwiek tworzą się też swoiste bańki. Przykładem może być bańka klasyczna, fortepianowa czego dobrym przykładem jest konkurs chopinowski.
Dla mnie jazz, czy w ogóle muzyka, polega na poszukiwaniu. Komuś może się wydawać, że jak skończył szkołę, nauczył się kilkudziesięciu czy kilkuset klików na klawiaturze i będzie nimi operował, to będzie z tego dobry rezultat. Rezultat będzie jednak byle jaki. Jeszcze raz podkreślę, że sztuka polega na poszukiwaniu. Jeżeli nie ma poszukiwań, to nie ma sztuki.
Przypomniał mi pan pewną anegdotę. Na pewnej polskiej uczelni odbywały się jazzowe warsztaty z udziałem amerykańskich muzyków. W pewnym momencie jeden z nich zapytał,czy ktoś mógłby zagrać swoją muzykę, bo jazz oni doskonale znają, a chcieliby poznać nasze korzenie. Wtedy ponoć zapadła cisza.
Czytałem kiedyś książkę o marketingu Wyróżnij się lub zgiń i myślę, że jest głęboko prawdziwa. Przed 1990 rokiem była moda na kopiowanie innych artystów, bo byliśmy odcięci od literatury, muzyki i w ogóle wszystkiego. Wówczas, kiedy ktoś potrafił kogoś skopiować, to już był gość. Teraz to się zmieniło. Jest przynajmniej część ludzi, która próbuje robić coś po swojemu. Następuje naturalny rozwój, tak jak w życiu. Na początku młody człowiek słucha rodziców, później się buntuje, odrzuca pewne rzeczy, a następnie część kopiuje, dodaje coś swojego lub tworzy siebie zupełnie od zera z nowym system zasad i wartości.Podobnie jest z muzyką, która aspiruje, by mieć swoją wartość, a nie być tylko kopią. Gdy jest kopią, nie jest już sztuką. Myślę, że tych odtwórczych artystów sztuczna inteligencja wytnie w pierwszej kolejności.
Powróćmy do pana muzyki. Pod koniec roku ma ukazać się pana solowy album Catherine’s Garden. Jest on inspirowany koncertem z KK Pearls w mieszkaniu malarki Katarzyny Warachim.
To była bardzo specyficzna sytuacja. Zadzwoniła do mnie artystka malarka pani Katarzyna Warachim z żalem, że ze względu na swoją niepełnosprawność nie może przyjść na koncert do Jazovii, bo sala znajduje się na trzecim piętrze. Odpowiedziałem, że w takim razie my przyjdziemy do niej. Akurat byliśmy z zespołem na próbie i pojechaliśmy do pani Katarzyny bez żadnego nagłośnienia.
Koncert był naprawdę wyjątkowy, bo gospodyni zaprosiła jeszcze kilka osób z niepełnosprawnościami. Tam było straszne nagromadzenie emocji, siła odbioru tej muzyki była tak duża, że nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Ani wcześniej, ani później! W zeszłym roku zostałem zaproszony na rocznicę śmierci pani Katarzyny, ale niestety w tym czasie byłem w Bremie. Postanowiłem jednak coś nagrać i tak wymyśliłem, że zagram o ogrodzie Katarzyny. Nie wiem, czy pani Warachim miała ogród, ale poszedłem za wyobraźnią. Ten album jest kompletnie improwizowany.