! Wywiad

Piotr Schmidt: W pogoni za nieokreślonym

Obrazek tytułowy

fot. Sławek Przerwa

Piotr Schmidt, rocznik 1985, trębacz, okrzyknięty u progu swej kariery „nadzieją polskiego jazzu”, to dzisiaj artysta dojrzały, spełniony i z niezwykle bogatym dorobkiem artystycznym. Na swoim koncie ma aż 19 albumów. Jak sam podkreśla, w życiu ważne są determinacja oraz wolność. „By w pełni cieszyć się wolnością i być jednocześnie odpowiedzialnym, trzeba mieć duże poczucie własnej wartości i tożsamości” – twierdzi.


Damian Stępień: Niedawno skończyłeś 40 lat. Czy przekroczenie tej symbolicznej granicy skłoniło cię do refleksji, podsumowań, czy jesteś zdania, że to tylko liczba?

Piotr Schmidt: Mam wrażenie, że 40 lat minęło jednak niekoniecznie jak jeden dzień. Mieszane uczucia, które się z tym wiekiem wiążą, mogą być mylone ze wspomnianą refleksją, której jednak, pamiętajmy, nie należy mylić z „refluksją”. Z jednej strony rzeczywiście pojawiają się momenty à la wypalenie zawodowe, jeszcze bynajmniej nie kryzys wieku średniego, ale właśnie objawy wypalenia czy po prostu zmęczenia, natomiast z drugiej strony jest jakaś pogoń za czymś nieokreślonym, ekscytującym, czymś, co może być, ale nie wiadomo, czy będzie, jak się nie postaram.

To coś, co mnie motywuje do kolejnych wyzwań i do działania. Mam ADHD, więc nienawidzę nudy, statyczności. Wciąż mam zawodowe marzenia do spełnienia, całe mnóstwo w zasadzie, a z drugiej strony w wyniku przepracowania także i potrzebę większego odpoczynku i odetchnienia od codzienności. Im więcej pracuję, realizując swoje cele, tym bardziej marzę o ucieczce w góry na tydzień, by odpocząć blisko natury. Niesamowita satysfakcja z osiąganych celów miesza się z koniecznością zamknięcia się w sobie i chwilowego odcięcia od świata. Ale właśnie nie na długo, bo długo bym nie wytrzymał. Typowy objaw pracoholizmu.

Tak, przyznaję się, jestem pracoholikiem, ale kocham to, co robię, i w ogóle nie patrzę na to jak na pracę. Uważam, że to, czym się zajmuję, to zabawa, hobby, wieczne realizowanie swoich pasji i zainteresowań, odkrywanie świata, uczenie się ciągle czegoś nowego. Jak można się w tej sytuacji wypalić? Ogólnie w kwestiach zawodowych już z sześć-siedem lat temu miałem poczucie, że osiągnąłem wszystko, o czym marzyłem mając 19 lat, dlatego stale wyznaczam sobie nowe cele.

Największą radością teraz są jednak moje dzieci. 40 lat to już wiek, w którym wypada mieć dzieci! Kto ich nie ma, ten niech żałuje. Magia Świąt! Nie z byle kim jednak taka przygoda. Odpowiednia żona to podstawa, a moja pomaga dzielnie, nie tylko przy dzieciach, ale także w kwestiach zawodowych – i to mimo że ma też swoje sprawy na głowie. Żona – skarb! Leonard ma sześć i pół roku, Teodorek w lipcu skończy cztery lata. Mistrzowie! Każdy w swojej, jeszcze nie do końca określonej, dziedzinie. Najważniejsze, że są i dają olbrzymią radość nam i wszystkim dookoła.

Tak więc z perspektywy czasu wydaje mi się, że największe dokonanie tych czterdziestu lat to właśnie te dzieci. Sam mój wiek to tylko liczba. Niewiele dla mnie znaczy. Kariera dziś jest, jutro może jej nie być, dokonania i tak zostaną, natomiast dzieci to Coś! Wartość sama w sobie!

Jak rodzinny dom wpłynął na twoją muzyczną drogę?

Mojego tatę wiele osób w środowisku kojarzy. Słynny historyk jazzu, ale także muzyki klasycznej, prelegent, autor trzytomowej Historii Jazzu, wykładowca na Wydziale Jazzu w Katowicach. Organizował koncerty szkolne – wyjazdowe z ramienia Filharmonii Opolskiej, pisywał do Jazz Forum, zapowiadał koncerty. Mama skończyła dyrygenturę chóralną w Katowicach, tam poznała tatę, nie poszła jednak w tę stronę zawodowo, bo chwilę po studiach urodził się mój starszy brat i dopiero kilka lat później zaczęła pracować, trochę po tacie – w koncertach szkolnych, najpierw z ramienia Filharmonii Opolskiej, później Śląskiej, gdzie pracowała około dwudziestu lat. Dzięki niej poznałem Tomasza Olszewskiego – mojego grafika (etatowego grafika Filharmonii Śląskiej), z którym współpracuję już 18 lat.

Tata i mama puszczali dużo muzyki w domu. Zarówno jazz, jak i klasykę. Jazz głównie klasyczny, klasykę często współczesną. A czasem na odwrót. Mama świetnie czytała nuty, bardzo dobrze grała na fortepianie. Tata też, ale 40-50lat wcześniej, w latach 40. był wziętym pianistą, aranżerem, wokalistą i organizatorem koncertów dla swoich dwóch zespołów – Sweet Jazz oraz Jaworski & Schmidt Septet.

Ale kiedy ja byłem dzieckiem, to mama właśnie grała mi z nut utwory, których się musiałem nauczyć na fortepianie w szkole muzycznej pierwszego stopnia w Gliwicach. Dzięki temu łatwiej mi było rozczytać tę muzykę, pamiętając, jak brzmi. Myślę, że talent zawdzięczam im obojgu, a także osłuchanie z muzyką.

Gdyby nie twoja mama, przerwałbyś muzyczną edukację…

Tak, był taki epizod, kiedy byłem w trzeciej klasie szkoły muzycznej, to tak bardzo nie chciałem ćwiczyć na fortepianie, że namówiłem tatę, by mnie wypisał ze szkoły. Już wsiadaliśmy do trabanta, kiedy mama, myjąca szyby w oknach w dużym pokoju, krzyknęła na nas coś w stylu: „A gdzie to się wybieracie! Wracać do domu, zupa stygnie na stole!”. I potulnie wróciliśmy. Więcej tak zdeterminowanych prób rzucenia szkoły muzycznej nie miałem.

Muzyka i ćwiczenie spodobały mi się dopiero, kiedy poszedłem do drugiego stopnia, na trąbkę. Na drugim roku zacząłem uczęszczać na zajęcia z orkiestry symfonicznej. Tam poznałem grającego na kotłach i trójkącie Bartka Pieszkę – obecnie wybitnego wibrafonistę, który skończył wibrafon u Bernarda Maselego mniej więcej wtedy, co ja trąbkę u Piotra Wojtasika.

Zgadaliśmy się, że obaj lubimy jazz, i założyliśmy zespół wspólnie z jego siedem lat starszym bratem i lokalnymi gliwickimi muzykami w naszym wieku. Od tego momentu pamiętam, że już ćwiczyłem z chęcią i zacząłem się bardziej aktywnie interesować muzyką. Zacząłem też regularnie chodzić na comiesięczne jam sessions organizowane przez Stowarzyszenie Muzyczne Śląski Jazz Club, działające prężnie w Gliwicach do dzisiaj.

Jak wspominasz swoje muzyczne początki, jakie cele sobie wtedy stawiałeś, jakie miałeś wyobrażenia o tym świecie?

Pamiętam, że z tym wspomnianym gliwickim składem pewnego razu doprowadziliśmy do bankructwa lokalną knajpę, która po dniówce, z utargu, nie potrafiła nam zapłacić w pełni umówionej gaży, a tydzień później wywiesiła na drzwiach karteczkę z napisem: lokal zamknięto. To było pierwsze duże życiowe doświadczenie związane z jazzem. Dało mi do myślenia. Coś jak w tym dowcipie: Jaki to jazzman, który ma milion? Taki, który odziedziczył dwa miliony.

Z niepokojem zatem mając 19 lat, zdawałem na Wydział Jazzu do Katowic. Kiedy się dostałem, to obiecałem sobie, że muszę być najlepszy. Inaczej to z finansowego punktu widzenia nie ma sensu i lepiej wybrać inną karierę. Nie chciałem też bardziej popularnych gatunków muzycznych. To musiał być jazz. Lubię wiele stylów muzyki jazzowej. Zarówno takie granie przestrzenne, „stańkowe”, jak i takie bardziej jak Roy Hargrove – groove’owe, czy nowoczesne z raperami. To wszystko jest super, ale musi być zakotwiczone bardziej lub mniej w jazzie. To dla mnie ważne.

Ćwiczyłem więc bardzo dużo, po osiem godzin dziennie przez pierwszy rok, później, kiedy zaczęło mi piszczeć w uszach, tak permanentnie, to ograniczyłem ćwiczenie do pięciu-sześciu dziennie i już z tłumikiem, i do dzisiaj w zasadzie ćwiczę z tłumikiem, choć obecnie około trzech godzin dziennie.

Na 3. i 4. roku zaczęliśmy z chłopakami, w tym z Michałem Wierbą, Marcinem Kaletką, Michałem Kapczukiem i z Sebastianem Kuchczyńskim, jeździć na konkursy jazzowe. Pomyślałem, że w sumie skończę studia i nikt nic o mnie nie będzie wiedział, to może warto spróbować swoich sił na konkursach. Kiedy zaczęliśmy jeździć, to szczególnie w latach 2008-2010 udało się wygrać prawie wszystkie. To było zaraz po moich studiach. Taki okres debiutancki. Dałem się poznać na tych konkursach i już wtedy zabiegałem, by po każdej wygranej były jakieś wywiady, artykuły w Jazz Forum i gdzie indziej. To był dobry start.

Kiedy ten okres się skończył, to dalej byliśmy no-name’ami, ale już z jakimś dorobkiem i pierwszymi dwiema płytami na koncie. Pierwsza, Maya (jako Wierba & Schmidt Quintet)– ukazała się nakładem Jazz Forum w 2008 roku, a druga, Getxo Live z 2010, była efektem wygrania prestiżowego konkursu w Hiszpanii, na którym ja też dostałem nagrodę dla najlepszego solisty festiwalu. W tym samym roku ukazała się trzecia płyta z tym zespołem – Black Monolith, z gościnnym udziałem Dante Lucianiego na puzonie. Dante Luciani to brzmi jak włoski mafioso, ale to świetny puzonista z Miami.

Jaką radę życiową czy muzyczną dałbyś dwudziestoletniemu Piotrowi Schmidtowi?

W zasadzie taką, jaką sobie dałem wtedy, czyli dużo ćwiczyć i nauczyć się porządnie angielskiego. Pamiętam, że na studiach uzmysłowiłem sobie, że jazz determinuje wiele kontaktów z muzykami z zagranicy, w tym z Amerykanami, a język angielski po szkole średniej umiałem tak sobie. Kupiłem zatem taki program komputerowy Professor Henry i na komputerze stacjonarnym łoiłem słówka i zwroty przez godzinę dziennie przez dwa lata, aż cały ten program skończyłem. Od tego czasu swobodnie czytam książki po angielsku i rozmawiam w tym języku bez problemów. Postanowienie i determinacja!

Gdy zaczynałeś karierę, okrzyknięto cię nadzieją polskiego jazzu. To duże wyzwanie tworzyć z takim „tytułem”?

Kiedy powygrywałem te wszystkie konkursy do 2010 roku, to w sumie taki tytuł mógł mi tylko pomagać w załatwianiu koncertów, dzwonieniu czy, jak to mówią, w sprzedaży. Ale łatwo nie było. Nawet jak jesteś dobry, ale młody i mało znany, to organizatorzy koncertów cię nie chcą, bo ludzie cię nie znają i nie przyjdą na koncerty. Grać więc można w takich miejscach, które mają swoją publikę. Pamiętam, że dopóki nie miałem stałej pracy we Wrocławskiej Szkole Jazzu oraz dorywczo na Akademii Muzycznej w Katowicach, to ledwo dawałem radę przeżyć niektóre miesiące. Rodzice musieli mi pomagać jeszcze tak do 2012-2013 roku regularnie. Ale nie chciałem iść na kompromisy. Wesela, chałtury, to nie dla mnie. Więc robiłem, co mogłem, by grać jazz. By się bardziej wybić.

Organizowałem nagrania kolejnych płyt, założyłem w 2011 roku wspólnie z Markiem Różyckim wydawnictwo SJRecords, dzwoniłem po klubach, domach kultury, festiwalach. Coś zawsze udawało się załatwić. Coraz lepsze koncerty z biegiem lat, coraz lepsze sale i festiwale. Przy takiej postawie im więcej „tytułów”, tym lepiej, bo one pomagają promować swoją muzykę. Twórczość muzyczna to rzecz prosta, ale sprzedaż i promocja to wyzwanie. Od 2014 roku uczę też na Wydziale Jazzu w Państwowej Akademii Nauk Stosowanych w Nysie. Dzisiaj już tylko tam uczę, bo uważam, że warunki i atmosfera są najfajniejsze. Jeżdżę tam raz w tygodniu, w środy.

A kogo dzisiaj nazwałbyś „nadzieją polskiego jazzu”?

Judytę Pisarczyk, Adama Jarzmika… trudno powiedzieć, bo tacy artyści jak Jakub Mizeracki, którego odkryłem, jeszcze kiedy był na studiach w Nysie, już osiągnęli bardzo wiele i dali się poznać w środowisku. Kuba Więcek też już nie jest nową nadzieją, bo mocno się wybił. Świetnym debiutem w zeszłym roku okazał się Grzegorz Masłowski, wiekiem już nie „nowa nadzieja”, ale jego kapitalna płyta była nominowana do Fryderyków.

Polecam w ogóle artystów z wydawnictwa SJRecords, jest tam wiele fantastycznej muzyki. Także wokalistki Martyna Sabak i Agata Kuliś wydały ostatnio swoje płyty z aranżacjami Adama Jarzmika. Kapitalne.

O kryzys wieku średniego, a zwłaszcza twórczego, nie mogę cię podejrzewać. Na swoim koncie masz 19 albumów! Co kryje się za tak bogatym dorobkiem artystycznym?

Nowa płyta to nie tylko nowa muzyka, którą masz w głowie, przelewasz na papier i nagrywasz z wybitnymi muzykami w studiu po to, by grać z tą muzyką koncerty, ale jest to także pretekst do wywiadów, recenzji, do działań promocyjnych, które w efekcie odbijają się pozytywnie na twojej karierze. Jest więc wiele powodów, dla których warto robić nowe płyty, a nie osiąść na laurach po wydaniu jednej czy drugiej. Wymaga to sporo pracy, zwłaszcza w pozyskiwaniu finansowania od sponsorów na takie działania, ale warto się pomęczyć i to ogarnąć. Warto, bo też satysfakcja jest podwójna.

Raz artystyczna, a dwa wizerunkowa i promocyjna. Poza tym człowiek ma zwyczajnie pomysł i ochotę na taką czy inną płytę z takimi czy innymi artystami i realizacja tych pomysłów wpływa pozytywnie na zdrowie psychiczne artysty. To tak jakbyś bardzo chciał coś zrobić i nie robił tego, nie robił nic, co by mogło doprowadzić ostatecznie do realizacji twoich planów, a więc też do samorealizacji. Narasta frustracja… Trochę słabo. Lepiej działać.

A dlaczego w ogóle jazz? Pytanie może wydać się banalne, chociażby ze względu na twojego ojca. Ale mogło przecież być tak, że właśnie z tego powodu mogłeś nie chcieć zapisać kolejnej karty w nomen omen „historii jazzu” tylko wybrać inny gatunek.

Dla mnie jazz to nie tylko wymiar estetyczny, który uwielbiam, ale także synonim wolności. To muzyka, która w pełni pozwala ci wyrażać siebie, w każdym wymiarze, także jeśli chodzi o ubiór na scenie i sposób bycia. Jazz daje wolność i swobodę w tworzeniu siebie, daje furtkę do samostanowienia, do determinowania swojego życia.

Wolność jednak zawsze musi iść w parze z odpowiedzialnością, a często też z ciężką pracą. Wolność w muzyce, jak i w życiu, to pełna odpowiedzialność za swoje działania na dobre i na złe. To ja w całości odpowiadam za to, co zagram, z kim zagram, jak zagram. Ale też w życiu odpowiadam za to, co robię, czego nie zrobię, co osiągnę, gdzie polegnę. Nie mogę zwalić winy na coś innego, na rząd, na obce siły, na innych ludzi. Za wszystko odpowiedzialny jestem ja. By w pełni cieszyć się wolnością i być jednocześnie odpowiedzialnym, trzeba mieć duże poczucie własnej wartości i tożsamości.

Ludzie słabi wolą być uzależnieni od państwa, zapomogi, pomocy innych, od szczęścia lub jego braku, warunków zewnętrznych. Nie chcą wziąć odpowiedzialności za swoje życie, zrzucają winę na innych za swoje niepowodzenia. By być wolnym, trzeba wziąć odpowiedzialność za siebie i często ludzi wokół siebie i dodatkowo na ten przywilej zapracować. Ale warto.

Zawodowo nie jestem uzależniony od jednego pracodawcy, bo mam ich setki, od tych samych muzyków w zespole, bo zawsze mogę zadzwonić po zastępstwo, od jednego dziennikarza, któremu akurat moja twórczość nie siadła, bo jest stu innych, którzy cenią moje płyty. To pozycja na rynku, którą sobie przez lata wypracowałem. Ona daje mi poczucie wolności.

Ostatnio miałem przyjemność rozmawiać ze wspaniałą skrzypaczką Aleksandrą Owczarek między innymi o tym, jak termin „muzyka poważna” zamknął klasykę przed zwykłymi ludźmi. Po wszystkim przyszła mi taka refleksja – czy z jazzem nie jest podobnie i że bliżej już mu do akademii niż do zadymionych knajp. Jakbyś się odniósł do tej luźnej myśli?

Absolutnie się z tym nie zgadzam. Może taki „akademicki” nurt jest bardziej popularyzowany w JazzPRESSie, przy upodobaniach tutejszych dziennikarzy do muzyki awangardowej i free, a szczególnie w Jazzarium, natomiast jazz ma miliony odsłon, fantastycznie się komponuje z innymi gatunkami, takimi jak pop, hip-hop, rock, a nawet reggae – patrz utwór Don’t Lose Your Mind z Michałem Urbaniakiem na płycie Tutu Milesa Davisa.

Jazz łączy się z klasyką, z elektroniką, a nawet z techno, co udowodnił ostatnio w projekcie Lunamë Maciej Kądziela. Jazz to pojęcie bardzo szerokie i dalekie od „akademii”, żywiołowe i emocjonalne, twórcze i pasjonujące. I oby takie pozostało.

Zakończmy naszą rozmowę metrykalną klamrą. 24 czerwca są twoje urodziny. Czego byś sobie życzył z tej okazji?

Pokoju na świecie. Wiem, to odpowiedź w stylu kandydatek na Miss Świata, one zawsze tak odpowiadają. Ale akurat teraz jest to bardzo całemu światu potrzebne, bo przetasowania i napięcia międzynarodowe nie sprzyjają bardziej ambitnej muzyce, jaką jest jazz. Im więcej dobrobytu na świecie, tym lepiej dla jazzu. Im więcej wysokiej kultury konsumuje społeczeństwo, tym to społeczeństwo jest bogatsze, także finansowo. Na to są badania.

Dlatego też taka muzyka powinna być wspierana i popularyzowana, gdyż to odbija się pozytywnie na całych krajach, na kreatywności i inteligencji ludzi słuchających tej muzyki, a przy okazji na PKB. Muzycy jazzowi wtedy też zyskują i mają stabilne środowisko do pracy.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO