fot. Katarzyna Libront
Sea Poetry to drugi studyjny album w dorobku Rafała Jackiewicza i jego kwartetu. Album w całości został nagrany analogowo na taśmę. Jak podkreśla lider grupy, w porównaniu zdebiutem na nowej płycie jest odważniej i tym samym zawiera ona więcej swobody. Sea Poetry to poetycka wizja morza bez porywistych wiatrów, burz i niepokoju. Swoją muzyką grupa pragnie oderwać słuchacza od rzeczywistości i przenieść w inny wymiar.

Rafał Jackiewicz Quartet ‒ Sea Poetry
Damian Stępień: Przyglądając się okładce Sometimes – debiutanckiego albumu z 2021 roku pana kwartetu – można by dzisiaj stwierdzić, że była ona swego rodzaju zapowiedzią Sea Poetry. To zbieg okoliczności czy może morze już wtedy było dla pana inspiracją (okładka Sometimes przedstawia morski pejzaż z drewnianymi falochronami – przyp. red.)?
Rafał Jackiewicz: Okładka Sometimes była przypadkowa, ale czas pokazuje, że muzyka, jak na pierwszym, tak i na drugim albumie, jest podobna. Ta estetyka jest mi bardzo bliska. Wszystko jest powiązane.
Myślę, że obie płyty mają wiele cech wspólnych. Harmonia, melancholia, spokój…
Na debiucie, tak jak każda osoba, która pisze swoje pierwsze kompozycje i nagrywa pierwszy album, starałem się pokazać jak najwięcej i jak najlepiej. Gdy porównuję te dwa albumy, to myślę, że na pierwszym nie miałem jeszcze takiej odwagi jak na drugim, aby odpuścić sobie pewne rzeczy. Tam jeszcze są popisowe solówki i można powiedzieć, że jest on bardziej napięty.
Pierwszy album nagrywałem też świeżo po studiach i jest tam pewien taki duch akademicki. Na debiutanckiej płycie czułem, że coś komuś muszę udowodnić, a drugi jest już totalnie oddany muzyce takiej, jak ja ją słyszę, bez żadnego dowodzenia technicznego.
Na Sometimes gościnnie w nagraniach uczestniczył też Robert Kosiński na puzonie. Teraz postawił pan tylko na kwartet.
Początkowo Robert miał wystąpić na tym albumie, bo mamy ze sobą bliskie więzi i cały czas słyszymy tę samą muzykę. Jednak ostatecznie na to, że nie zagraliśmy razem, wpłynęły dwie kwestie. Po pierwsze Robertowi niepasował po prostu termin sesji, bo był już wtedy za granicą. A po drugie, płytę nagrywaliśmy na taśmę i dogrywanie jego partii byłoby bardziej skomplikowane.
Wracając jeszcze do składu, to na najnowszym albumie tym razem za perkusją słyszymy Przemysława Borowieckiego. Co pana zdaniem wniósł nowego do zespołu?
Tak, w składzie kwartetu zmieniająsię jedynie perkusiści. To takie najmniej stabilne miejsce w zespole, ale już od trzech lat jest z nami na stałe właśnie Przemek. Po pierwszym koncercie z nim złapaliśmy bardzo dobry kontakt muzyczny. Chociaż wywodzi się ze sceny freejazzowej, to świetnie odnajduje się też w takich stylach, jakie właśnie nagraliśmy na tej płycie.
Wspomniałem o perkusiście, ale nie można pominąć pozostałych muzyków kwartetu.
Na najnowszym albumie warto zwrócić uwagę, że Maciek (Kitajewski) zamienił bezprogową gitarę basową na kontrabas. A co do Piotra (Dziadkowca), to właśnie z nim podczas wspólnej trasy koncertowej dużo rozmawiałem o muzyce jeszcze przed powstaniem kwartetu. To z tych wspólnych rozmów zrodził się zarys zespołu.
Najnowszy album został nagrany w całości analogowo. Czy w ten sposób chciał pan uzyskać większą naturalność dźwięku?
Ideą nagrywania analogowego zaraził mnie Piotr Łukaszewski. To brzmienie jest bardzo naturalne, szczególnie jeżeli słuchamy albumu właśnie na taśmie. Wtedy można mieć uczucie, że siedzi się w studiu, a muzycy są dookoła nas. Po drugie, sam proces nagrywania na taśmę jest bardziej wymagający. Istnieje minimalna możliwość ingerencji. Szczególnie, gdy porówna się to z możliwościami cyfrowymi. Dlatego w wersji analogowej wszystko brzmi jak jedna całość.
Jako ciekawostkę mogę podać, że na świecie są dwie firmy zajmujące się produkcją od zera taśm tzw. matek, czyli masterowych. Jedna jest w Stanach Zjednoczonych, a druga we Francji – i z naszym albumem poleciałem właśnie do Francji.
Jaka atmosfera panowała w studiu, czy wpłynęło na nią chociażby to, że nagrywaliście na taśmę?
Największa różnica polega na tym, że nagrywa się jeden albo dwa take’i i od razu idzie się odsłuchać, jak to brzmi. Wtedy albo zostawiamy to, co jest, albo robimy kolejne podejście. Błędy wyłapywane są natychmiast i dzięki temu możemy je szybko skorygować. To sprawia, że taka sesja jest dłuższa.
O Sea Poetry powiedział pan, że to próba zapisu chwil, w których muzyka staje się jak oddech morza – powolny, głęboki, pełen spokoju. Tę bardzo optymistyczną wizję morza można jednak zestawić na przykład z innym poetyckim obrazem z mickiewiczowskiej Burzy…
Kilku moich znajomych zwróciło mi uwagę, że tylko trzeci utwór jest bardziej niespokojny, bardziej w górze. Tak jest też w naturze – nasze Morze Bałtyckie jest oczywiście spokojne, ale zdarzają się również bardziej burzliwe momenty. Na albumie skupiliśmy się po prostu na spokojniejszym obliczu.
Sea Poetry w ogóle ma w sobie spokój, którego zazwyczaj trochę nam brakuje na co dzień. Czy dlatego album kończy kompozycja Quiet Hope, czyli „cicha nadzieja”?
Tak, ten utwór uspokaja i jest nastrojowy. Zależało nam, aby cały album mógł oderwać słuchacza od rzeczywistości, żeby w trakcie słuchania płyty lub z koncertu z tym programemzostał wyniesiony w inny wymiar, aby zapomniał o wszystkim i przeniósł się w nasz muzyczny świat.