Papierowy JazzPRESS
Kanon Jazzu Płyty Recenzja

Carlos Santana & Mahavishnu John McLaughlin - Love Devotion Surrender

Obrazek tytułowy

Carlos Santana & Mahavishnu John McLaughlin - Love Devotion Surrender

Jest rok 1972. The Beatles już dawno nie istnieją, choć mają za sobą podróż do Indii. Carlos Santana wydał już albumy Santana i Abraxas. John McLaughlin zdążył już nagrać Bitches Brew i kilka innych płyt z Davisem i jedną z najważniejszych płyt fusion lat siedemdziesiątych – Inner Mounting Flame. Ma też już swojego guru i pożyczył sobie na chwilę nazwę zespołu nazywając się Mahavishnu John McLaughlin. John Coltrane nie żyje od 5 lat i zdążył zyskać zasłużony status legendy, którą dla wielu był już za życia. Muzycy, sportowcy, poeci i wszyscy, którzy chcą trochę zanurzyć się w kolorowym świecie kultury tamtych czasów wyjeżdżają do Indii, przyjmują nowe imiona. W towarzystwie nie wypada nie mieć własnego guru, no może w artystycznym środowisku wielkiego świata…

Dwu wielkich gitarzystów spotyka się, żeby zagrać trochę Coltrane’a. Jego już nie ma, ale Love Supreme pozostanie z nami na zawsze. Obaj liderzy dobierają sobie całkiem utytułowane już wtedy grono muzyków. Jest więc mało jeszcze wtedy znany Jan Hammer (to czas przed jego współpracą z Jeffem Beckiem), tutaj grający na bębnach, znany McLaughlinowi z Mahavishnu Orchestra. Jest dusza wielu podobnych płyt – organista Larry Young. Jest najbardziej rockowy z jazzowych perkusistów – Billy Cobham. Wszelkiego rodzaju instrumenty perkusyjne obsługują znany z płyt Santany Armando Peraza i wszechobecny na dziesiątkach przeróżnych płyt Don Alias.

W wykonaniu takiego zespołu Love Supreme jest jedną z doskonalszych wersji. Obaj gitarzyści są już wtedy sławni, jednak na początku muzycznej kariery. Tworzą płytę z innej planety, zupełnie nie przystającą z perspektywy czasu do ich dyskografii. To jedna z najlepszych płyt Carlosa Santany i również bardzo ważna pozycja w dyskografii Johna McLaughlina. Choć to z pewnością nie jest płyta dla fanów Supernatural, lub Friday Night In San Francisco, ani tych, którzy kojarzą Jana Hammera z Miami Vice.

To jest pełen odlot. I choć za wyjątkiem dwu krótkich utworów pierwszym i ważniejszym głosem jest gitara Santany to płyta duetu. Prawdopodobnie nazwisko Santany znalazło się na okładce jako pierwsze w związku z jego większym potencjałem komercyjnym. Doskonała gra obu liderów, gitarowe solówki, jazzowe free w szybkich rytmach tworzonych przez Cobhama, świetny Larry Young, indyjskie rytmy i duch Coltrane’a nie tylko w jego własnych kompozycjach, tworzą niepowtarzalny klimat tego albumu.

Chyba sam John Coltrane, gdyby dożył mody na inspiracje hinduskie nie zagrałby tego lepiej. To dziwnie brzmi, ale Santana jest na tej płycie równie bliski ideom muzycznym Coltrane’a, co Zbigniew Seifert w swoich najlepszych momentach, czy Kenny Garrett na wczesnych niekomercyjnych nagraniach (African Exchange Student lub Pursuance). To w sumie jednak bardziej płyta Santany niż Johna McLaughlina, choć to przecież temu drugiemu teoretycznie bliżej muzycznie do Johna Coltrane’a.

To płyta, którą można słuchać i o której można pisać na dwa sposoby. To może być jeden z doskonalszych hołdów dla Coltrane’a. Dla mnie to jednak przede wszystkim pełna gitarowej wirtuozerii, świeżych dźwięków jedna z najlepszych płyt w dyskografii zarówno Johna McLaughlina, jak i Carlosa Santany. To także ważny dokument czasów mody na inspiracje dalekowschodnie.

Każdy z gitarzystów w tej trudnej konwencji potrafił zachować swoje własne charakterystyczne brzmienie, choć całość zapewne dla fanów obu będzie niezłym zaskoczeniem. Choć trudno być fanem Carlosa Santany nie znając tej płyty, no chyba że takim, dla którego Santana zaczął się od Supernatural

Najsłabszym fragmentem tej płyty jest dla mnie Naima zagrana przez Johna McLaughlina. Reszta to ściana dźwięków perkusyjnych i gitarowych przyprawiona organami Larry Younga. Nigdy wcześniej ani później gitara Santany nie miała takiego wsparcia rytmicznego – chyba nigdzie więcej nie zagrali na jednej płycie Cobham, Peraza, Don Alias i Jan Hammer (nietypowo dla siebie na perkusji).

Ta płyta to prawdziwy, najlepszy Santana. To najbardziej jazzowy Santana i najbardziej rockowy John McLaughlin. To jedna z tych płyt, których nie wypada nie mieć na półce. A jak się komuś spodoba, to może jeszcze poszukać doskonałej płyty nagranej rok wcześniej – Carlos Santana & Buddy Miles – Live!. Materiał z Love Devotion Surrender wraz z muzyką z płyty Iluminations z 1974 roku, którą Carlos Santana nagrał z Alice Coltrane posłużył Billowi Laswellowi do stworzenia Divine Light, ale to już materiał na inną opowieść.

RadioJAZZ.FM poleca!

Rafał Garszczyński - Rafal[malpa]radiojazz.fm

  1. A Love Supreme
  2. Naima
  3. The Life Divine
  4. Let Us Go Into The House Of The Lord
  5. Meditation

Carlos Santana & Mahavishnu John McLaughlin Love Devotion Surrender

Format: CD

Wytwórnia: Sony Japan - Numer: SRCS 9179 Master Sound

  • Carlos Santana – g,
  • John McLaughlin – g, p,
  • Larry Young – org,
  • Doug Rauch – bg,
  • Billy Cobham – dr,
  • Jan Hammer – dr,
  • Don Alias – dr,
  • Mike Shrieve – dr,
  • Armando Peraza – congas.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO