Papierowy JazzPRESS
Muzycy

Bill Laswell – podróżnik muzyczny czy włóczęga?

Jeśli słyszeliście o Billu z kilku źródeł, to jestem niemal pewna, że każde z nich głosiło co innego. Opinie na temat jego działalności bywają zdumiewająco odmienne – jakby dotyczyły różnych osób. Możliwe, żeby człowiek, który tworzył formację Praxis, był tym samym, który odpowiada za dwie najgorsze płyty mistrza Herbie’go? Owszem. To Bill Laswell.

Porządny artykuł o artyście winien zaczynać się informacją o początkach kariery, potem o największych dokonaniach i podsumowaniem ze wszech miar subiektywnym – pochwałą lub utrąceniem. W tym przypadku tej regule nie stanie się zadość z przyczyn różnorodnych.

Żadnym sposobem nie da się Laswella zaszufladkować. Nawet nie będę próbować przyczepiać mu jakichkolwiek łatek. Ten facet jest muzykiem. I jako muzyk od lat niestrudzenie kieruje swoją energię życiową na realizowanie swoich własnych, a także czyichś, pomysłów muzycznych. I tych własnych, i czyichś sam nie jest w stanie się doliczyć, i wielu nie pamięta. Aż trudno uwierzyć – większość muzyków doskonale pamięta swoje dokonania. Często się na nie powołuje i o takowych przypomina, chcąc taką czy inną opinię potwierdzić lub podważyć. Czy to oznacza lekki stosunek do własnych dzieł, czy może to mała kokieteria? Bill odpowiada, że patrzenie wstecz nie jest tak ważne. Ważna jest świadomość tego gdzie znajdujemy się teraz. U Laswella „teraz” rzadko oznacza to samo. Jest wiele projektów, które się od siebie różnią tylko tytułem i nieznacznie datą wydania. Bill twierdzi, że czasem warto jest rozwijać jakąś ideę nawet jeśli oznacza to dłuższy przystanek w jednym miejscu – za przykład niech posłuży jego wieloletni romans z muzyką indyjską.
Nagle w wyniku jakiegoś prędko przebiegającego procesu mentalnego przemieszczenia wybucha nam w twarz projektem Praxis czy„Low Life”, pospołu z Peterem Brötzmanem poczynionym – zupełnie nie zrozumiałym dla
fanów melodyjnej i tajemniczej Hear No Evil…, by zaraz potem ukołysać nas Life Space Deth – piękną transową płytą nagraną wspólnie z Toshinori Condo, na której pobrzmiewa spokojny głos Dalajlamy, lub płytą Jazzonia, dalej mamy
skrzącego potęgą improwizowanego Painkillera i miękkie transowe Aftermathematics Instrumental, żeby za chwilę porazić nas projektem Methods Of Defiance.
Dokładną sinusoidę muzycznych wędrówek Laswella prowadzą skrupulatnie jego wierni fani, zwłaszcza w Japonii. Czy grając z Praxis, czy z Brötzmanem, Zornem czuje ten sam dreszcz, co nagrywając z Kondo, Molvaerem? Twierdzi, że różnicę odczuwa tylko na poziomie złożoności materiału, większej lub mniejszej potrzeby skupienia się na wykonaniu. Poza tym za każdym razem traktuje granie jak rozmowę – nigdy nie wiadomo, w którą stronę pobiegnie…
Niezależnie od tego, jak i dokąd zaprowadzi – każde doświadczenie jest ważne.
Myślę, że lwia część fanów jazzu zna Billa Laswella, choćby ze współpracy z Johnem Zornem, czy ze słynnych remixów Davisa – płyty Phantalassa, która zyskała spory rozgłos i tyle opinii, ilu słuchaczy – co w sprawie działalności Laswella jest niemal regułą.
Pytałam kiedyś Billa o to, który z jego niezliczonych projektów był dla niego wyjątkowo znaczący, czy też w sposób szczególny zapadł mu w pamięci? Nie ma takiego, który byłby dla niego szczególnie przełomowy – odpowiedział. Każdy z nich jest tylko kolejnym etapem, na którym coś się zmienia, mutuje. Inne rzeczy zamiast ewoluować, eksplodują i wtedy poczucie zmian jest silniejsze. Charakterystyczną dla jego muzyki przestrzeń, szczególnie odczuwaną w jego projektach ambientowo-dubowych buduje intuicyjnie. Ważną rzeczą na jego muzycznej ścieżce są ludzie, których spotyka. Otwarcie
przyznaje, że to oni wnoszą najwięcej do jego muzyki. Długo by wymieniać nazwiska artystów, z którymi współpracował, choć wiem, że takie informacje są bardzo lubiane. Pomagają pozycjonować danego muzyka. Niech zatem kilka nazwisk się pojawi: Mick Jagger, Peter Gabriel, Bootsy Collins czy młodziutka Whitney Houston, zanim świat ją poznał i zdążył zapomnieć. Czy należy także wymieniać artystów spoza branży muzycznej, którzy swoją działalnością wpływali na to, w jakim kierunku stawiał swój kolejny muzyczny krok? Ich lista
też nie jest krótka. Czemu jednak muzyk jest tak głęboko zainteresowany współpracą z niemuzykami? Bill mówi, że ceni sobie współpracę z ludźmi, którzy nie grają na instrumentach, a chcą robić płyty, docenia ich inne spojrzenie. Chętnie współpracuje z pisarzami, malarzami, filmowcami, którzy są zainspirowani muzyką, często postępuje wedle ich wskazówek. Pozwala to na przełożenie ich artystycznej wrażliwości na język jego muzyki. Dzięki temu koło wzajemnej inspiracji zatacza coraz szersze kręgi. Pośród artystów, którzy odcisnęli na nim swoje piętno w czasach wczesnej młodości znów wymienia malarzy, pisarzy i filmowców zaraz obok Jimi’ego Hendrixa, Davisa czy Coltrane’a.
Laswell otwarcie przyznaje że niektóre pozycje z jego dorobku były działalnością zarobkową. Jednak najbardziej ceni te, które wynikają z jego potrzeby tworzenia muzyki mogącej inspirować innych. Wielokrotnie udaje mu się to osiągnąć. Jednym z celów jego muzycznych wędrówek jest poszukiwanie kontrastów, elementów, które na pozór się wykluczają, ich łączenie daje często nieoczekiwany, zaskakujący efekt. Ważna dla niego jest chwila, atmosfera, to, co podpowiada intuicja, krytyczne spojrzenie na siebie, na otoczenie i oczywiście determinacja, żeby z tego wszystkiego we właściwy sposób skorzystać.
Warto oczywiście poszperać nieco w dyskografii Billa Laswella, chociażby po to, żeby zaprezentować światu jeszcze jedną subiektywną opinię. Jednak wybierajmy z rozwagą. Jeśli czujemy potrzebę otulenia się czymś łagodnym, co pomoże ukoić nerwy, weźmy raczej do ręki Jazzonię, Shine, czy znakomity album Dreams Of Freedom Ambient Translations of Bob Marley In Dub. Jeśli jednak aktualnie mamy zapotrzebowanie na free jazzowe szaleństwo, to do naszej dyspozycji pozostają takie pozycje, jak Painkiller, Massacre i wiele innych. Nie zabraknie też połączeń wszystkich tych, a także wielu innych elementów pośród materiału nagranego pod szyldem Praxis, czy też Material.
Od dawna nie dziwi mnie tak wielka rozbieżność opinii na temat Laswella. Jest to artysta, który nie jest wierny żadnemu gatunkowi muzycznemu. Przesłuchując kolejno jego płyty, za każdym razem sprawdzi się zapowiedź: „A teraz coś z zupełnie innej beczki”. Trudno też znaleźć człowieka, który kochałby każdą płytę jaka wyszła spod szacownej ręki Laswella. Czy jest on w końcu podróżnikiem i odkrywcą czy muzycznym włóczęgą? Na to pytanie każdy niech odpowie sam. Niewątpliwie na odpowiedź wpłynie to, jakiej akurat płyty będziemy słuchać – podróżniczej czy włóczęgowskiej.

Aleksandra Nowosad

Artykuł opublikowany w numerze magazynu JazzPRESS z lutego 2012 r. - tu do pobrania formaty: pdf i mobi.

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO