News

Nie żyje Tomasz Stańko, legenda polskiego jazzu!

Obrazek tytułowy

Dziś, 29 lipca, po kilkumiesięcznej chorobie nowotworowej zmarł Tomasz Stańko. Jeden z najlepiej znanych na świecie polskich jazzmanów, muzyk o olbrzymim dorobku, niezwykle ważnym dla polskiej kultury, nie tylko dla jazzu, ale również filmu i muzyki popularnej.

W lipcu artysta obchodził 76 urodziny. W wakacyjnym numerze JazzPRESSu opublikowaliśmy jego portret autorstwa Jarka Czai.

Fragmenty rozmowy z Tomaszem Stańką "Wywiad autoryzowany" opublikowanej w JazzPRESSie we wrześniu 2014 roku, w którym artysta znalazł się na naszej okładce.

(...)

Roch Siciński: I co tam, panie Tomaszu, słychać w polskim jazzie?

Tomasz Stańko: Może pan mi powie, bo środowisko staje się olbrzymie. Coraz częściej nie znam nowych nazwisk na polskiej scenie, a zawsze byłem niezwykle na bieżąco. Już kilka razy miałem tak, że od muzyków zza granicy dochodziły mnie słuchy o naszej młodej krwi. Pierwsze takie zdziwienie spotkało mnie już ładnych parę lat temu, kiedy Manfred Eicher powiedział mi o Macieju Obarze. Ale on jest zaradny cat, znalazł sobie dojście do Manfreda w zupełnie nietypowy sposób.

Bycie muzykiem coraz bardziej staje się byciem instytucją. Wypadkową grania jest bycie producentem, menedżerem…

To stało się diabelnie istotne dla młodszych. Teraz składową talentu są umiejętności pozamuzyczne. Scenę musimy załatwić sami. Nie możemy sobie kupić płótna i malować. Jeśli nie znajdzie pan miejsca na pokazanie twórczości, to nici z rozwoju, a kiedyś przecież trzeba się ograć.

Zawsze wolałem dobierać sobie muzyków, którzy mają duże doświadczenie sceniczne. Jednak nie można zapomnieć o muzyce w tyglu innych obowiązków. Bo to jest najważniejsze i tu talentu potrzeba najwięcej.

A propos talentów, kiedyś powiedział pan, że aktorstwo to dla pana najtrudniejsza rzecz na świecie i jak najdalsza od talentów, które pan posiada. Moim zdaniem jest pan całkiem sprawnym aktorem. Zakłada pan różne maski, zależnie od rozmówcy, od odbiorcy, od bieżącej sytuacji. Tomasz Stańko na ogół odbierany jest jako żywa legenda, która opowiada o przeszłości i gra swoje nuty. Odnoszę jednak inne wrażenie. Pan nadal ma silny charakter i swoje spojrzenie na wiele spraw, które zostaje stłumione, że tak powiem, zautoryzowane przed drukiem.

Jeśli jestem członkiem popkultury, to muszę darzyć szacunkiem odbiorcę masowego. Obowiązkiem jest przemilczenie wielu spraw, na przykład tych specjalistycznych. Nie będę się rozwodził nad rolą Dicka Twardzika w muzyce improwizowanej, kiedy mam wywiad dla telewizji mainstreamowej. Zauważyłem też, że życiorys może stać się w pewnym sensie dziełem sztuki. Nawet będąc fanem danego twórcy, wcale nie trzeba znać jego muzyki, obrazów czy jakichkolwiek wytworów artystycznych. Można zakochać się w jego życiorysie. Jego przedstawianie zawsze jest kreacją, działaniem bardziej lub mniej świadomym. Ciekawe może być samo Istnienie Poszczególne, cytując Witkacego. Jedyny i niepowtarzalny zbiór atomów, jakim był Frank Zappa, może być inspirujący, ciekawy, niezależnie od muzyki, jaką tworzył.

A pańska autobiografia? Jest szczera? To jest wypowiedź do wszystkich. Przeczytali ją zarówno ci, którzy patrzą na Tomasza Stańkę przez pryzmat jego muzyki, jak i ci, którzy o pana artystycznej aktywności wiedzą tylko tyle, że gra pan jazz. Na trąbce.

Często cytuję Himilsbacha, mówiąc, że kłamię w każdym wywiadzie. To stwierdzenie też nie jest prawdą, bo co to jest prawda? Opowiadanie o sytuacjach sprzed wielu lat bywa bardzo zależne od punktu, w którym się jest w chwili ich przytaczania. Skoro nawet w fizyce kwantowej wynik zależy od pozycji obserwatora, to w dziedzinie biograficznej czy artystycznej mogę mieć codziennie inne zdanie. Szczególnie jazz ma taką strukturę, że prawd jest wiele. Prawdy są filtrowane przez sytuację, przez to, z kim się gra itd. To nie jest matematyka, a przecież i w niej nie wszystko możemy opisać z pełną dokładnością… Podobno tylko krowa nie zmienia zdania. Ja zmieniam zdanie cały czas i kompletnie mam to gdzieś. Siedzę tutaj sam ze sobą. Mogę głośno myśleć, pewne rzeczy sobie roztrząsać. A to sprawia mi największą przyjemność. Obserwacja, kiedy jestem z boku. Choć im dłużej żyję, coraz bardziej nic nie wiem. A właściwie im więcej wiem, tym mniej mogę skonkretyzować, wszystko jest płynne i sam przyznaję rację wielu sprzecznościom.

Czy mamy Chopina, czy prezydencję europejską, czy cokolwiek ważnego dla kraju, do muzycznej oprawy zapraszany jest Tomasz Stańko. Zrobił się pan artystą narodowym.

Wie pan, ja po prostu długo żyję [śmiech]. Nie czuję się artystą narodowym. Przyjmuję te zlecenia, które są ciekawe artystycznie.

W Nowym Jorku bywa pan coraz rzadziej.

Bo dużo gram tutaj. W Stanach bywam, ile mogę. Mieszkanie czeka, czasem wpadam nawet na parę dni, pochłonąć trochę atmosfery tego miasta, posłuchać nowych projektów.

Chciałbym spytać pana, jako bacznego obserwatora, co tak naprawdę młodym muzykom daje wejście do katalogu ECM?

Na pewno pozycję i prestiż.

A pan za co najbardziej lubi swoją wytwórnię?

To proste – lubię w niej nagrywać płyty. Jeśli mam być rejestrowany, to właśnie przez tego typu firmę. Daje mi to pewne skróty. Na koncertach granie ewoluuje, jest żywe, różnorakie. Natomiast na płycie mam dźwięki skoncentrowane. Zupełnie różne światy.

Przyznam szczerze, że jestem fanem tego świata koncertowego w pana obecnej twórczości. Może dlatego wolę sobie włączyć bootleg zamiast pana ostatniej płyty?

Płyta jest zapisem. Muzyka to jest teatr. Jazz jest sztuką ulotną. Jazz się bardziej „pisze” na płytach, a na koncertach może wydarzyć się bardzo różnie. Tam już jest prawdziwe pole walki. To jest piękne. Zresztą sytuacja spotkania z publicznością i muzykami w określonym miejscu i czasie definiuje sztukę. Muzyka zostaje w głowie właśnie dzięki temu, rzadziej dzięki płytom.

Co pan przez to rozumie?

Do teraz spotykam ludzi w Niemczech, taksówkarzy, przypadkowo spotkanych Niemców, którzy w młodości słuchali Brötzmanna, bo to była modna muzyka. Oni to mają w mózgu. To była bardziej wyrafinowana młodzież, która nie chodziła na pop, tylko na energię. Jednak później przestali się tym interesować. Robili to tylko w czasach studenckich, łączyły się z tym również powody społeczne, moda… Teraz przyciąga ludzi tylko nazwisko. Dla mnie najważniejszą sprawą w koncertach muzyków jest żywotność. Jeśli artysta ma żywotność, siłę, mocny przekaz, to potrafi przepchnąć niemal wszystko.

Otacza się pan sztuką. Zarówno tą wyrafinowaną, jak i popularnym kiczem, ciekawi pana niezła mieszanka…

Bo ja bardzo lubię dzisiejsze czasy, także za współczesny performance.

A druga strona mocy? Ta bez popularności. Dajmy na to, trójka ludzi schowanych gdzieś przed światem w malutkim klubie, improwizują dla 10 osób na sali…

No widzi pan, a na Brötzmannie są pełne sale. Jak ktoś się decyduje grać taką muzykę, by być popularny, musi być najlepszy na świecie.

Rozmawiamy o teraźniejszości. I dobrze. Jednak zróbmy chwilę dla historii alternatywnej. Pana sąsiadem w Nowym Jorku jest Lee Konitz. On jest o rok młodszy od Milesa Davisa. Kim byłby Miles, gdyby żył? Teraz jest postacią pomnikową. Nadal poruszałby jazz do przodu? Czy już nie jazz, czy może już by nie grał?

Ciekawe. Myślę, że byłby legendą, to na pewno. Na pewno zmieniałby gatunki. Teraz gigantów nie zostało wielu. Jest Shorter. Ale jak odejdzie, to będzie właściwie po gigantach.

Kiedyś powiedział pan, że globalizacja zabija gigantów.

Tak, to nie są czasy, które wydają na świat legendy pokroju Leonarda da Vinci. Sztuka jest zbyt dostępna. Okazuje się, jak wielu jest ludzi obdarzonych wielkim talentem. Są coraz szybsze czasy, więc i sztuka jest szybciej zapominana. Chociaż mogę się mylić. Nie wiadomo, jak będzie, na pewno będzie inaczej. Może lepiej nie stawiajmy takich pytań, bo życie ma różne formy rozwoju. Czasem biegnie, czasem się zaduma, później znów wybuch rozwoju. (...)

Całość rozmowy dostępna
w JazzPRESS 9/2014 pod linkiem >>>

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

20 października

PalmJazz Festival 2018

Centrum Kultury JAZOVIA

Gliwice

16 listopada

Jazztopad 2018

Narodowe Forum Muzyki

Wrocław

22 listopada

godz: 21:00

Niko Leopold Quartet

Piec Art Acoustic Jazz Club

Kraków

23 listopada

godz: 18:00

K&K Pearls oraz Laboratorium / 33. Silesian Jazz Meeting

Teatr Ziemi Rybnickiej

Rybnik

23 listopada

godz: 19:00

Tribute to Henryk Majewski

12on14 Jazz Club

Warszawa

23 listopada

godz: 21:30

Tribute to Henryk Majewski

12on14 Jazz Club

Warszawa

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO