Plebiscyt Recenzja

Led Bib – Hotel Pupik

Obrazek tytułowy

(Cuneiform Records, 2025)

Za dotychczasowymi dokonaniami chóralnie chwalonej na Zachodzie grupy Led Bib nie przepadałem. Londyńczykom, którym chyba tylko ze względu na instrumentarium przyszyto maksymalnie już dziś nieostrą etykietę avant-jazzu, bliżej było raczej do bombastycznego imaginarium prog rocka niźli jazzowego drive’u. Trzeba było aż dwukrotnego rozstania z klawiszowcami i wykluczenia tego stanowiska z zespołu na dobre, by ansamblu Marka Holuba dało się wreszcie słuchać.

Co więc się zmieniło? Ano, Led Bib postanowiło po prostu zacząć grać jazz. Bez żadnych wycieczek ku wzniosłości ani cholerycznych zmian tematów. Już nie matematyka, a muzyka przeżywana kolektywnie, z dużo większą dozą spontaniczności, zaczęła odgrywać tu główną rolę. Efekt jest dość zaskakujący, gdyż wybuchowa dotychczas formuła zespołu radykalnie spuściła z tonu. Hotel Pupik zaczyna się jednak solidnym grzmotem – Iron Ore napędza kompulsywny rytualny rytm, a przestrzeń tną barytonowe riffy. Z tym językiem zdążyła nas już dobrze oswoić grupa Morphine, lecz u Led Bib croonerska zmysłowość ustępuje ognistym alikwotom, a frazy kładą się ciężko. Przeciągają się w nieomal postmetalowe drony, co szczęśliwie pozwala uniknąć kalki z długowłosej szkoły gitarowej tężyzny.

Dalej jest już tylko spokojniej, może nawet za bardzo. Dawn Chorus i Till Next Time ewidentnie są wypełniaczami. Brzmią bowiem, jakby zespół zagubił się w gęstwinie ambientalnych podmuchów, którym nie potrafi nadać ostatecznej formy. Ćwiczenia z łagodności wypadają natomiast dużo lepiej w Pure O, gdzie słychać energetyczne pokrewieństwo z mniej porywistym obliczem środkowego okresu Art Ensemble of Chicago. Dramaturgia, rozgrywana inteligentnie przez zagęszczającą się grę sekcji, prowadzi ku eksplodującemu finałowi, w którym obaj saksofoniści – Pete Grogan i Chris Williams – odbywają świetną, lecz nierozstrzygniętą szermierkę na głośność.

Ostatecznie największe wrażenie robi długi numer tytułowy – amalgamat bluesującej ballady i Coltrane’owskich repetycji. Mocno uduchowiona, ale zupełnie niepatetyczna kompozycja, rozwijająca się po linii rozśpiewanego basu i nieustających saksofonowych dialogów. Mimo że nieco dosłowna, to wciąż nadzwyczaj udana wariacja na temat tradycji spiritual jazzu, opowiedziana środkami współczesnej brytyjskiej sceny. Zadziwiające, że Led Bib było zdolne do tak radykalnie nowego otwarcia, mając za sobą 22 lata kariery. Jeśli pominąć charakterystyczny, opresyjny styl bębnienia lidera, mamy właściwie do czynienia z zupełnie innym zespołem. To obiecująca zmiana, niemniej warto byłoby popracować bardziej nad grupową tożsamością. Wszystkie bowiem wpływy, z których Led Bib na Hotel Pupik korzysta, są na ogół transparentnie wręcz czytelne, nieobleczone w wyrazistą, autorską wizję. Przed londyńczykami wyzwanie, by pójść za ciosem.

Mateusz Sroczyński

Tagi w artykule:

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO