dlugiJP 7/2021
Płyty Recenzja

Brzmienie życiowej zmiany

Obrazek tytułowy

Dan McCarthy – A Place Where We Once Lived

Dan McCarthy, 2021

Na dwóch ostatnich albumach wibrafonista Dan McCarthy zawarł emocje związane z rozpoczęciem nowego etapu swojej kariery. A Place Where We Once Lived, choć wydany był dopiero w 2021 roku, muzyk nagrał w lutym 2019. City Abstract w dystrybucji jest już od ponad roku, ale prezentuje materiał nieco późniejszy, bo z maja 2019 roku. Różnica jest pozornie nieduża, jednak zgłębiając życiorys muzyka, dowiadujemy się, że był to czas, kiedy po 15 latach mieszkania w Nowym Jorku zdecydował się na powrót do rodzinnego Toronto. Nie bez znaczenia jest więc, że pierwszą płytę zarejestrował jeszcze na Brooklynie, kolejną zaś już po drugiej stronie rzeki Świętego Wawrzyńca.

Wskazany kontekst najpełniej uosabia nowszy z albumów. A Place Where We Once Lived już w tytule podkreśla nostalgię za miejscem, które przyszło autorowi opuścić, stąd można odczytywać materiał jako podsumowanie czasu spędzonego w Wielkim Jabłku. Wibrafonista trafił do tamtejszego środowiska z opinią obiecującego talentu kanadyjskiego jazzu – był absolwentem Humber College, prestiżowej uczelni w Toronto, i mógł pochwalić się dzieleniem sceny z lokalnymi sławami. Na jego umiejętnościach wkrótce poznały się też nowojorskie gwiazdy, m.in. Steve Swallow, Ben Monder i Mark Feldman, których zaprosił do nagrania autorskiego albumu Epoch, a także Rudy Royston oraz Thomas Morgan, zaangażowani przy rejestracji opisywanej płyty. Dodając jeszcze George’a Garzone’a, Marka Shima i Ariego Hoeniga dochodzi się do wniosku, że jak na młodego artystę z obcego kraju McCarthy ma naprawdę imponujące koneksje. Trudno się jednak dziwić, kiedy sam Gary Burton wystawił koledze po fachu laurkę, chwaląc go za „niezwykłe zdolności i nieograniczoną wyobraźnię”. W tym miejscu dochodzimy do najważniejszej inspiracji McCarthy’ego – twórczości tego wielkiego innowatora wibrafonu. Autor poświęca mu kompozycję Desert Roads, podobnie jak interpretację I’m Your Pal Steve’owi Swallowowi. Wszystkie dwanaście pozycji jest utrzymanych w spokojniejszym nastroju, wyrażającym zarówno nostalgię za przeszłością, jak i płynącą z tamtych wspomnień radość. Oprócz umiejętności lidera wysoka jakość materiału jest zasługą wspomnianej sekcji rytmicznej. Duet Royston / Morgan to nie tylko indywidualne talenty muzyków, to perfekcyjnie zgrany organizm, o czym mogliśmy się przekonać na ubiegłorocznej produkcji Billa Frisella Valentine. W odróżnieniu jednak od albumu gitarzysty tutaj mają oni dużo większy wpływ na brzmienie, tworząc z liderem równorzędny kolektyw.

CityAbstract.jpg

Dan McCarthy – City Abstract

Origin, 2019

Na chronologicznie starszej, choć zawierającej nowszy materiał, płycie City Abstract McCarthy utrzymuje refleksyjny nastrój, momentami prezentuje jednak bardziej energiczne oblicze. Łatwo jest porównać obie produkcje, gdyż zawierają dwie te same kompozycje – Go Berserk i Desert Roads. Z pewnością wpływ na wzmocnienie brzmienia ma poszerzenie składu o gitarzystę Teda Quinlana – jego solówki wprowadzają ciekawy kontrast do miękkich dźwięków wibrafonu. Kwartet uzupełniają weterani kanadyjskiej sceny – perkusista Ted Warren i kontrabasista Pat Collins. Na City Abstract McCarthy składa kolejny hołd Gary’emu Burtonowi. Ponownie dedykuje mu kompozycję Desert Roads oraz wymienia go w podziękowaniach wydrukowanych na okładce, wyrażając wdzięczność mistrzowi za „nieskończone pokłady inspiracji i motywacji”. Obok legendarnego wibrafonisty Kanadyjczyk umieszcza tam też pianistkę Carlę Bley, której poświęcił rozpoczynający płytę utwór Bleyto. Trzeba przyznać, że to naprawdę wyśmienite otwarcie – dynamiczne tempo sekcji rytmicznej nakręca poczynania solistów, ci zaś oprócz indywidualnych popisów, imponują w grze unisono. Tempo nieco zwalnia w następnych dwóch interpretacjach: Midwestern Nights Dream Pata Metheny’ego oraz Coral Keitha Jarretta. Dalsza część albumu, wyłączając Utviklingssang Carli Bley, złożona jest już wyłącznie z autorskiej twórczości lidera. Rozpoczyna ją pełna wigoru kompozycja Go Berserk, po której muzycy ponownie zmniejszają intensywność, eksplorując bardziej nostalgiczne rejony. Na szczególną uwagę zasługuje Other Things Of Less Consequence – liryczna i ciepła kompozycja z dominującą rolą wibrafonu. Na stronie internetowej radiostacji z Toronto JAZZ.FM91 natknąłem się na tekst, w którym John Devenish odnajduje w opisywanej muzyce ducha rodzinnych stron. Stwierdza on, że choć wibrafonista mieszkał w Nowym Jorku, to „jego brzmienie zdaje się przeczyć przygodom tamtego supermiasta. Jego muzyka to piosenki o Toronto (…) ukazujące, jak to miejsce brzmi. Pięknie, lirycznie, odważnie i zapierająco dech w piersiach”. Osobiście nigdy nie dane było mi gościć w Kanadzie, więc mogę tylko polegać na opinii autochtonów, a ta zgrabnie łączy się z tytułem płyty i panoramą zdobiącą jej okładkę. Ciekawy życiorys oraz coraz bogatsza dyskografia czynią z Dana McCarthy’ego postać ważną dla kanadyjskiego środowiska. Decyzja o powrocie w rodzinne strony po latach spędzonych w stolicy gatunku, do tego zaraz po wydaniu entuzjastycznie przyjętego albumu Epoch, bez wątpienia wpływa na rozwój i tak już niezwykle prężnej sceny jazzowej Kanady. Póki co jednak w dystrybucji możemy usłyszeć jedynie efekty pracy wibrafonisty z doświadczonymi wykonawcami, a warto by również młodsze pokolenia korzystały z jego obecności i to nie tylko jako edukatora.

Jakub Krukowski

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO