(Earshift Music, 2026)
Distant Birds to nie tylko odległe ptaki rodem z Australii, ale także ptaki nieuchwytne, bo ich muzyka wymyka się wszelkim klasyfikacjom, trudno zamknąć ją w klatce z konkretną nazwą i jedynie, co pozostaje, to mnożenie opisów barw, jakimi mienią się w muzycznym locie. Przyjrzymy się więc bliżej tym kolorowym ptakom z antypodów, bo Distant Birds jest projektem łączącym muzyków z najróżniejszych zakątków australijskiej sceny muzycznej.
Klawiszowiec Chris Abrahms od 1987 roku współtworzy awangardowe trio jazzowe The Necks, które na swoim koncie ma blisko dwadzieścia albumów i ogólnoświatowe uznanie. „To jeden z najwspanialszych zespołów na świecie” – uważa The New York Times, „Potrafią rzeczy, których nie potrafi nikt inny” – wtóruje The Wire, „The Necks odkrywają przed nami całkiem nowy muzyczny kosmos” –to z kolei The Guardian. Basista Dave Symes związany jest z Boy & Bear, zespołem indiefolkowym działającym od 2009 roku. I to właśnie Abrahms i Symes odpowiadają za powstanie Distant Birds. Skład zespołu uzupełniają, chociaż to słowo nie oddaje w pełni ich wpływu na muzykę grupy, trębaczka Ellen Kirkwood, saksofonista barytonowy Matt Ottignon oraz perkusista Evan Mannell.
Patrząc tylko na samą okładkę albumu Vol. 01 & 02 i długość poszczególnych utworów (każdy w okolicach piętnastu minut), łatwo jest się domyślić, że Distant Birds bliżej do The Necks niż Boy & Bear. The Necks dał się bowiem poznać jako zespół przekraczający stylistyczne granice, śmiało łączący jazz z muzyką improwizowaną, post-rockiem, elektroniką, ambientem, minimalizmem, a wszystko to w kompozycjach rozwijających się przez długie, lecznienużące minuty. Podobne rozwiązania kompozycyjne słyszymy właśnie na Vol. 01 & 02 Distant Birds.
W swoim projekcie Chris Abrahams i Dave Symes łączą psychodeliczny, soulowy groove, miłość do spontanicznej, improwizowanej twórczości oraz inspiracje dubem, reggae i afrobeatem. Dzięki temu możemy obcować z niezwykłymi muzycznymi pejzażami wypełnionymi pulsującą linią basową, hipnotyzującą perkusją, wibrującymi dźwiękami syntezatorów i organów Hammonda oraz porywającymi partiami instrumentów dętych. Miałem przyjemność spędzić z tym albumem już kilka wieczorów i za każdym razem ich muzyka wyznaczała zupełnie inne trajektorie lotów moich myśli i odczuć. Przy tej płycie można rozmyślać, pracować czy nawet tańczyć. Warto mieć go w swojej kolekcji, nawet jeśli nie jest się fanem The Necks.
Damian Stępień