Papierowy JazzPRESS
Płyty Recenzja

Enzo Carniel & House of Echo – Wallsdown

Obrazek tytułowy

Jazz&People, 2020

Przeróżne współczesne nagrania trzyosobowych składów typu fortepian-kontrabas-perkusja, jakkolwiek niekiedy wysokiej jakości, najczęściej umacniają mnie w przekonaniu, że kategoryczne przełamanie utartych konwencji fortepianowego tria jest wyzwaniem, któremu sprostać mogą tylko najwięksi. I choć zabrzmię tu może konserwatywnie, cofając się aż o 12 lat – od czasów Leucocyte (2008) e.s.t. nie słyszałem niczego, co mogłoby w równym stopniu wstrząsnąć moim postrzeganiem tej formuły. Dzisiaj nieco zaintrygować autora tej recenzji udaje się Francuzom – i choć Enzo Carniel & House of Echo to nie są do końca moje ulubione klimaty, to oryginalności dźwiękowej nie w sposób tym panom odmówić.

Oczywiście jest w tym pewien kruczek. W składzie ekipy mamy operującego szeroko pojmowaną „elektroniką” pianistę Enzo Carniela, a towarzyszą mu koledzy: Simon Tailleu na kontrabasie, Ariel Tessier na perkusji, a także Marc Antoine Perrio obsługujący okazjonalnie gitarę, a na przestrzeni całej płyty dokładający dodatkową warstwę dźwiękowych efektów. Taka struktura zespołu pozwala fortepianowemu triu zabłysnąć, poruszać się w dźwiękowym środowisku, które tchnie świeżością, i tym samym uniknąć w dużym stopniu wtórności.

Piszę tu o fortepianowym triu, bo to ono jest w tej dźwiękowej alchemii produktem głównym. Oczywiście, francuski tandem operuje środkami muzycznej wypowiedzi dobrze znanymi naszym Czytelnikom z innych współczesnych nagrań. Są więc ściśle aranżowane, doskonale zsynchronizowane frazy, powtarzające się obsesyjnie motywy, elektroniczne rytmy w jazzowym anturażu. Dodajmy do tego elementy tak zwanej muzyki konkretnej (na przykład pobrzękiwania kamyków, głosy ludzkie, bliżej nieokreślone szmery), klimatyczne synth pady – i mamy już wyobrażenie, jak ta płyta „smakuje”.

W ogólnym rozliczeniu brakuje mi trochę dzikości, bo wszystko jest po europejsku chłodne – więcej tu zimnej kalkulacji niż ognistego ducha ekspresyjnego bopu. Co więcej, przydługawe ambientowe klamry, które oplatają co dynamiczniejsze części utworów, mogą wprawiać w zniecierpliwienie („Kiedy wreszcie zagrają coś z biglem?!”). Jeżeli jednak uznajemy Wallsdown za coś wartego posłuchania, a szczególnie coś „nowego”, to tym bardziej warto posłuchać dokonań polskiej kapeli (w mojej ocenie niecieszącej się jakąś szczególną „widocznością”) o nazwie Patryk Kraśniewski Trio (Less Is Bless, 2015). Klimaty bardzo podobne, produkcja równie smaczna, a talenty ulokowane w kraju nad Wisłą. Choć ci znad Loary też są w porządku.

Autor - Wojciech Sobczak-Wojeński

Tagi w artykule:

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO