dlugiJP 7/2021
Płyty Recenzja

Esperanza Spalding – Triangle

Obrazek tytułowy

Songwrights Apothecary Lab, 2021

Gdybyście zapytali mnie: czym jest życie? Odpowiedziałbym jak Grek Zorba. Piękną katastrofą. Wszystko się popieprzy. Co tylko możliwe. Przyjaciele zapomną. Dni chwały przeminą. Zdrowie i siła staną się wspomnieniem. Rodzinne życie koszmarem. Praca torturą. Kraj, narodowość, przekonania – niczym innym jak wartym śmiechu złudzeniem. Nawet wiara, patrząc w lustro, nie będzie się mogła zdecydować, czy jest rzeczywistością, czy tylko odbiciem. Księżycem. Przypływem. Głębiną bez dna. A jeśli to wszystko prawda, to czy pozostaje coś jeszcze? Czy kiedy katastrofa jest pełna i brak już sił, brak nadziei, brak czasu, czy jest coś jeszcze?

Jest. Jest taka opowieść. Przypomniała mi się, kiedy słuchałem najnowszej małej płyty (EP) Esperanzy Spalding Triangle. Bilbijna opowieść o Szunemitce. Jak to Król Dawid tak już był stary, że nawet kiedy okładano go kocami, nie mógł się zagrzać. Życie uchodziło z niego. Wyszukano wtedy młodą kobietę, Szunemitkę, aby pomogła się królowi zagrzać. Okazała się dla króla ostatnią nicią łączącą z życiem. Piękna, czuła, chciała go ocalić. Walczyła o niego tak, jak nie walczył nikt inny: synowie, żona, przyjaciele, kapłani, dworzanie. Wszyscy stracili wiarę w króla, nawet on sam, ale nie Szunemitka.

Spalding nie straciła zaś wiary w króla jazzu, jakim – przynajmniej dla mnie – jest Wayne Shorter. Wayne – rocznik 1933 – zaprosił ją do wspólnego pisania opery, ale niestety podupadł na zdrowiu. Przez sześć miesięcy wspólnej pracy nad muzyką Esperanza (nadzieja) była świadkiem, jak muzyka, jej tworzenie, możliwość wspólnej pracy, sprawiają, że Wayne, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, zaczyna wracać do życia, zdawałoby się – znad przepaści. „Był jak roślina, ginąca z braku wody, która odżywa, gdy zaczyna padać deszcz i całkowicie przemienia się na twoich oczach”.

Jak potoczą się losy Wayne’a i jego opery, trudno przewidzieć, ale cała sytuacja mocno wpłynęła na Spalding. Już wcześniej fascynował ją terapeutyczny aspekt muzyki. Na jej ostatnim długogrającym albumie 12 Little Spells poszczególne piosenki poświęcone były częściom ciała i miały w zamyśle stanowić rodzaj zaklęć. Spalding uparcie odrzuca etykietkę muzyka, tym bardziej jazzmanki, uważa się za eksperymentatorkę w szeroko pojętej dziedzinie sztuki, ale na tym albumie dołożyła coś więcej. Dzięki skupieniu na uzdrawiającym działaniu dźwięków nawiązała do tradycji w jazzie uosabianej przez Johna i Alice Coltrane’ów, Pharoaha Sandersa, Sun Ra i wielu innych, którzy uważali, że nawet we współczesnym, zmaterializowanym świecie muzyka, w tym ta jazzowa, być może jedyna w obszarze muzyki rozrywkowej, wciąż posiada potencjał transcendencji, jak w czasach Monteverdiego, Bacha czy Mozarta.

Mając na uwadze ten kontekst, spotkanie z Shorterem, jego fizyczny i duchowy upadek, a następnie możliwe zmartwychwstanie dzięki muzyce, stanowiły kolejny ważny impuls wzmacniający zainteresowanie Spalding terapeutycznym oddziaływaniem dźwięków. Najnowsza suita Triangle idzie w tym kierunku jeszcze dalej niż 12 Little Spells. Element uzdrawiający nie ma charakteru czysto formalnego, konceptualnego, tym razem znajduje się w samym centrum, porządkuje całą resztę, decyduje o kompozycji jako całości. W efekcie w muzyce pojawia się o wiele więcej przestrzeni, rytm traci charakter piosenkowy, porządkujący, wspierający narracyjną funkcję melodii czy jej fragmentów. Muzyka zamiast rozpisanych na partyturze punktów zaczyna przypominać dzieło malarskie (to są metafory, oczywiście prawie wszystko można zapisać w nutach), nuty rozmywają się w pociągnięcia pędzlem, przypominając prace impresjonistów, dominuje klimat, nastrój, przepływ. Efekt jest zniewalający, niezwykle świeży, trudno znaleźć w produkcji jazzowej ostatnich lat podobnie sugestywny materiał.

Najważniejsze oczywiście, że Wayne staje na nogi, a Spalding rośnie na artystkę, która swoimi kolejnymi projektami potrafi ciągle nas zaskoczyć i jeśli tylko otworzymy serca, umysły i uszy, uzdrowić nas z postcovidowej mgły, jak czuły morderca tłumiącej wszelkie dźwięki, pragnienia, pozbawiającej nie tylko smaku i węchu, ale i uciszającej sale koncertowe, jazzowe kluby, dźwięk instrumentów, szum głosów publiczności. Mam nadzieję, że Triangle Esperanzy zwiastuje koniec tego koszmaru.

Autor: Maciej Nowotny

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO