Płyty Recenzja

Immanuel Wilkins Quartet – Live at the Village Vanguard Vol. 1

Obrazek tytułowy

(Blue Note Records, 2026)

Dwie ostatnie płyty studyjne saksofonisty i kompozytora Immanuela Wilkinsa uważam za świetne. Ba, Blues Blood należy według mnie do ścisłej czołówki albumów roku 2024. Kwestią czasu było wydanie przez tego młodego artystę koncertówki, a Blue Note zadbała o to, żeby mógł się on pochwalić wydawnictwem sygnowanym kultowym już dziś sloganem Live at the Village Vanguard. Chyba każdy szanujący się jazzman z amerykańskiego mainstreamu ma już swoją płytę nagraną w tym klubie, trudno więc, by nazwa ta funkcjonowała jeszcze jako stempel jakości – jest raczej chwytem marketingowym. Ale nie ma co się rozwodzić, ponoć duchy wielkich wciąż się tam unoszą (a przynajmniej spoglądają z ich wizerunków rozwieszonych po ścianach). Kwartet Wilkinsa z Micahem Thomasem na fortepianie, Ryomą Takenagą na basie i Kweku Sumbrym na perkusji szczęśliwie przejął energię miejsca i skanalizował ją w bardzo mocny występ. Część nagrań,opatrzona dopiskiem Vol. 1, właśnie trafiła na rynek.

Selekcja ta równoważy ultraszybkie i zakręcone bebopowe zagrywkiWilkinsa wkładem pozostałych muzyków; słusznie zatem skatalogowana zostanie jako nagranie kwartetu, a nie album autorski sygnowany jedynie nazwiskiem lidera. Być może miejscami echa kwartetu Coltrane’a są w tym występie aż nazbyt czytelne. W szczególności gdy perkusja i fortepian coraz zlewają się w jedną dźwiękową breję – brzmienie albumu, nie wiem, czy celowo, czy nie, przypomina bardzo klasyczne albumy z lat 60. Jakże charakterystyczna dla tamtych nagrań jest ściana dźwięku bardziej żarliwych momentów, przytłaczająca nieraz saksofon, który formalnie prowadzi utwór.

Listę utworów stanowią cztery kolosy. Otwierająca kompozycja Warriors pochodzi z debiutu Wilkinsa Omega i występuje tutaj jako pełna brawury aktualizacja niedoszłego szlagieru saksofonisty. Za balladę robi tajemnicza Composition II, z charakterystycznym już dla wolniejszego Wilkinsa „muzycznym podpisem”, jakim są jego prawie ckliwe, ale kojące i nieprzekraczające granicy kiczu tematy. Okazję, by zabłysnąć, wykorzystuje tutaj Takenaga na kontrabasie. Większe wrażenie robi jednak Charanam o bardzo czarnej, gospelowej wręcz melodyce, sięgającej ekstazy w spiritualowych eksplozjach. Improwizacja kwartetu sukcesywnie zbliża się do wyżyn w quasi-religijnym uniesieniu– w szczególności w spektakularnym fortepianowym solu Thomasa oraz akompaniamencie oscylującym przez niemal osiemnaście minut wokół hipnotycznego tematu.Nie ma przypadków, są tylko znaki – autorką tej mantry jest bowiem Alice Coltrane; pochodzi ona z jej new-age’owego albumu Turiya Sings. Wilkinsowi udaje się tu nie tylko zaśpiewać, ale i zawyć, zacharczeć – szczęśliwie niesiony crescendo, a nie wpadając w ślepy zaułek, dzięki kolegom przekracza samego siebie, a przynajmniej takiego, jakim go na ogół słyszeliśmy na poprzednich albumach.

Na finał – niespodzianka. Po konwencjonalnym odegraniu motywu przewodniego czeka słuchacza mantrowa repetycja jedenastu nutek, ciągnąca się niemal w nieskończoność – przez blisko piętnaście minut– nazwana, nomen omen, Eternal. Po niezwykle ekspresyjnym Charanam wydaje się ona być ciekawym urozmaiceniem dążącym do zupełnie innego katharsis. Uważam to za bardzo ciekawy zabieg, operujący zasadą kontrastu wobec wszystkiego, czego oczekiwalibyśmy od jazzowego koncertu – zamiast długiej improwizacji dostajemy motyw jak gdyby wyciągnięty ze zloopowanych taśm Williama Basinskiego – przekora w rodzaju Nefertiti z ostatniej akustycznej płyty Milesa Davisa. Igrając tak długo z widownią, Wilkins imponuje zatem nie tylko jako improwizator, ale również eksperymentator formalny. Kropka nad i nigdy nie nadchodzi, album wieńczy coś w rodzaju odegranego w czasie rzeczywistym fade-outu.

Dostaliśmy zatem bardzo dobry występ, który pozostawia lekki niedosyt, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Należy spodziewać się drugiej części, która może być prawdziwąwisienką na torcie. Wilkins z kolegami byli w Vanguard w formie. Nie ma więc co zakładać, że może być inaczej. Póki co przeżywam to od nowa, odpalając Warriors.

Piotr Zdunek

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO