Płyty Recenzja

Kratisa Q – Flare

Obrazek tytułowy

(Kratisa Q, 2025)

Oj, bardzo to ryzykowne. Zabierać się za muzykę dawną, odkurzać stare manuskrypty, bawić się w etnografa. Łatwo bowiem zagubić własne „ja” i stać się zaledwie archeologiem, rekonstruktoremumarłego idiomu, poszukiwaczem szczątków dinozaurów. W muzyce popularnej, w szczególności po boomie na new age lat 70., nie brakowało tego typu prób. Wyspecjalizowała się w tym wytwórnia 4AD lansująca w latach 80. duet Dead Can Dance, który z sukcesami rozbierał post-punk z resztek współczesności, aż stał się w końcu zespołem grającym world music.

To samo można zrobić z jazzem, ale przed skostnieniem powinna bronić śmiałkówobecność elementu improwizacji, który sublimuje ego muzyka. Wrocławski kwartet Kratisa Q na swym debiutanckim albumie sięga po zróżnicowany materiał grecki,dokopując sięażkompozycji autorstwa Mesomedesa z Krety sprzed prawie dwóch tysięcy lat; w większości numerów jednak, choć archaizuje, trzyma się wieku dwudziestego lub własnych kompozycji. Muzycy, jak sami twierdzą, tworzą „bez patosu, z otwartością i uważnością na dźwięk”. Patosu jednak trochę tutaj jest – wynika on głównie z quasi-religijnych naleciałości, jakie sugeruje wykonywany materiał, ale także z samej gry instrumentalistów, niepozbawionej miejscami „namaszczenia” antykiem.

Miałem okazję posłuchać występu grupy w triu, które– pod nieobecność greckiego saksofonisty Dimitriosa Hartwicha-Vrazasa – prowadziła pianistka i wokalistka Maja Babyszka. Dało mi to dobry kontekst do oceny muzyki zawartej na albumie Flare, ponieważ absencja lidera zubożyła całość przez przesunięcie akcentów z żarliwej improwizacji na często statyczne harmonicznie przebiegi i tematy odśpiewywane przez Babyszkę. Można więc rzec, że siła zespołu Kratisa Q drzemie w wyważeniu improwizacji z new-age’owym nastrojem, który – w razie dominacji – może kierować całość w stronę konwencjonalnej muzyki świata. Tymczasem już od pierwszego utworu Hymn to the Muse to wymieszanie neoklasycznej kameralistyki ze spontaniczną jazzową melodyjnością działa całkiem nieźle.

Nie jest też wcale tak, że reszta muzyków to mniej zdolni improwizatorzy – Babyszka potrafi imponująco hulać po klawiszach fortepianu, w dodatku wyśpiewującswoje partie unisono z instrumentem. Z jakiegoś jednak powodu na płycie wokalu właściwie prawie wcale nie uświadczymy, a i jej popisów fortepianowych mogłoby być więcej. Słuchając choćby świetnego utworu The Mirror, poddajemy się głównie saksofonom Hartwicha-Vrazasa, którym sekcja przeważnie jedynie towarzyszy. Arsenał jego licków i melodii nigdy nie zawodzi. Podoba mi się też, że aranżacje budują stopniowo coraz silniejsze napięcie (vide The Mirror). Bardziej jazzowe Untitla – trwające raptem dwie minuty i trzydzieści pięć sekund – prezentuje kapitalną wymianę między fortepianem i saksofonem sopranowym; glissanda Babyszki oddalają muzykę od odniesień do starożytności, a główny temacik ożywia raczej bebop niż etno. Miejsce, by zabłysnąć, dostają też poznański kontrabasista Jan Jerzy Kołacki (introdukcja archo do Kratisa Ti Zoi Mou) i perkusista Jakub Jugo, wspomagany zresztą nieraz przez resztę muzyków różnymi przeszkadzaj kami przy tworzeniu mniej oczywistego rytmu.

Debiut uważam więc za bardzo udany, choć chciałbym usłyszeć więcej szaleństwa od Babyszki, w której – jak mniemam – drzemie dużo większy potencjał. Śledźmy tę grupę, licząc na to, że potrząsną i wywrócą klasyczny materiał jeszcze bardziej. Na pewno ich na to stać.

Piotr Zdunek

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO