Papierowy JazzPRESS
Płyty Recenzja

Olo Walicki & Jacek Prościński – Llovage

Obrazek tytułowy

Gusstaff Records, 2019

Wiatr wieje od morza i niesie ze sobą zapach lubczyku… Frazes na początku tekstu to zawsze ryzyko, tyle że to wszystko prawda. Twórcy tej płyty pochodzą z Gdańska, a angielskie słowo „lovage” tłumaczymy jako „lubczyk”. Co więcej, do pudełka z płytą dodano liść tego zioła.

Olo Walicki, kontrabasista, kompozytor, znany choćby z Łoskotu oraz wielu solowych projektów, spotyka perkusistę Jacka Prościńskiego (Lasy, Perfect Son) – jeśli ktoś wie niewiele o tym drugim (zaliczam się do tego grona), po tej płycie zdecydowanie powinien zapamiętać to nazwisko.

Realizacja koncepcji duetu okrojonego do sekcji rytmicznej wymagała nie lada wyobraźni i umiejętności, żeby utrzymać uwagę słuchacza przez 43 minuty. Ekipom z Trójmiasta wyobraźni i polotu nigdy nie brakowało, a jeśli dołączymy do tego jeszcze ewidentną radość ze wspólnego grania (polecam zerknąć na YouTube na klip z nagraniem ze studia – uśmiech gwarantowany), to mamy do czynienia z projektem nietuzinkowym.

Obaj Panowie, grając na swoich instrumentach, ochoczo korzystają też z elektroniki. I tu należą się wielkie ukłony dla Prościńskiego, który wykorzystuje to perfekcyjnie – gra efektownie, ale nie efekciarsko, raz podbija mocniej rytm (Reno), kiedy trzeba, daje przestrzeń, co tworzy nieco ambientową aurę (Jino). Elektronika i twórcze wykorzystanie sampli, wykonanych przez Cezarego Duchnowskiego, to zresztą wielka siła i spoiwo kompozycji znajdujących się na Llovage. Chyba najlepiej słychać to w Katordze, utworze najbardziej „monumentalnym”, gdzie dostajemy sample wokalne Kiry Boreczko-Dal i saksofonowe w wykonaniu starego znajomego z Gdańska, czyli Mikołaja Trzaski. Nie można też nie wspomnieć o Dziecku z Rossmanna, które wprost nawiązuje do pewnej bardzo znanej kompozycji, pewnego bardzo znanego pana na K., również z dzieckiem w tytule – posłuchajcie, a od razu odgadniecie.

Lubczyk ma opinię naturalnego afrodyzjaku (czy to przypadek, że Walicki grywał też w Miłości?) i nawet nie konsumując wspomnianego liścia z opakowania albumu, można się w Llovage zabujać. Dlatego też swój stan po zapoznaniu się z tą płytą opisałbym jako poważne zauroczenie. I nawet jeśli komuś, jakimś cudem, w pierwszej chwili nie zabije mocniej serce, to z czasem dojrzeje do tego uczucia. Wyobraźnia, umiejętności muzyków, poczucie humoru – poproszę o więcej.

Autor - Grzegorz Smędek

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO