Papierowy JazzPRESS
Płyty Recenzja

Pat Metheny – From This Place

Obrazek tytułowy

Nonesuch Records, 2020

Na najnowszą, wydaną 21 lutego, autorską płytę Pata Metheny’ego From This Place przyszło nam czekać sześć lat. Tyle samo lat liczyła tak zwana wielka przerwa Milesa Davisa. W odróżnieniu jednak od trębacza, Metheny nie wycofał się całkowicie z życia muzycznego. W ciągu tych lat uczestniczył w sesjach innych muzyków, chociażby w benefisowym nagraniu Hommage à Eberhard Weber (2015), Shift Logana Richardsona (2016) czy Cuong Vu Trio Meets Pat Metheny (2016). Ponadto każdego roku wyjeżdżał w trasy koncertowe.

Pat Metheny dotychczas podczas koncertów rzadko sięgał do wcześniejszych nagrań, demonstrując na nich zwykle najnowszy materiał. Zaciekawiony metodą Davisa, o której usłyszał od Rona Cartera, z którym w duecie grał trasę koncertową, zmienił swoje podejście. Ze swoim ostatnim kwartetem na koncertach grał muzykę ze starszych płyt, chcąc w ten sposób uzyskać zgranie zespołu, a do studia wszedł z nowymi, nieznanymi muzykom kompozycjami. Dodatkowym założeniem był brak prób. Wspomniany ostatni kwartet Metheny’ego składa się z Antonio Sáncheza na bębnach (współpracującego z liderem już od 2002 roku) oraz dwojga nowych muzyków – pianisty Gwilyma Simcocka i zyskującej coraz szersze uznanie także we własnych projektach basistki Lindy May Han Oh. Być może także pod wpływem Cartera nagrany materiał Metheny oddał później do orkiestracji i dogrania orkiestrze smyczkowej The Hollywood Studio Symphony.

Sam gitarzysta mówił, że w pomyśle na ten materiał szedł za wzorem Creeda Taylora i jego wytwórni CTI. Tak, tej samej, która spowodowała rozmydlenie i zniszczenie unikalnego brzmienia Wesa Montgomery’ego. Nie da się ukryć, że podobnie stało się z płytą Metheny’ego, która jest mocno rozczarowująca. Całość, pomimo nowatorskiego (dla Metheny’ego) podejścia, jest bladym echem dawnych lat. Szczególnie słyszalne są nieco wyblakłe brzmienia znane z dawnych płyt, z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Otwierający album America Undefined jest najdłuższym utworem na płycie. Przez pierwszą połowę muzycy, pomimo intensywnych wysiłków, w ogóle nie mogą się „złapać” i słuchacz męczy się wraz z nimi. Na pewno nie pomaga zespołowi ani płycie pozbawiona polotu kompozycja, zapętlona i niemogąca złapać oddechu. Wreszcie po długim wysiłku, pod koniec, wydaje się, że Metheny próbuje ratować utwór, sięgając po stare i ograne chwyty znane z o wiele lepszych płyt sprzed dziesięcioleci, przede wszystkim z As Falls Wichita, So Falls Wichita Falls czy Secret Story.

Wysiłek włożony przez muzyków nie poszedł zupełnie na marne, gdyż w kolejnym utworze, Wide and Far, uzyskali zgranie, które witamy z wyraźną ulgą. Sam utwór brzmi jednak jak odrzut z sesji, na przykład First Circle, i to taki, który nigdy nie powinien trafić na płytę. Dodanie orkiestry tylko pogarsza sprawę. Same River to kolejna reminiscencja, tym razem z okolic Still Life (Talking). Wierni fani gitarzysty znajdą tu swoją nagrodę, słynną „syrenę gitarową”. Inna kompozycja, Pathmaker, w pierwszych swoich taktach budzi aż nieznośne skojarzenia z Better Days Ahead z płyty Letter From Home. Wkrótce jednak zyskuje własny język i lekkość, a nawet, jak na tę płytę, nieco oryginalności. Niestety, udział orkiestry przeszkadza tutaj jeszcze bardziej niż w innych utworach. W The Past in Us słyszymy harmonijkę ustną Gregoire’a Mareta, a całość jest kolejnym bliskim odniesieniem do Secret Story. Everything Explained od razu dobrze się zaczyna i do samego swojego końca pozostaje najlepszym utworem albumu, a solo pianisty jest znakomitym oddaniem hołdu Chickowi Corei.

Utwór tytułowy albumu, jak pisze Metheny na swojej stronie, powstał następnego dnia rano po „8 listopada 2016 roku, kiedy to nasz kraj odkrył swoją haniebną stronę zakrytą dotąd przed światem (…) i kiedy wyniki wyborów stały się smętnie jawne”. Tekst autorstwa Alison Riley i śpiewany przez Meshell Ndegeocello, ma przynieść nadzieję na lepsze czasy. Być może Metheny, zmęczony wcześniejszymi eksperymentami i zajęty rodziną, postanowił sięgnąć do dawniejszych pomysłów i dać swoim fanom muzykę taką, za jaką tęsknili, zgodnie z zasadą inżyniera Mamonia. Patrząc jednak wstecz, chociażby na lata 1978-1981, kiedy nagrał w krótkim czasie sześć płyt, i to wszystkie wybitne, ze smutkiem patrzy się na to, co dostajemy w roku 2020, po sześciu latach przerwy.

Autor - Cezary Ścibiorski

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO