(Instant Classic, 2026)
Co do tego, że Raphael Rogiński robi ostatnio rzeczy wielkie, zgodni są zarówno bezpardonowi koniunkturaliści, jak i najbardziej zajadli ludzie podziemia. Znaczy to chyba, że zjednoczeniowe przesłanie gitarzysty nie trafia w pustkę. Mówiąc nieładnie (bo nieludzką nomenklaturą rynkową), polska scena (jakkolwiek szeroko ją definiować) chyba po raz pierwszy właściwie rozpoznała potencjał swojego towaru eksportowego. Brawo! Falę sukcesów, również tych zagranicznych, wznieciła u Rogińskiego płyta Talàn z 2023 roku, a ukazująca się właśnie Nocturnal Consolations, nagrana w duecie ze Słoweńcem Iztokiem Korenem, zdaje się jej dokładnie logicznym rozwinięciem.
Materiał z tego albumu miałem okazję usłyszeć po raz pierwszy podczas ubiegłorocznej edycji znakomitego lubelskiego festiwalu Inne Brzmienia. Uważnie dziergane dźwięki duetu rozpływały się jednak w gwarze namiotu ze sceną, przez który przetaczali się kulturalni (naprawdę!) konsumenci jasnego pszenicznego, rozkojarzeni kolejnym dniem bezlitosnego upału. Intymna muzyka Rogińskiego i Korena, choć czerpiąca wiele z gorących klimatów Wschodu i Południa, ostatecznie nie zdała egzaminu w plenerze. Obaj muzycy są bowiem jak najdalsi od taniej, chwytającej tłumy za gardło egzaltacji, typowej dla smutnych białych chłopaków z gitarami, których Lech Janerka obśmiewał nieśmiertelnymi słowy: „Ból targa mym trzewiem i nic dalej nie wiem”. Duet gra w rejestrach głęboko introspekcyjnych, to jasne, lecz jego koncentracja na detalu, czułe brzmienia oraz nieufność wobec wirtuozerii i energetycznych skrajności mają szansę zadziałać odpowiednio wyłącznie w kameralnych warunkach.
Wypracowany przez lata idiom Rogińskiego to już niepodrabialna klasyka. Muzyka drogi w najczystszej postaci – spod palców wybrzmiewa mu doświadczenie niejednej barwnej tułaczki. Kawał świata można usłyszeć na tej płycie. To właściwie polifoniczny, polirytmiczny blues dla współczesnych kosmopolitów, wrażliwych nomadów rozrzuconych po rozmaitych zakątkach globu. Koren, grający na co dzień w stanowczo niedocenionej nad Wisłą etno-transowej grupie Širom, doskonale odczytuje te intuicje. Sięgając po niskie tony gimbri, osadza tęskne frazy gitary w hipnotycznym rytmie (The Spirit is Becoming a Desert), a traktując banjo smyczkiem, chrzęści łagodnie niczym piach pod stopami wędrowców (Island in the Midst of a Dried Up Sea). Świetliste preparacje, jakich obaj dokonują na mikrotonalnych strojeniach, wprowadzają tu wręcz urokliwą nutę magii niesionej jakby wprost z nieznanych światów. Zwłaszcza gdy Rogiński ośmiela się – co w jego przypadku wyjątkowe – na eksperymenty z efektami. Wówczas namalowane dźwiękami przestrzenne krajobrazy stepów zaczynają nawiedzać tajemne podmuchy eteru (zimnofalowy chorus użyty w miniaturce Labyrinth of the Sea – Sunken Sun naprawdę pobudza wyobraźnię).
Ostatecznie Nocturnal Consolations nie zaskakuje o tyle, że można było spodziewać się tej właśnie jakości – erudycyjnej, czułej i z lekka ezoterycznej. Po prostu nikt tak nie gra. A wyostrzony zmysł narracyjny Rogińskiego i Korena podpowiada mi na koniec jedno życzenie: oby jakiś inteligentny reżyser odkrył ich kiedyś dla świata, tak jak zasłużony Jim Jarmusch uczynił to przed laty z Mulatu Astatke. Czekamy. Gdy to się stanie, będziemy mogli powiedzieć, że słyszeliśmy ich pierwsi.
Mateusz Sroczyński