Płyty Recenzja Top Note

Royber Trio – November

Obrazek tytułowy

(Instant Classic, 2026)

Wieść o Orle przyznanym Mikołajowi Trzasce za jego muzykę do Domu dobrego przyjąłem ze zdziwieniem. Z seansu (raczej wątpliwej przyjemności) nie zapamiętałem bowiem ani jednego dźwięku. Niektórzy twierdzą, że taka przezroczystość jest miarą skuteczności muzyki filmowej, ale wydaje mi się to wierutną bzdurą. Przypadek Trzaski będzie tu najbardziej adekwatnym przykładem. Wyraziste tematy z Kleru, Wołynia i cudnie drapieżna ścieżka do Domu złego były tajnymi składnikami tych filmów, a wyjęte spod służby wobec obrazu często sprawdzały się jeszcze lepiej. Prawdziwą pełnię ich autonomicznego potencjału słychać jednak dopiero po latach dzięki płycie November grupy Royber Trio.

I już na samym początku zaznaczyć trzeba, że jest to absolutnie najlepszy materiał Trzaski od lat. Towarzystwo ma wszak doborowe – oto u jego boku kroczą dawni kompani z Łoskotu: maestro Olo Walicki i wiecznie zapracowany Macio Moretti. Ostatnimi czasy występowanie z wielkimi nazwiska minie gwarantowało jednak Trzasce, marce samej w sobie, zbyt wielu artystycznych sukcesów. Jako praktyk metody free w trzeciej dekadzie lat dwutysięcznych dotarł do ściany i przy tej ścianie stojąc, zapętlał się, grając przeważnie dużo i głośno. Poza pięknie nieokrzesanym cyklem nagrań Malá Pardubická z 2022 roku trudno o pamiętne dokonania saksofonisty w tej dziedzinie. Zdaje się, że bastionami eksperymentu stały się dla niego raczej formuła solowa (na Eternity for a While odkrył w sobie nieoczekiwanie żyłkę producenta) i kompozycje do filmów. Mimo że przecież w drugiej z tych przestrzeni jego głównym partnerem twórczym pozostaje od ćwierćwiecza ten sam człowiek – raz po raz okrzykiwany krajowym wrogiem publicznym numer jeden Wojciech Smarzowski.

Soundtracki Trzaski wniosły do popularnego polskiego kina nową jakość, stając w kontrze do kompilacji „złotych przebojów”, płaczliwych ballad i mdłych muzaków. Gdy powracają teraz pod nową postacią w interpretacji Royber Trio, świeżością i fantazją biją na głowę lansowany szeroko tzw. młody polski jazz, który jest w istocie niczym więcej niż powtórką estetyki Męskiego Grania, gładziutką i wyperfumowaną iluzją alternatywy. Dzięki Walickiemu, który zaproponował Trzasce przepisanie filmowych kompozycji na ten skład, materiał źródłowy uległ na November elektryzującemu rozwichrzeniu. I to dosłownie, bo gęsto tu od śmiałych zabaw Morettiego z elektronicznymi brzmieniami rodem z najlepszych klubów europejskiego podziemia.

Wiązki ostrych, technoidalnych promieni z gracją wypełniają przestrzenie pomiędzy mocnymi frazami Trzaski a abstrakcyjnymi groove’ami skleconymi na ogół z rozproszonych stukotów. Świetne panowanie nad tą formułą słychać zwłaszcza, gdy porównamy jej zastosowanie w numerach o skrajnie różnym ładunku energetycznym: Rose Variation i About An Unknown Diver. Pierwszy, wyjęty z filmu Róża, uwodzi smętną melodią klarnetu basowego, unoszącą się lekko nad sypkim rytmem i halucynacyjną warstwą mrocznego ambientu, z której raz po raz wyłaniają się majaki groźnej pieśni nagranego wcześniej altu. Akcenty stawiane przez sekcję są tu piekielnie satysfakcjonujące, Moretti z Walickim doskonale wyczuwają każdą lukę i przesunięcie, a pomruki kontrabasu odpowiadają na krótkie oddechy Trzaski, wchodząc z nimi w melodyjne dialogi. Natomiast drugi ze wskazanych numerów to jeden z tych fragmentów płyty, w których lecą wióry i sypią się iskry. Niewyraźne brzmienie saksofonu zdaje się dostrajać do śnieżącej ściany dźwięku, by wreszcie zsynchronizować się z nią we wspólnym wybuchu, gorącym od przesterów wykręconych w soczyste duby i agresywny glitch. Niewzruszony tą elektroakustyczną eksplozją Walicki, niczym medytujący mnich, w stanie najwyższego skupienia wyszywa smyczkiem w tle basowe drony.

Nawet w porywach spontanicznych uniesień Royber traktuje przestrzeń z wyjątkową drobiazgowością. Partie saksofonu i klarnetu płynnie zmieniają plany dźwiękowe (Zoe Be Natan), między stonowane perkusyjne kaskady wskakują szorstkie syntetyczne bity (Leaf Blizzard), a gwieździste brzmienia wibrafonu wnoszą tu i ówdzie tchnienie nocnej tajemnicy. Erudycyjnego November można przez to słuchać za każdym razem pod innym kątem, przenosząc ostrość spojrzenia na różne przestrzenie, wnikać w coraz głębsze warstwy i odkrywać złożoność tego studyjnego pietyzmu. Co ważne, staranność tria nigdy nie wydaje się przesadzona ani pedantyczna – jest raczej organiczna i motywowana potrzebą uważności, a przy tym zachowuje surowy sznyt i uderza odpowiednią dawką punkowego brudu. Od dawna nie było w Polsce takiej płyty. Wierzę, że za dziesięć lat będzie się ją wymieniać jednym tchem z osiągnięciami Miłości, Amariuchem, Goosetalks, Irchą czy projektem Rimbaud. Kto wie, może w międzyczasie sześćdziesięcioletni Trzaska wznieci kolejną rewolucję? Niby od dawna nic już nie musi, ale z takim składem wszystko jest możliwe.

Mateusz Sroczyński

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO