(SJRecords, 2025)
Wydany nakładem SJRecords Ether wzbogaca sporą już dyskografię trębacza i kompozytora Piotra Schmidta. Tym razem do współpracy zaprosił on kontrabasistę Andrzeja Święsa i perkusistę Sebastiana Frankiewicza. Jak głosi materiał promocyjny,muzycy weszli do studia „bez nut, bez aranżacji, bez wcześniejszych ustaleń”– mamy więc do czynienia materiałem improwizowanym.Nie spodziewałem się niczego zaskakującego, ale zanim przystąpiłem do odsłuchu całej płyty, odpaliłem sobie w ciemno utwór siódmy zatytułowany, jak zresztą każdy inny na krążku, po prostu Ether. Chcąc przekonać się, z jaką muzyką będę obcował, przesłuchałem ten numer i stwierdziłem, że Schmidt trafił do studia z gotowym materiałem, którypanowie ograli sobie w studiu. Otwierająca melodia trąbki Schmidta faktycznie brzmi jak kompozycja cooljazzowa; zaś kontrabasowa podstawa i całościowe, fakturalne podejście do grania w tym utworze brzmi jak przygotowana wcześniejaranżacja. Wyszło zatem frapująco.
Pomyślałem sobie, że skoro takich Etherów mamy na albumie osiem, to w tym dogryzaniu się urodzić się mogło całkiem sporo solidnego jazzu. Wszak improwizacja jest właśnie komponowaniem, specyficznym, bo w czasie rzeczywistym i bez możliwości cofnięcia się, by poprawić błędy – a zatem ryzykownym. Najlepsze płyty jazzowe kochamy za to, że dzieją w nich rzeczy, które pierwotnie mogą wydać się pieczołowicie zaplanowanymi zabiegami, a są po prostu uchwyceniem spontanicznego przebłysku geniuszu. Samo pojęcie „eteru” ma bardzo długą historię w różnych dziedzinach: od filozofii po naukę. Dziśna ogół kojarzy się z tym, co pomiędzy, a więc w ramach niniejszej muzyki z przestrzenią wypełnioną przez bohaterów albumu.
Na płycie Ether szczególną uwagę przykuwa kontrabasista Andrzej Święs – określiłbym go poniekąd personifikacją tytułowego eteru. Na ogół, gdy recenzenci nie potrafią napisać nic ciekawego o roli basisty w zespole, piszą że „spaja” oncałość muzyki w jedno. Jest w tym truizmie sporo prawdy i choć można tę myśl ubrać w inne słowa, doceniając np. harmoniczne i rytmiczne funkcje basowego rzemiosła, to faktem jest, że w zespołach kameralnych, w szczególności triach, bas stoi jakby na styku ich części składowych – łączy w sobie rytm, harmonię i melodię. I tak np. pierwsza i ostatnia improwizacja na albumie to przeciwieństwanumeru Ether VII, który wcześniej wspomniałem. Szkielet „siódemki” stanowił przebojowy niemal groove, te dwie z kolei oparte są na dronach Święsa granych przy pomocy smyczka, na którym swobodnie płynąca perkusja Frankiewicza i nastrojowa trąbka Schmidta malują kolaże.
To przegląd emocjonalnego free improv, które w kolektywnej medytacji poszukuje dróg do piękna, a nie jest zaledwie wymówką dla mniej lub bardziej oryginalnego muzycznego gestu. W szczególności słyszalne jest to w grze Schmidta, który włącza do swojego arsenału rozmaite piski i skowyty z jednej strony, ale także sumiennie rozbudowywane żałobne frazy z drugiej. W innych z kolei numerach jeden dźwięk, czy zawodząca melodia jako sugestia pociągają za sobą lawinę muzycznych konsekwencji w grze całego zespołu. Umieszczone na albumie Ether improwizacje są więc triumfalnym przykładem zespołowego komponowania, które realizujeetos wspólnych poszukiwań i wypełnia przestrzeń intrygującymi dźwiękami.
Piotr Zdunek