Schmidt sier-wrz
Płyty Recenzja Top Note

Tomasz Chyła Quintet – Da Vinci

Obrazek tytułowy

Alpaka Records, 2021

Podobno inspirację Leonardem da Vincim podsunął Tomaszowi Chyle Piotr Metz, porównując jego aktywność do wszechstronności renesansowego geniusza. W wywiadzie dla portalu soundrive.pl artysta właściwie potwierdził tę tezę, przyznając: „nie jestem kimś, kto potrafi poświęcić się wyłącznie jednemu działaniu”. Najnowszy album Chyły okazuje się doskonałym tego potwierdzeniem. Realizuje się on tu na polu wykonawczym – jako skrzypek i wokalista, kompozytorskim – dostarczając z zespołem oryginalnych utworów, a także jako lider – bodaj najbardziej świadomy swojej roli w porównaniu ze wszystkimi dotychczasowymi produkcjami.

Tomasz Chyła Quintet funkcjonuje od 2013 roku, lecz jak przyznał lider formacji, potrzebował czasu na osiągnięcie właściwego stanu („pierwszy Tomasz Chyła Quintet był tylko nazwą, a teraz jest zespołem” – JazzPRESS 2/2019). Skład grupy na przestrzeni niemal dekady zaiste ulegał zmianom, jednak po wydaniu dwóch pierwszych płyt (Eternal Entropy i Circlesongs) wydawał się być właściwie ukształtowany. Tym większe zaskoczenie, że na opisywanej produkcji doszło do istotnego przemodelowania – ostali się jedynie lider oraz perkusista Sławek Koryzno, obsługujący również syntezatory modularne. O ile w przypadku kontrabasu mamy do czynienia z równorzędnym zastępstwem (w miejsce Krzysztofa Słomkowskiego pojawił się Konrad Żołnierek), to już przy obsadzie pozostałych instrumentów obserwujemy całkowitą reorganizację. Saksofon (Piotr Chęcki) i instrumenty klawiszowe (Szymon Burnos) w ogóle nie pojawiły się na Da Vinci, a ich miejsce w kwintecie przejęły trąbka (Emil Miszk) oraz gitara (Krzysztof Hadrych).

Domyślam się, że za część tych zmian odpowiedzialne były zdarzenia niezależne od lidera, niemniej uznał on je za szansę na rozwinięcie formuły autorskiej formacji. Chyła od początku traktuje kwintet jako kolektywny organizm, a nie platformę prezentacji własnych możliwości. W efekcie dwójka wykonawców wymienionych na końcu otrzymała sporo miejsca na zaprezentowanie swojego warsztatu. Miszk jest postacią dobrze znaną na krajowej scenie, za to Hadrych odbiega doświadczeniem od kolegów, a jego wkład jest tu kluczowy, pozwolił bowiem uwolnić punk-rockowe fascynacje lidera.

Materiał zbudowany jest na silnych kontrastach. Już na początku A Constant Stream of Consciousness wprowadza spokojny nastrój, bliższy kameralistyce, z dominującą rolą skrzypiec i delikatnej trąbki, by po chwili za sprawą Macchina Volante z impetem wyważyć drzwi do sali prób rockowej kapeli. Skrzypce ustępują miejsca gitarze, która ściera się w dialogu z trąbką. W drugiej części utworu ponownie uaktywnia się Chyła w sekwencji wspólnej gry z Hadrychem, zapowiadającej potencjał tego połączenia. W kolejnych utworach The Ritual oraz Da Vinci muzycy powracają do wolniejszego tempa, eksplorując rejony wypełnione niepokojem. W tym miejscu dołącza do nich oktet wokalny Art’n’Voices (którego lider jest członkiem), wzmacniając złowieszczy przekaz.

Zobrazowaniem tego klimatu jest wideoklip towarzyszący pierwszemu utworowi. Kojarzy się z filmem Midsommar. W biały dzień, jak się okazuje trafnie, gdyż jego twórca Ari Aster jest bliski zainteresowań autorów. W tajemniczej aurze utrzymany jest również Strong Algorithms, tu jednak siłę stanowi kolektywna improwizacja przetworzona dźwiękiem modulatora. Kolejny – Frantic, powraca do mocnych gitarowych riffów, tym razem jednak słychać obok nich dużo więcej skrzypiec. W końcowej fazie do instrumentalistów ponownie dołącza wokalny ensamble, przydając utworowi patosu.

Trzy ostanie pozycje wprowadzają poczucie eksploracji nieznanego, na co wskazują też ich tytuły. Amerigo odnosi się do imienia hiszpańskiego podróżnika Vespucciego i podobnie jak jego wyprawy, pełne jest zwrotów akcji i podniosłych epizodów. Emocjonalne zakończenie tonuje krótkie interludium Abbreviation, wprowadzające w nastrojową kompozycję o wymownej nazwie Al Destino (do celu). Jest to jedyna partia nienapisana przez członków zespołu (autorstwa Anny Rocławskiej-Musiałczyk), z paradoksalnie największą aktywnością instrumentalną Chyły.

„Wystarczy, że raz doznasz lotu, a będziesz zawsze chodził z oczami zwróconymi w stronę nieba” – wyśpiewana przez Art’n’Voices sentencja Leonardo da Vinciego zamyka poświęcony mu album. Zdaje się, że dla Tomasza Chyły jest to kredo artystycznej drogi. Począwszy od debiutu, w każdej produkcji motywację odnajdywał on w bezkompromisowym przesuwaniu granic swojej kreatywności. „To, co robię – czy to w skrzypcach, czy w dyrygenturze – chcę robić jak najlepiej” – wyznał w wywiadzie dla JazzPRESSu. Dotychczasowe efekty jego pracy dawały odbiorcy dużą satysfakcję, mam nadzieję, że również samemu autorowi dostarczyły podobnych wrażeń.

Jakub Krukowski

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO