Papierowy JazzPRESS
Płyty Recenzja

Wyrzuca z orbity ziemskich spraw

Obrazek tytułowy

Człowiek to istota niepozbawiona ułomności – mówiąc obrazowo i niezbyt elegancko, potrafi go zeżreć zazdrość. No ale spójrzcie sami, siedzi taki przed ekranem komputera, kursor mu mruga wściekle, a on nie potrafi zebrać myśli, żeby w chociaż trochę uporządkowany sposób przelać na wirtualny papier swoje myśli (wszelkie podobieństwa z autorem niniejszego tekstu nieprzypadkowe). Mijają minuty i godziny, a kartka ciągle straszy posępną pustką… Miliardy pomysłów torpedują jego głowę (przynajmniej takie ma wrażenie). Potrafi wreszcie na tyle wziąć się karby, żeby wszystkie swoje muzyczne projekcje urzeczywistnić. Figurę pierwszego nieszczęśnika już zdemaskowaliśmy, a kim w tym tekście człowiek artystycznego sukcesu? Proszę Państwa, oto Jacek Mazurkiewicz…

Żadnemu miłośnikowi awangardowych dźwięków przedstawiać go nie trzeba. Powiedzieć o nim, że to kontrabasista, to tak naprawdę nic nie powiedzieć, choć trudno zaprzeczyć, że krainę niskich tonów zwiedził wzdłuż i wszerz, poznając każdy jej zakątek. Ten niestrudzony eksperymentator zyskuje powoli miano człowieka-instytucji w kręgu polskiej muzyki „nieoczywistej” (wszelakie jej etykietowanie pozbawia ją tego ulotnego czaru). Ostatnimi czasy Mazurkiewicz przejawia wzmożoną aktywność twórczą, współtworząc coraz więcej wyjątkowo ciekawych wydawnictw. By zaspokoić statystyczny głód niektórych analitycznych umysłów, spieszę donieść dokładniej, że skutkiem tej aktywności jest chociażby trylogia oraz dwie, wydane niezależnie od niej, płyty.

Trylogię stanowią płyty Brain, Dog i Hum nagrane wraz Piotrem Mełechem (klarnet, klarnet basowy i elektronika) i Vasco Trillą (perkusja, perkusjonalia). Panowie, być może nieświadomie, podążyli tropem mistrza prozy iberoamerykańskiej Julio Cortázara. Interpretacja jego powieści Gra w klasy zmieniać się może w zależności od kolejności poznawania poszczególnych fragmentów tekstu. Podobnie rzecz się ma ze wspomnianą trylogią tria Mełech / Mazurkiewicz / Trilla. By nikomu jednak nie psuć zabawy, nie będę, rzecz jasna, wspominał, w jakiej kolejności tych albumów słuchać się „powinno”, także dlatego, że sam nie mam co do tego żadnej pewności.

New Phototastic Collage3.jpg

Mełech / Mazurkiewicz / Trilla – Brain / Dog / Hum

Multikulti Project, 2019

Swego czasu w świetną podróż dookoła świata w nieco ponad godzinkę zabierał nas Kaliber 44 (w 1998 roku wydali płytę W 63 minuty dookoła świata) – 21 lat później podróż ta trwa jeszcze krócej, bo tylko nieco ponad 37 minut, tyle, ile liczy płyta Hum. Rozpoczynamy od São Paulo, a kończymy na utworze Tehran, podróżujemy natomiast przez Washington DC, Phnom Penh i Helsinki. Nie ma to jednak absolutnie żadnego znaczenia, w której części globu aktualnie się znajdujemy.

Panowie tworzą hipnotyzującą narrację, która wciąga i uwodzi, lecz równocześnie bywa w odbiorze trudna i chropowata. Tyle że właśnie poprzez opór, który nam stawia, płyta ta jest tak fascynująca. Jako odbiorcy musimy się przełamać, odrzucić nasze oczekiwania i dokonać iście egzystencjalnego skoku w ciemność. Tylko w taki sposób, bezgranicznie ufając naszym trzem przewodnikom, jesteśmy w stanie w pełni docenić struktury, które częstokroć dalece odbiegają od naszego pojmowania muzyki. Szczególnie zaskakują (a czasami nawet przerażają) potężne industrialne tła, które doskonale oddają wielkomiejską atmosferę.

Brain (zapis koncertu z warszawskiego klubu Mózg) współtworzą dwie rozbudowane suity. Choć w ogólnej koncepcji zbliżone one są do płyty Hum, to nieco wyraziściej wybrzmiewają partie klarnetu – więcej w nich elementów melodyjnych (bo może nie mówmy jednak w tym wypadku o „klasycznych melodiach”), fraza bywa spokojniejsza, czasami wręcz kojąca. Dominuje jednak atmosfera mroczna i niepokojąca, rozedrgana, granicząca z szaleństwem.

Jakże zaskakująco brzmią w tym kontekście dźwięki, które słyszymy na płycie Dog (znów koncertówka, tym razem zapis koncertu z poznańskiego Psa Andaluzyjskiego). Wszak Komainu to delikatna kompozycja napędzana rytmiczną partią kontrabasu ze spokojniejszym frazowaniem klarnetu. O doznaniach płynących z obcowania z wyżej opisanymi płytami przypomina nam tylko nieco „szumiąca” partia perkusji. Kompozycja Pesanta swoją transowością przypomina mi twórczość Johna Cale’a z okresu młodzieńczej współpracy jeszcze nie z The Velvet Underground, a z The Dream Syndicate. Dwie potężne suity Aralez i Psoglav, choć wpisać by się mogły w uniwersum wykreowane przez Brain i Hum, to niosą o wiele więcej partii, których słuchanie jest doświadczeniem przyjemnym, a nawet – o ile to możliwe w kontekście muzyki tego efemerycznego tria – przewidywalnym.

Obcowanie z samą tą trylogią Brain, Dog i Hum jest przeżyciem estetycznym i intelektualnym, które wymaga nie lada wysiłku ze strony słuchacza – podjęcie tego ryzyka i przełamanie poczucia obcości przy odbiorze tych struktur przyniesie jednak niezwykle wiele satysfakcji i czystej radości.

KaMaSz.jpg

KaMaSz - Eight Rocks From Grandma's Box

Multikulti Project, 2019

A teraz coś z zupełnie innej beczki… No, nie przesadzajmy – z nieco innej beczki. Trio KaMaSz to kolejny awangardowy format współtworzony przez Mazurkiewicza. Płytę Eight Rocks From Grandma’s Box (jakże piękny tytuł!) wraz z nim nagrali gitarzysta Marek Kądziela oraz perkusista Krzysztof Szmańda – doprawdy doborowe towarzystwo o wyjątkowo otwartych umysłach. Sama sesja w przeróżnych szufladach przeleżała mnóstwo czasu (materiał nagrano w 2014 roku), lecz zdecydowanie nie straciła nic ze swojej świeżości. Choć muzyka pozostaje w stylistyce grania improwizowanego (mniejsza o to, czy twórcy rzeczywiście swoje partie tworzyli „na bieżąco”), to wokół tematów i rozwiązań jazzowych panowie jednak krążą. Pobrzmiewają nieco nawet bebopowe echa, tu i ówdzie pojawiają się dudniące walkingi basowe.

Nie róbmy jednak z tej płyty kanonu jazzu schematycznego! Wszak na Eight Rocks From Grandma’s Box dzieje się naprawdę bardzo wiele – zmienne narracje i nieoczywiste rozwiązania w intrygujący sposób wzbogacone zostają partiami elektronicznymi. Moim prywatnym faworytem pozostaje progresywna kompozycja Natarcz, która w pierwszej części w brawurowy sposób wpisuje się w stylistykę stylistyki drone, by znaleźć swoje dopełnienie w znakomitej „zaczepnej” partii solowej gitary.

Eight Rocks From Grandma’s Box, pomimo swojej złożoności, słucha się doprawdy znakomicie. Trio KaMaSz osiągnęło coś na kształt postulowanego przez Arystotelesa „złotego środka” – eksperyment i awangardowe poszukiwania niejako skontrowane są elementami nieco prostszymi, które pozwalają z dużą przyjemnością i luzem przedrzeć się przez narracje poszczególnych utworów (w gruncie rzeczy nie mam pewności, czy Stagirycie chodziło akurat o opis współczesnego jazzu awangardowego…). Kolejne wyjątkowo intrygujące trio Mazurkiewicz stworzył wraz z Mikołajem Trzaską (legenda co się zowie, wystarczy wspomnieć chociażby zespół Miłość oraz nagrania z Joem McPhee) i Pawłem Szpurą (współtwórca znakomitego dzieła I love you SDSS J124043.01+671034.68 tria Strycharski / Kacperczyk / Szpura). Owocem ich rozimprowizowanej współpracy jest płyta North Meridian, która ukazała się w ramach stworzonej przez Mauzrkiewicza oficyny wydawniczej o wdzięcznej nazwie Plank-Tone.

northmeridian.jpg

Trzaska / Mazurkiewicz / Szpura – North Meridian

Plank-Tone, 2019

Wszystko zaczyna się w przewrotny sposób – Holy Darkness to właściwie zwyczajnie jazzowy numer o lekko swingującym zacięciu. Tylko nie dajmy się zwieść pozorom, North Meridian na pewno nie przypadnie do gustu zatwardziałym fanatykom swingującego jazzu. To kolejne wyzwanie rzucone słuchaczom przez Mazurkiewicza. Tylko ten, kto podejmie rękawicę, poczuje się zwycięzcą, dziwny to jednak pojedynek, w którym nie ma przegranych… Brak tu brutalnych porywów czy technicznych fajerwerków, jednak intensywna motoryczność utworu Bio Bypass o zawrót głowy przyprawić może niejednego bywalca imprez rave. W Touching Engine Body znów pobrzmiewa estetyka drone, może jeszcze nie tak piekielnie, jak w przypadku zespołu Sunn O))), lecz powoli staje się ona znakiem rozpoznawczym struktur współtworzonych przez Mazurkiewicza. Przyznam się szczerze, że to chyba moja ulubiona płyta z wszystkich opisywanych, w pewien na poły magiczny sposób syntezują się w niej bowiem wszystkie najciekawsze elementy składów Mełech / Mazurkiewicz / Trilla oraz KaMaSz, które zapośredniczone zostają przez niezwykłą wręcz wrażliwość Trzaski i Szpury.

Jedno trzeba sobie powiedzieć otwarcie i uczciwie – obcowanie (bo wykracza to dalece poza proces „zwykłego” słuchania) z pięcioma opisywanymi płytami, których współautorem jest Jacek Mazurkiewicz, nie należy do przyjemności łatwych i lekkich. To raczej kontemplacja, wyrzucająca nas z orbity ziemskich spraw, lecz w jakiś sposób oczyszczająca. Dźwięki te uruchamiają jakieś bliżej niezdefiniowane procesy umysłowe, których doznawanie to zupełnie inny rodzaj przeżycia estetycznego niż to, które zwyczajowo nam towarzyszy przy odbiorze muzyki. Warto zajrzeć w głąb tej tajemnicy i otworzyć się na dźwięki którejkolwiek z tych płyt.

Muzyka ta prawdopodobnie nie spodobałaby się niejakiemu inżynierowi Mamoniowi ceniącemu sobie wyłącznie melodie, które już wcześniej słyszał. W nieprzystawalności i niesprowadzalności tych dźwięków do naszego pojmowania muzyki tkwi jednak ich największa siła. Tu muzyka spotyka się z kontemplacją i filozofią. A może odwrotnie? Sam już nie wiem, wszystkim tym jestem z lekka zamroczony. Tak czy inaczej, takiego akurat zamroczenia życzę każdemu. Odrzućmy więc jakiekolwiek oczekiwania i dajmy się uwieść opisanym tu płytom.

Autor - Jędrek Janicki

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO