dlugiJP 7/2021
Płyty Recenzja

Znowu Miles

Obrazek tytułowy

Olbrzymia dyskografia Milesa Davisa ostatnio znów powiększyła się o dwie nowe płyty. Jednak tylko jedna z nich zawiera w całości muzykę do tej pory nieznaną. Druga jest kolejną kompilacją, ozdobioną zaledwie jednym utworem, który może rościć sobie prawo do miana nowości. Niemniej oba ta wydawnictwa są niezbitym dowodem, że muzyka Milesa Davisa żyje i przyciąga nie tylko rzesze dawnych, ale również szeregi nowych fanów.

milesdavis_rubberband.jpg

Miles Davis – Rubberband

Rhino/Warner, 2019

Zacznijmy od pierwszej. Oficjalna premiera albumu Rubberband miała miejsce 6 września 2019 roku. Warto wspomnieć, że poprzedzała ją zmasowana kampania medialna rozpoczęta już trzy miesiące wcześniej. Pojawiły się w prasie i internecie dobrze nam znane zwroty „zaginiony album”, „długo wyczekiwany”, „odkryty na nowo”. Dokładnie takie same frazy towarzyszą nam chociażby w związku z ukazaniem się niewydanych wcześniej sesji Johna Coltrane’a. Właściwie każdemu wydaniu nowych nagrań muzyka o większym nazwisku towarzyszy identyczne słownictwo w mediach.

Sesja wydana jako Rubberband rejestrowana była od października 1985 do stycznia 1986 roku. Wiązano z nią duże nadzieje. Miała być pierwszym materiałem zarejestrowanym dla wytwórni Warner, z którą właśnie Miles Davis podpisał kontrakt po odejściu po trzydziestu latach z Columbia Records. Jak wspominał w autobiografii sam Davis: „Kiedy nadarzyła się okazja, żeby przejść do Warner Bros. Records, powiedziałem mojemu menedżerowi Davidowi Franklinowi, żeby sprawę załatwił. (...) Dali nam ogromną kasę za przejście pod skrzydła Warner Bros., siedmiocyfrową sumę za sam podpis”.

Trębacz planował, że na płycie znajdą się niektóre utwory z wiodącą partią wokalną w wykonaniu Chaki Khan i Ala Jarreau. Część muzyków pochodziła z pamiętnego albumu The Man With The Horn (1981): siostrzeniec Davisa Vincent Wilburn zagrał na bębnach, dodatkowo w studiu znaleźli się multiinstrumentalista i wokalista Randy Hall i basista Felton Crews. Davis był wtedy na etapie poszukiwań nowej drogi, co wyraźnie słychać już na wydanej w 1985 roku płycie You’re Under Arrest. Pozostawał on wtedy pod wrażeniem Prince’a, obserwował sukces Michaela Jacksona.

Słuchając Rubberband, musimy pamiętać, że nie jest to muzyka, którą autoryzował Miles Davis. Dostępny dzisiaj materiał został poddany daleko idącym przeróbkom przez Randy’ego Halla, Vince’a Wilburna i Attalę Zane’a Gilesa. Sporo do powiedzenia miał też syn Milesa Davisa – Erin. Pierwotna sesja przebiegała w ten sposób, że zespół nagrywał materiał, a następnie Davis dogrywał swoją trąbkę. Finalnie przygotowując wydany w ubiegłym album, odwrócono ten proces. Wiadomo, że większość muzyki została nagrana na nowo, z wykorzystaniem partii zarejestrowanych przez Davisa. W niektórych przypadkach pozostawiono szczątkowe partie muzyków uczestniczących w oryginalnych nagraniach.

Wykorzystano współczesne wokale, trzeba przyznać, że pierwszorzędnego formatu – między innymi Ledisi i Lalah Hathaway. Producenci płyty, podobnie jak my, mieli świadomość późniejszej muzyki trębacza, chociażby wydanej na płytach Tutu (1986) i Amandla (1989). Podobieństwa z tymi wydawnictwami narzucają się od razu, niemniej trzeba pamiętać, że nie możemy mieć pewności, czy takie brzmienie Rubberband miał w założeniach Miles Davis. Już sam taki właśnie sposób przygotowania nagrania po trzydziestu pięciu latach budzi odwieczne pytanie, na ile mamy tu do rzeczywiście do czynienia z jego muzyką.

Od śmierci trębacza jego spuścizna często pada łupem różnych amatorów. Wykorzystuje się nie tylko brzmienie trąbki, ale też jego wypowiedzi czy charakterystyczny tembr głosu. Samo legendarne imię i nazwisko stało się cenną marką zapewniającą korzystne miejsce na rynku. Z formalnego punktu widzenia po uzyskaniu zgody spadkobierców legendarnego muzyka nie jest to nielegalne. Pozostają jednak wciąż wątpliwości moralne. Dość przypomnieć niesławne przypisanie przez Roberta Glaspera Milesa Davisa jako współautora jego płyty Everything’s Beautiful (2016). Nie kwestionuję wartości płyty Glaspera, ani nawet pomysłu sięgnięcia do spuścizny Davisa. Niesmak może budzić wykorzystanie nazwiska legendarnego muzyka. Wciąż aktualny pozostaje artykuł Barnaby Siegla opublikowany na łamach JazzPRESSu blisko cztery lata temu (Wszystko na sprzedaż, felieton opublikowany w numerze 7/2016).

Tym razem możemy jednak wybaczyć Vince’owi Wilburnowi takie wykorzystanie materiału nagranego przez jego wielkiego wuja. Pamiętamy, że to właśnie Wiburn skłonił Milesa Davisa do powrotu do studia w 1980 roku. Uczestniczył on także w oryginalnej sesji Rubberband. W ogóle na korzyść albumu przemawia to, że wszyscy trzej dzisiejsi producenci byli pierwotnie zaangażowani w całe przedsięwzięcie w 1985 roku i ostatecznie, trzeba przyznać, wyszło to płycie na dobre. W porównaniu do innych tego typu nagrań, pozostaje znacznie mniej wątpliwości, że istotnie jest to muzyka Milesa Davisa. Unowocześniona wprawdzie i bliższa współczesnym brzmieniom aniżeli jego oryginalne nagrania z tamtych lat, ale wciąż brzmiąca wiarygodnie.

Utwory są podobne do znanych z You’re Under Arrest. Mamy na Rubberband utwory zwiastujące właśnie nadchodzącą przemianę stylu Davisa (Rubberband of Life, This Is It, See I See, The Wrinkle czy Rubberband), balladę soul (So Emotional, I Love What We Make Together), bardzo bliskie nawiązania do Prince’a (Give It Up), fusion z pierwszych płyt po „wielkim powrocie” (Maze). Z perspektywy czasu zdajemy sobie sprawę, że nie jest to płyta rangi i formatu Tutu. Kilka kompozycji jednak naprawdę brzmi i broni się znakomicie. Przede wszystkim Rubberband of Life, This Is It, See I See, Give It Up czy Maze. Znajdziemy tu też jeden czy dwa utwory chybione (domniemanie, o które mi chodzi, zostawiam Czytelnikom). Ale przecież na większości płyt jest podobnie, zawsze są lepsze i gorsze fragmenty.

Słuchając albumu, trzeba, jak mówiłem, oddać producentom sprawiedliwość, że dość dobrze wywiązali się ze swojego zadania. Na podstawie dostępnych dzisiaj publicznie informacji trudno ustalić powód, dla którego taśmy pozostały tak długo niewydane. Trudno uwierzyć w jedną z publikacji prasowych, w której twierdzono, że o nagraniach zapomniano. Czy taki człowiek jak Miles Davis po prostu zapomniał o kilku miesiącach swojej pracy? W innym miejscu można było przeczytać, że prace przeciągały się ponad przewidziany czas i zniecierpliwieni szefowie Warner zamknęli ten projekt. Czyżby? Po wydaniu wspomnianej siedmiocyfrowej sumy za samo przejście Davisa do firmy, a następnie po opłaceniu studia i muzyków przez kilka miesięcy w końcu wyrzucili wszystko do kosza?

Pozostają nam jedynie domniemania. Być może to właśnie sam Miles Davis po kilku miesiącach stracił przekonanie, że zmierza we właściwym kierunku? Tak już się przecież wcześniej zdarzało. Do końca życia nie przestał żałować, że został wydany całkowicie, w jego opinii, nieudany album Quiet Nights (1963). Również nagrania z połowy 1975 roku pozostały do niedawna schowane w archiwach. Warto pamiętać, że muzyk niezadowolony z braku ciekawych pomysłów wycofał się kiedyś z zamiarem pozostania na uboczu przez sześć miesięcy, które, jak wiemy, rozciągnęły się do blisko sześciu lat. Wkrótce po zaniechanej sesji Rubberband pojawili się Marcus Miller i Tommy LiPuma, którzy wzięli na siebie ciężar przygotowania innej, nowej płyty Milesa Davisa – Tutu. I to właśnie to wydawnictwo okazało się doniosłym wydarzeniem na drodze artystycznej Davisa, które po raz kolejny wstrząsnęło światem. Pozostaje otwarte pytanie, czy gdyby Miles Davis doprowadził nagrania do końca, to czy wydarzyłby się jeszcze jeden w jego życiu przełom o takiej skali?

Miles Davis_OST.jpg

Miles Davis – Music From And Inspired By Miles Davis: Birth Of The Cool, A Film By Stanley Nelson

Sony Music, 2020

Druga omawiana tu płyta jest kolejną z niezliczonych kompilacji typu „the best of”. To, czym wyróżnia się od innych takich płyt, jest jej związek i logiczny układ z filmem dokumentalnym Stanleya Nelsona Miles Davis: Birth of the Cool (recenzja – JazzPRESS 11/2019). Film ten można było oglądać w zeszłym roku w polskich kinach w ramach akcji Kino Jazz. Oprócz wyboru utworów wykorzystanych w tym filmie album zawiera fragmenty wywiadów z muzykami, którzy mieli okazję współpracować z Milesem (na płycie usłyszymy fragmenty wypowiedzi między innymi Herbiego Hancocka, Jimmy’ego Heatha, Carlosa Santany, Jimmy’ego Cobba, Gila Evansa, Wayne’a Shortera, Marcusa Millera), jego bliskimi (żoną Frances Taylor Davis i synem Erinem Davisem) oraz z osobami niegdyś blisko z nim współpracującymi (animatorem ruchu muzycznego George’em Weinem czy pisarzem Quincym Troupem).

Przekrój kompozycji wybranych do filmu, a zarazem na tę płytę, stanowi kompromis pomiędzy ilustracją istotnych momentów kariery Davisa, a wspomnianą regułą „greatest hits” (co ciekawe, płyta pod takim właśnie tytułem: Miles Davis' Greatest Hits została wydana w 1969 roku i zawiera znacznie bardziej spójny wybór utworów). Wyróżnikiem tegorocznego wydawnictwa jest zamieszczony na nim „nowy” utwór Davisa Hail To The Real Chief. W istocie jest to kompozycja wykorzystująca zachowane studyjne fragmenty trąbki Davisa, do której dokomponował muzykę perkusista Lenny White. Poza nim w nagraniu dopisanej muzyki wzięli udział Vince Wilburn, Marcus Miller, Emilio Modeste, Jeremy Pelt, Antoine Roney, John Scofield, Bernard Wright i Quintin Zoto. W odróżnieniu od wielu utworów z płyty Rubberband kompozycja ta, mówiąc oględnie, nie jest niezbędnym elementem szanującej się kolekcji jazzowej.

Zastanawia, dla kogo ta płyta jest przeznaczona. Dla początkujących fanów Milesa Davisa, dopiero zaczynających swoją przygodę z jego muzyką, którzy nie mogą się zdecydować na wybór oryginalnej płyty z jego dyskografii? Dla tych, którzy chcą sobie posłuchać muzyki Davisa w tle rozmowy w gronie przyjaciół? Chyba ani dla jednych, ani dla drugich. Pierwszych mogą zrazić utwory przeznaczone dla wymagającego i obytego słuchacza. Drugim mogą przeszkadzać wstawki wypowiedzi. Być może jest to płyta dla tych, dla których film będzie pierwszym poważniejszym kontaktem z twórczością Davisa i będą z jednej strony bardziej chcieli się skupić na muzyce, nie rozpraszając się obrazem, a z drugiej – przypomnieć sobie najciekawsze wypowiedzi? Być może jednak znajdą się wielbiciele tego nominowanego do Grammy dokumentu, którym zakup płyty wyda się niezbędny.

Autor - Cezary Ściborski

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO