Papierowy JazzPRESS
Recenzja

Dave Holland – Uncharted Territories

Obrazek tytułowy

Dave Holland to nazwisko, które jest znane chyba każdemu miłośnikowi jazzu na świecie. Można by długo rozwodzić się nad artystami, z którymi brytyjski muzyk współpracował, i albumami, w których nagraniu wziął udział – a są wśród nich nie tylko płyty ważne, ale i te absolutnie najważniejsze w historii gatunku. Jednocześnie wydaje mi się, że kontrabasista w powszechnym odbiorze funkcjonuje głównie na dwóch płaszczyznach – jako muzyk zespołu Milesa Davisa i jako sztandarowy artysta wytwórni ECM. Niemniej Holland udowodnił wielokrotnie, że jest nie tylko kontrabasistą-muzykiem sekcji, ale także kontrabasistą-liderem, eksperymentatorem i solistą.

Przyznam szczerze, że nie śledziłem najnowszych działań artysty ze szczególną uwagą – po średnio udanej próbie reanimacji jazz rocka na albumie Prism mój entuzjazm w stosunku do nowych propozycji Brytyjczyka przygasł. Owszem, duetowe nagranie z Kennym Barronem z roku 2014 przypadło mi do gustu, ale już zarejestrowaną z Chrisem Potterem, Lionelem Loueke i Ericem Harlandem płytę Aziza sprzed dwóch lat całkowicie przeoczyłem i odkryłem ją dopiero przy okazji poszukiwań informacji do niniejszego tekstu. Możliwe, że jest to spowodowane zmianą wydawcy na niezbyt dobrze u nas promowany label Dare2 Records (który jest rodzinnym przedsięwzięciem muzyka), bo krążka nie uświadczyłem na żadnej sklepowej półce, a w sprzedaży internetowej dostępny jest wyłącznie jako zamówienie z importu. Nie zanosi się, aby najnowszy album artysty był łatwiejszy do zdobycia, ale domyślam się, że dystrybutorzy mają pewne obawy przed wprowadzaniem do oferty muzyki w odbiorze niełatwej, do tego szczelnie wypełniającej aż dwa dyski kompaktowe.

Do nagrania Uncharted Territories Holland zaprosił muzyków, których nazwiska powinny być gwarancją dźwięków jednocześnie nieszablonowych, kreatywnych, a przy tym – jak wspomniałem wyżej – nie najłatwiejszych w odbiorze. Evan Parker, Craig Taborn i Ches Smith, mimo że są przedstawicielami dwóch różnych pokoleń, to o muzyce, a w szczególności o jej kreatywnej odmianie, zdają się myśleć w bardzo zbliżony sposób. I choć mówi się, że nazwiska nie grają same, to ja nigdy nie czułem się zawiedziony, sięgając po płyty podpisane przez artystów współtworzących brzmienie najnowszego wydawnictwa Dave’a Hollanda, i jestem przekonany, że to jedni z najlepszych kandydatów na daleką muzyczną wyprawę.

Terytoria, które bada ten angielsko-amerykański ansambl, są umiejscowione gdzieś na obrzeżach muzyki freejazzowej, tam, gdzie kończy się mapa znanego nam lądu, i choć wyprawa to wymagająca, któż może podołać jej lepiej niż doświadczeni weterani wspierani przez jednych z najciekawszych instrumentalistów średniego pokolenia? Oczywiście, jak każde tego typu przedsięwzięcie i to niesie ze sobą ryzyko trafienia na mielizny. Wątpliwości może budzić fakt zaserwowania improwizacji czwórki muzyków w tak obszernej formie, jednak jeśli już ktoś decyduje się sięgać po tego typu dźwięki, musi liczyć się z tym, że będą wymagały one nieco czasu i skupienia.

Uncharted Territories należy jednak do albumów, do których można podchodzić na kilka sposobów. Słuchany w całości rzeczywiście wymaga sporego wysiłku włożonego w przebrnięcie przez ponad dwie godziny muzyki, jednak i poznawany wyrywkowo potrafi dostarczyć wiele satysfakcji, pozwalając przy tym odbiorcy kreować nowe układy z jego elementów. Swoboda wykonawcza przekłada się tutaj na swobodny sposób odbioru. W moim odczuciu Holland z kolegami nie serwuje słuchaczom twardo zdefiniowanej zamkniętej całości, a raczej zbiór, z którego można dowolnie wybierać, niejako tworząc ten album dla siebie i po swojemu.

Nie umniejsza to jednak płynności dźwięków, z którymi obcujemy na najnowszej płycie kontrabasisty – to nie wyrywne i dzikie free, a raczej kontemplacyjna wariacja na temat muzyki swobodnie improwizowanej. Zachowanie owej płynności jest tym bardziej godne uwagi, że nie mamy tu, wbrew pozorom, do czynienia z regularnym kwartetem. W kolejnych fragmentach albumu nie zawsze słuchamy wszystkich czterech muzyków. Pojawiają się oni w różnych zestawieniach – także jako duety i tria, a dodatkowym smaczkiem, ale i znakiem czasów jest elektronika, którą Craig Taborn operuje z wyczuciem i nawet pewną dyskrecją.

W Uncharted Territories jest coś, co każe mi myśleć o albumie w kontekście baśniowo-bajkowym. Odrealniona, nieostra narracja zmusza słuchacza do uruchomienia wyobraźni. Brak zapamiętywanych fraz nie jest tu wadą – przyczynia się raczej do zatopienia w muzyce i pozwala ruszyć w podróż na równi z artystami. Z góry trzeba jednak wziąć pod uwagę, że jest to wyprawa dla słuchaczy, którzy nie boją się nawigować bez wyraźnych wytycznych i mają za sobą zdobycie nieco mniej wymagających punktów na mapie muzyki jazzowej. W przeciwnym przypadku może się okazać, że zostają bezradni niczym turyści w nieznanym sobie terenie, bez potrzebnego sprzętu i umiejętności, a właśnie zapada zmrok, który nie wiadomo, co przyniesie.

autor: Rafał Zbrzeski (dziennikarz Radia Kraków)

Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 10/2018

Tagi w artykule:

polecane

13 grudnia

godz: 19:00

Mistrzowie Polskiego Jazzu: Andrzej Kurylewicz

PROM Kultury Saska Kępa

Warszawa

13 grudnia

godz: 19:00

Jazz Bez Festiwal

Galeria Biała

Lublin

13 grudnia

godz: 20:00

Niechęć

NRD

Toruń

13 grudnia

godz: 20:00

SuperSam +1: Rashad Becker & Joanna Duda

DZiK

Warszawa

14 grudnia

godz: 19:00

Rafał Sarnecki Sextet

12on14 Jazz Club

Warszawa

14 grudnia

godz: 20:00

Zakrocki / Osborne / Gadt

SPATiF

Warszawa

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO