Papierowy JazzPRESS
Relacja

Ad Libitum 2018: improwizacja jest kobietą

Obrazek tytułowy

fot. Beata Gralewska

Festiwal Ad Libitum (wybrane koncerty) – Warszawa, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, 25-27 października 2018 r.

Trzynasta już edycja festiwalu muzyki improwizowanej Ad Libitum była poświęcona przede wszystkim twórczości i osiągnięciom płci pięknej. Nie nazwałbym tego feministycznym manifestem ze strony organizatorów, może raczej próbą pokazania, że kobiety mają obecnie niezaprzeczalny wkład w muzykę improwizowaną i że nietrudno znaleźć artystki wybitne, które są wirtuozami swoich instrumentów.

Zdecydowanie najlepszą frekwencją cieszyli się artyści z pierwszego dnia. Wiadomo, pierwszy, inauguracyjny dzień, zazwyczaj najbardziej przyciąga publiczność, tym razem zresztą nie bez przyczyny. Iva Bittová zaczarowała publiczność niekonwencjonalnym podejściem zarówno do skrzypiec, jak i do głosu. Jej muzyka czerpała ze słowiańskiej i cygańskiej muzyki ludowej, co przejawiało się zarówno w skalach, jak i w muzycznej wrażliwości. Artystom na scenie tego festiwalu z reguły trudno jest ustać w jednym miejscu, Bittová jednak poszła o krok dalej i już bez dodatkowego nagłośnienia przeszła się wzdłuż publiczności, wdając się w niezwykle intymną muzyczną konwersację.

Nieco rozczarował mnie koncert Christiane Bopp (puzon) i Nurii Andorry (perkusjonalia). Nie kwestionuję wyobraźni muzycznej obydwu pań, lecz trudno było utrzymać się z nimi na pokładzie. Brakowało w tym jakiegoś zamysłu, inwencji. Wraz z przebiegiem koncertu artystki wydawały się coraz bardziej odseparowane od publiczności i wydawały się tracić wzajemną komunikację. Sztuka dla sztuki też jest sztuką, lecz w tym przypadku całość była bezbarwna i trochę nijaka.

_GRA3451.jpg fot. Beata Gralewska

Humoru i rozluźnienia atmosfery dostarczyły Les Diaboliques, czyli Irène Schweizer na fortepianie, Joëlle Léandre na kontrabasie i Maggie Nicols ze swoimi wokalizami. Panie zaserwowały niezwykłe, patetyczne i zanurzone w absurdzie widowisko, w którym opera łączyła się z teatrem i wodewilem. Całość, choć dość groteskowa, miała w sobie ład i porządek, a pozorny chaos był (minimalnie) kontrolowany. Przede wszystkim jednak można było odczuć niezwykłą frajdę instrumentalistek, pasję, radość ze wspólnego tworzenia i dzielenia się pozytywną energią z odbiorcami.

Istnieje zasadniczy problem z muzyką stricte improwizowaną: kiedy znika harmonia, rytm, temat i forma, z czym tak naprawdę zostajemy? Czy muzyka wykonywana przez artystki mogłaby zostać odegrana przez amatorów czy kompletnych laików? Czy w obecnych czasach można wprowadzić jeszcze jakiekolwiek innowacje w muzyce improwizowanej? Atonalność już dawno przeżyła swój renesans, a „niekonwencjonalne” wykorzystanie instrumentów już tak nie zaskakuje. Choć oczywiście dalsze zagłębienie się w taką dyskusję mogłoby doprowadzić do wielu nieporozumień i sporów, jedno jest pewne: artystki występujące na festiwalu zaprezentowały nieprzeciętne umiejętności. Muzyka przez nie wykonywana mieściła się cały czas w granicach szeroko rozumianej awangardy, której z cierpliwością wysłuchiwała wymagająca publiczność.

Tekst ukazał się magazynie JazzPRESS 12/2018

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO