Papierowy JazzPRESS
Relacja

Jazz Juniors 2018: wiele twarzy młodego jazzu

Obrazek tytułowy

fot. Katarzyna Kukiełka

Jazz Juniors – Kraków, Centrum Kongresowe ICE, Piec Art Acoustic Jazz Club, 29 listopada–2 grudnia 2018 r.

W 2018 roku przypadła 42. edycja konkursu i festiwalu Jazz Juniors – ponad 40 lat to już spory i ważny kawałek historii. Festiwal się rozwija, a jego twórcom niezmiennie towarzyszą duże ambicje i ambitne plany. Pomimo małych zawirowań z nazwą niezmienna została nadrzędna idea – prezentacja tego, co najlepsze na młodej scenie jazzowej przed międzynarodowym jury – przedstawicielami festiwali, menedżerami, promotorami i ludźmi z branży muzycznej.

By nie być gołosłownym – w skład tegorocznej komisji oceniającej konkursowiczów weszli: Branislav Dejanović (dyrektor artystyczny Nisville Festival w Serbii), Enrico Moccia (twórca Emme Produzioni Musicali, właściciel Tube Recording Studio, dyrektor artystyczny Fara Music Festival we Włoszech), Victor Radzijevskij (VR Jazz Agency w Rosji), Yaroslav Sartakov (dyrektor artystyczny UralTerraJazz Festival w Rosji), Tommy Caggiani (dyrektor artystyczny Ni CaJazz Festival w Hiszpanii), Wojciech Siwek (współtwórca festiwalu Jazz Nad Odrą i przewodniczący Międzynarodowej Fundacji Jazz Nad Odrą) oraz Tamás Bognár (dyrektor Opus Jazz Club w Budapeszcie). Zwycięzcy konkursu będą mieć między innymi możliwość zagrania we wszystkich tych miejscach, które reprezentowali jurorzy, było więc o co walczyć.

Oprócz części konkursowej cztery festiwalowe dni wypełniły koncerty, zarówno te na scenie Centrum Kongresowego ICE, jak i kameralne – klubowe w Piec Arcie. Dopełnieniem była otwarta dyskusja podczas panelu Jazz Music Export, w której wzięli udział: Mary James – członkini UK Jazz Promotion Network, współpracowniczka London Jazz News, promotorka jazzowa i menedżerka artystów, Sigtryggur Baldursson – dyrektor Island Music, Josh Grossman – dyrektor artystyczny Toronto Downtown Jazz oraz Jakub Krzeszowski – założyciel i menedżer platformy Jazz Po Polsku. I jeszcze jeden ważny fakt: nad całością programu nie czuwał dyrektor artystyczny. Swoją kadencję zakończył już Paweł Kaczmarczyk, natomiast w przyszłym roku funkcję tę obejmie Adam Pierończyk.

Laureaci „pierwszego i drugiego planu”

W finale tegorocznego konkursu znalazło się siedem zespołów, poza jednym wyjątkiem – wszystkie z Polski. Nie mogłam na żywo wziąć udziału w przesłuchaniach, jednak na Facebooku prowadzone były transmisje, które umożliwiały sprawdzenie, jak konkurujący prezentowali się na tym etapie. I okazało się, że był nie tylko wysoki poziom, ale też duża różnorodność. Widać, że młodzi szukają, tworzą ciekawe składy, w których prezentują różne oblicza jazzu i muzyki improwizowanej.

_MG_57971.jpg fot. Katarzyna Kukiełka

W tym roku w roli liderów pojawili się muzycy grający na harmonijce, akordeonie czy wibrafonie, nie zabrakło też wokalistek. Usłyszeliśmy klasyczne granie, odwołujące się przede wszystkim do jazzowego idiomu. Było też awangardowo i alternatywnie, z punkową energią, mocnym, bezkompromisowym spojrzeniem na muzykę. I aż szkoda, że na podium nie mogły znaleźć się dwa zespoły, reprezentujące różne kierunki. Decyzją jury konkurs wygrało trio Marcina Patera, które oprócz lidera-wibrafonisty tworzą kontrabasista Mateusz Szewczyk oraz perkusista Tomek Machański, którego podczas konkursu zastępował Adam Wajdzik. Nagroda, którą otrzymali, to nie tylko pieniądze przeznaczone na nagranie płyty we włoskim Tube Recording Studio, ale też udział w międzynarodowych festiwalach (Hiszpania, Włochy, Serbia, Rosja i Polska), występ w słynnym budapesztańskim Opus Jazz Club, koncerty w Chinach w ramach projektu Jazz Po Polsku oraz zaproszenie na koncert w siedzibie Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia.

Wibrafon w jazzowym triu, choć nie zaskakuje, to jednak pojawia się na tyle rzadko, że wprowadza pewną świeżość, jeśli chodzi o brzmienie. Marcin Pater wykorzystał całą paletę barw tego instrumentu. Zespół bawił się rytmem i snuł piękne, często delikatne, zwiewne i wielobarwne opowieści. Warto też zwrócić uwagę na dojrzałe kompozycje lidera oraz dużą konsekwencję w kreowaniu muzyki. Słychać było, że trio rozwija swój własny język i dobrze wie, co i jak chce swoją muzyką przekazać i osiągnąć. Drugie miejsce przypadło grupie o zgoła odmiennej wizji muzyki – RASP Lovers, czyli Romantic Alternative Schizophrenic Punk Lovers. Formacja zagrała w składzie: Szymon Wójcik – gitarzysta i autor kompozycji, Jerzy Mączyński – saksofonista, Franciszek Raczkowski – pianista, Franciszek Pospieszalski – kontrabasista oraz perkusista Bartosz Szablowski.

Bardzo młoda, bo powstała w tym roku, formacja zaprezentowała kilka świetnych kompozycji, niesamowitą żywiołowość, ale też wrażliwość, udowadniając, że nazwa zespołu jest nie tylko ciekawa, ale też trafna. W tej muzyce było wszystko, co kryją w sobie składowe nazwy bandu. Odważne, bezkompromisowe granie, eksperymentowanie i wspólna, dobra zabawa. Nie było miejsca na „napinania mięśni”, była za to zespołowość i gotowość do zaskakiwania siebie nawzajem. Chwilami ich gra przywoływała mi na myśl chicagowską grupę Shellac, co nie znaczy, że RASP Lovers ich naśladują. Oni zdecydowanie wypracowują już charakterystyczny dla siebie język. I nie kłamią w swojej nazwie.

Trzecie miejsce zajęli Włosi – RAME Jazz Quintet w składzie: Valentina Fin – wokal, Giovanni Fochesato – saksofon, Mauro Spanò – fortepian, Marco Centasso – kontrabas i Filippo Mampreso – perkusja. Ich muzyka to ciekawe połączenie strony instrumentalnej i wokalu, który przypominał mi trochę ten ze współczesnej (wysokiej) półki włoskiej muzyki popowej.

Podobało mi się to, że wokalistka śpiewa w języku włoskim, który jest bardzo wdzięczny, a słowa najczęściej były zaczerpnięte z poezji, nie tylko tej włoskiej. Gra formacji z kolei często nie podążała za gładkim, bardzo ładnym wokalem i linią melodyczną głosu, była raczej oszczędna, chwilami kierująca się w stronę awangardy, co razem dawało ciekawy efekt.

_MG_57061.jpg fot. Katarzyna Kukiełka

Oprócz głównych nagród Fundacja im. Andrzeja Cudzicha przyznała także Złoty kontrabas dla wyróżniającego się, nieszablonowego kontrabasisty. Nagroda trafiła do rąk Rafała Różalskiego z formacji Entropia Ensemble. Oprócz wspomnianych zespołów w finale konkursu zagrały również formacje wokalistki Moniki Malczak, harmonijkarza Kacpra Smolińskiego oraz akordeonisty Arka Czernysza.

Niepotrzebna przerwa

Festiwal to nie tylko szansa dla młodych, to także duże koncerty galowe oraz klubowe, możliwość posłuchania wielkich nazwisk oraz zespołów, które wygrały poprzednią edycję. Zarówno otwarcie, jak i zamknięcie tego czterodniowego święta odbyło się „z pompą”, to znaczy z udziałem sław. Pierwszego dnia publiczność mogła posłuchać tria Marcina Wasilewskiego z najnowszym, wydanym w prestiżowej wytwórni ECM materiałem Live. Spokojna, wysmakowana muzyka, doskonale wpisująca się w estetykę brzmieniową ECM z pewnością zachwyciła niejednego słuchacza.

Przyjemnie słuchało się tak zgranego, precyzyjnego, wrażliwego na niuanse barwy zespołu. Największych aplauz wzbudziła chyba aranżacja przeboju The Police Message In A Bottle – nieoczywista, wypełniona ciekawymi improwizacjami i prawdziwą zabawą grających. Reszta, choć wykonana znakomicie, pozbawiona była elementu zaskoczenia i utrzymana w nieco sztywnej konwencji naprzemiennej gry zespołu i solówek. Właśnie ten brak spontaniczności trochę uwierał.

Zgoła inny był koncert klubowy, podczas którego po raz pierwszy od premiery nowy materiał z płyty Circlesongs zaprezentował Tomasz Chyła Quintet. To drugi studyjny album wydany we współpracy z Agencją Muzyczną Polskiego Radia. Kwintet uciekł nim od niemal wszystkich określeń, jakie przypisano mu po pierwszej płycie, i zaprezentował się w nowym, mocno awangardowym graniu.

Członkowie zespołu mistrzowsko tworzyli muzykę chwili, rozgrywając między sobą „tu i teraz”. Niesamowitą atencją darzyli detale, które złożyły się na poszczególne circlesongi. Fantastyczna, kameralna muzyka, oparta na interakcjach wszystkich członków zespołu i grze przestrzenią oraz ciszą. Panowie rozwijali tę muzykę w zaskakujących, pozbawionych jakichkolwiek ram kierunkach, które co rusz zaskakiwały. Cały koncert, gdyby nie jeden mankament, mógł trzymać słuchaczy w dużym napięciu. Niestety zwartą, intensywną narrację zakłóciła przerwa, która nie była już zależna od grających. Tak skrupulatnie budowane napięcie i towarzyszące mu emocje opadły i w drugiej części musiały być budowane niemal od początku. Nie jestem też pewna, czy ten konkretny materiał przeznaczony jest do gry w klubach, myślę, że doskonale, a nawet lepiej mógłby się sprawdzić w kameralnej sali koncertowej.

Co więcej, panowie spokojnie mogliby na takiej scenie zastąpić zespół prezentujący się w ICE dnia następnego. Myślę tutaj o formacji z Chin – Juan Xiao Quintet, która nie wykazała się aż taką inwencją twórczą. Zespół po raz pierwszy zagrał w Europie i pewnie nie tylko u mnie budził dużą ciekawość, zwłaszcza, że w opisie formacji podano, że lider – gitarzysta Juan Xiao jest laureatem najważniejszych nagród muzycznych w swoim kraju.

Niestety występ ten w dużej części był dosyć nużący, a gra przewidywalna. Ciężko oceniać na tej podstawie całokształt działalności zespołu, którego nie znam, w końcu każda formacja ma na swoim koncie słabsze występy. Tutaj jednak bardzo mało było przebłysków, a w zasadzie był jeden – końcowy utwór, który zabrzmiał przed bisem (tak, dużej części publiczności najwyraźniej się bardzo podobało). W końcu ponowie przestali mechanicznie grać to, co sobie zaplanowali, zaczęli się słuchać, improwizować, reagować na siebie nawzajem, jednym słowem, w końcu zaczęło się coś dziać! Po rozczarowaniu, jakie zafundowali Chińczycy, nie bez obaw udałam się na koncert Vibe Quartet, który w zeszłym roku zajął drugie miejsce w konkursie. Nie słyszałam ich przez rok, w pamięci pozostało natomiast wrażenie mało ciekawej gry (choćby na tle zeszłorocznych zwycięzców, którzy zostawili wszystkie inne zespoły mocno w tyle). Jednak ku mojej radości koncert Vibe Quartet okazał się zajmującym i ciekawym doświadczeniem.

Przez rok chyba wiele się zmieniło, w ich grze sporo było emocji, dynamiki, wyrazistości i naprawdę dobrych solówek. Każdy miał czas i przestrzeń dla siebie, choć oczywiście nieco bardziej wybijał się lider – wibrafonista Michał Puchowski. Ładne, wpadające w ucho melodie i ciekawe improwizacje sprawiały, że przyjemnie się tego wszystkiego słuchało. Pozostaje czekać na debiutancki krążek formacji, który ukaże się na wiosnę 2019 roku.

Klasa, smak i maestria

Najmocniejszy i najciekawszy był trzeci dzień Festiwalu. Znów dwa koncerty, różne i mocno zapadające w pamięć. Najpierw na dużej scenie zagrała formacja, którą okrzyknięto najlepszym zespołem ubiegłorocznego showcase’u – Wójciński/Szmańda Quartet. Niezwykle doświadczeni artyści, bracia – nie tylko w przenośni, ale w trzech czwartych też dosłownie – którzy mają na swoim koncie wydaną przez Fundację Słuchaj płytę Delusions.

Cztery indywidualności umiejące znaleźć wspólny język i mające podobną wizję muzyki – dojrzałej i nie podlegającej kompromisom. Była to od początku do końca pełna meandrów, chwilami może niełatwa, podróż przez świat improwizacji. Muzyka bogata, pełna odniesień, niuansów, zaskakująca i nieszablonowa. Choć forma była otwarta, muzykom udało się te poszukiwania ująć w kompozycje sprawiające wrażenie zamkniętych. Klasa, smak i maestria.

_MG_59931.jpg fot. Katarzyna Kukiełka

Nieco później na klubowej scenie zagrał zwycięzca 41. edycji Jazz Juniors – polsko-chilijskie Quantum Trio. I to była prawdziwa petarda! Słyszałam ich już kilkukrotnie w tym roku i pomimo tego, że wiem, na co ich stać, to, co zaprezentowali podczas festiwalu, przeszło moje oczekiwania. I nie chodzi o samą, doskonałą zresztą, grę, raczej o pewną energię i chemię, która była między nimi, oraz atmosferę, jaką stworzyli. Ci goście to coś więcej niż przyjaciele, oni podczas gry, i poza nią – w życiu, są niesamowicie zżytą paczką. Uwielbiają siebie nawzajem, pewnie tęsknią, gdy brakuje wspólnych spotkań, i to wszystko słychać! Naprawdę rzadko widuję zespoły, w których tak iskrzy i jest tyle szczerej radości. To, w połączeniu ze świetnymi kompozycjami i umiejętnościami oraz bardzo różnorodnymi doświadczeniami muzycznymi, daje efekt wystrzałowy! Dostaliśmy coś więcej niż muzykę, ciężko mi zdefiniować nawet, co to takiego, we flamenco krzyknęlibyśmy „duende!”. Rzadko koncertom towarzyszą aż takie emocje. Z niecierpliwością czekam na trzeci krążek Quantum Trio – Red Fog, który powinien ukazać się na wiosnę.

Zakończeniem festiwalu był koncert, w którym niestety nie mogłam uczestniczyć – Tribute To Tomasz Stańko. Został on przygotowany na zamówienie festiwalu, a do udziału w nim zaproszono imponujące nazwiska. Zagrali: Adam Pierończyk – lider projektu, który współpracował z samym Stańką, Avishai Cohen, Joe Martin oraz Jeff Tain Watts. Domknięciem Jazz Juniors był występ formacji Weezdob Collective, która zaprezntowała materiał z albumu Star Cadillac. Barwny zespół, zarówno jeśli chodzi o skład – w którym obok perkusji i kontrabasu są harmonijka, saksofon i gitara – jak też stworzoną narrację. Swoją najnowszą muzykę opisują jako międzygalaktyczną opowieść o mężczyźnie, który podróżuje po wszechświecie kosmicznym cadillakiem, mierzy się z przeciwnościami losu, pokusami i strachem, spotyka miłość, a na koniec dokonuje się w nim przemiana.

Zgrabne kompozycje, ciekawe partie solowe, z przykuwającą uwagę grą Kacpra Smolińskiego (harmonijka), sprawiły, że naprawdę dobrze się tego słuchało. Interesującye były momenty, kiedy harmonijka grała uniosono z saksofonem. Z kolei nieco zbyt ciężka w stosunku do prezentowanej muzyki była dla mnie praca perkusji. Co ciekawe, dużo w tej muzyce radości i ciepła, mniej tak popularnych mrocznych, ciężkich brzmień. Ciekawa propozycja na polskiej scenie jazzowej.

Tegoroczną edycję Jazz Juniors po raz kolejny można zaliczyć do udanych. Oddanie sceny młodym, kreatywnym muzykom i umożliwienie im pokazania się międzynarodowej branży muzycznej,\ to jedna z najlepszych rzeczy, jakie można dla nich zrobić. Do tego intensywne cztery koncertowe dni wypełnione różnorodną muzyką jazzową i improwizowaną o wielu fascynujących bądź po prostu ciekawych twarzach. To jedno z tych jazzowych wydarzeń na mapie Polski, na które każdego roku z niecierpliwością czekam i w których z przyjemnością uczestniczę.

Tekst ukazał się w magazynie jazzPRESS 1/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO