Papierowy JazzPRESS
Relacja

The Revival

Obrazek tytułowy

fot. Marcin Czajkowski

How many bodies? Everybody!

The Revival – Warszawa, Klub Niebo, 24 stycznia 2019 r.

Od momentu wybrzmienia pierwszych dźwięków Superstition, utworu otwierającego warszawski koncert wirtuoza organów Hammonda – Cory’ego Henry’ego, wiedziałem, że długo nie pozbędę się z głowy tej melodii ze specyficznym nowojorskim sznytem. Wiem, że nie jestem w tym sam, bo klub (co ogromnie cieszy) był wypełniony po brzegi.

Liderowi tria The Revival towarzyszyli Isaiah’em Sharkey na gitarze oraz Taronem Lockettem na perkusji. Muzycy zaserwowali ze sceny blisko dwie godziny czystej energii, na którą Henry ma prosty przepis. W swojej muzyce miesza funk ze szczyptą łagodnego soulu, elementami elektroniki, a całość zakorzeniona jest w muzyce gospel. Brzmi nieprawdopodobnie, jednak działa nadzwyczaj dobrze.

FUJ28897.jpg fot. Marcin Czajkowski

Henry jest jazzowym pianistą i producentem, mającym na koncie dwie statuetki Grammy. Najbardziej znany jest jako lider zespołu Funk Apostles, z którym to niejednokrotnie gościł w Polsce. Na warszawskim koncercie widać było, że polska publiczność zna go już bardzo dobrze. Muzyk doskonale dogadywał się z widownią, która świetnie się przy tej muzyce bawiła. Podczas występu w Niebie trudno właściwie było dopatrzeć się kogoś, kto w jakiś sposób się nie rusza.

Setlista zapewniała zmieniające się tempo utworów, pełna była improwizacji i zostawiała miejsce na zaskakujące solówki. Tutaj wspomnieć muszę o gitarowym solu Isaiaha Sharkey pod koniec występu, które myślami zabrało mnie za ocean, przywołując takie skojarzenia jak B.B. King, Buddy Guy, momentami nawet Jimi Hendrix. Zapomnieć nie można oczywiście o Taronie Lockettcie na perkusji, który solówkami może nie zaskakiwał, ale przez cały czas trwania koncertu atakował publiczność solidnym pocket groovem, sprawiającym, że muzyka grana przez trio brzmiała jak należy.

Gwiazdą wieczoru był oczywiście Chief Apostle, czyli Cory Henry. Jeśli Sharkey i Lockett byliby materiałem łatwopalnym, Henry’ego można by porównać do iskry, która spowodowała eksplozję. Kiedy trio zagrało, w płomieniach stanął cały klub, zabierając publiczność w muzyczną podróż z potężnymi, funkowymi turbulencjami. Przyznam się, że dawno żaden koncert nie nastroił mnie aż tak pozytywnie. Wiedziałem mniej więcej, jakiej muzyki się spodziewać, ale zupełnie nie byłem przygotowany na usłyszenie tego materiału na żywo. Energia, którą muzycy zarażali publiczność była wręcz nokautująca. Jeśli tylko pojawi się kolejna okazja, żeby zobaczyć Henry’ego, czy to z Funk Apostles, czy w mniejszych projektach, będę pierwszym, który kupi bilet.

Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 02/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO