JP długi
Relacja

Trochę wiedzy zza miedzy

Obrazek tytułowy

fot. Anna Mrowca

XJAZZ – Berlin, 9-13 maja 2018 r.

Logistycznie rzecz ujmując, tegoroczny XJAZZ był bardzo sensownie rozwiązany. Koncerty odbywały się głównie na dwóch sąsiadujących ulicach w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg, pozwalając na swobodne przemieszczanie się i przybywanie na kolejny występ ze studenckim opóźnieniem (czyli akuratnie), ewentualnie na uprawianie jazzowego clubbingu.

Podczas przerwy można było zawitać do siedziby festiwalu, uścisnąć dłoń organizatorom przesiadującym w festiwalowej przyczepie zaparkowanej przy jezdni i wypić piwo. Można było nawet przyciąć sobie włosy w zakładzie fryzjerskim nieopodal, który tymczasowo stał się galerią plakatów tegorocznej edycji XJAZZu.

A w międzyczasie organizacyjny błysk geniuszu: jedyny koncert poza „strefą” festiwalową zaplanowano na statku w dzień wolny od pracy. To właśnie wtedy z jazzem spotkali się nie tylko jego miłośnicy, ale też przypadkowi amatorzy leniuchowania nad brzegami Sprewy. Niosło się głośno, szczególnie pod rozlicznymi mostami. Doskonała promocja.

IMG_0466.JPG fot. Anna Mrowca

100 procent jazzu w jazzie - czy trzeba się przy tym upierać?

No właśnie – do tej pory nie wiem! Gdyby spojrzeć na całokształt festiwalu, można by rzec, że ilość jazzu była momentami mocno reglamentowana. Ortodoksi mogliby poczuć się głodni i ponarzekać na koncerty, w których koncentratu jazzu było tyle, ile żelatyny w rozrzedzonej galaretce. Mało tego, on nie zawsze lądował na wierzchu. Najczęściej przykrywano go dźwiękami elektronicznymi, na przykład muzyką legendarnego zespołu Kraftwerk, lub jeszcze mniej oczywistymi połączeniami z Rammsteinem. Co było robić? Puściłam oko niemieckiemu klimatowi i dałam mu się ponieść.

Otoczenie – o wchłanialności muzyki przez skórę

Niemcy wydają mi się we wszystkim totalni. Na Kreuzbergu multikulti jazz grany był w postindustrialnych salach. Kula dyskotekowa lub inne świetliste błyskotki miały odwrócić moją uwagę od wszechobecnego brudu, a może wręcz przeciwnie – pokreślić go. Widywałam budynki zamalowane sprayem do pierwszego piętra, wieczorną porą czułam opary marihuany, kontemplowałam rozliczne murale (a było przy czym się zatrzymać). I wtedy dotarła do mnie pewna obserwacja. Na XJAZZie można było usłyszeć wszystko. Grano bardzo jakościowo lub wręcz przeciwnie – jeden muzyk był pochodnią dla reszty, która, no cóż, „jazzowała jak umiała”. Było jednak prawdziwie, zupełnie jak w przypadku tych wyspreyowanych sentencji o życiu – niepięknie, ale trafnie.

Płynąc tak zwaną Blue Boat (czyli niebieską łajbą, która ostatecznie okazała się szara) podczas koncertu Studnitzky & Friends, doświadczałam niemieckiego relaksu (oczywiście totalnego). Pasjami obserwowałam ludzi słuchających muzyki i jednocześnie zaczytanych w książce, mamy bawiące się z dziećmi i jedną nogą tupiące w takt muzyki, gości wędrujących boso po trunki, muzyków slalomujących pomiędzy tymczasową sceną a publicznością, zagadywanych i zagadujących. Przede wszystkim jednak chłonęłam życie Sprewy i ludzi pływających na wszystkim: od ultranowoczesnych jednostek z szampanem i truskawkami na podorędziu, poprzez różnorodne stateczki, kajaki, rowery wodne, a skończywszy na szałasach skleconych na beczkach niczym z serialu animowanego Pies Huckleberry. I w którymś momencie swobodny jazz Studnitzky’ego i przyjaciół oraz ten wszędobylski luz spowodowały, że usłyszałam znacznie więcej.

Na szczęście w rodzinnych stronach również obserwuję zalążki podobnego podejścia do słuchania muzyki. Czuję jednak, że mamy jeszcze co nieco do nadrobienia. Polecam flancowanie podobnych przykładów zza miedzy. Po prostu jazz warto grać, gdzie tylko się da. Obopólna korzyść jest praktycznie pewna.

Koncert, po którym XJAZZ się dla mnie skończył

Kościelne, proste i przejrzyste przestrzenie zapowiadały nastrojowe dźwięki. Rozsiadłam się wygodnie jeszcze podczas prób i przyjęłam dogodną pozycję do fotografowania. W tle festiwalu historia tego koncertu rozwijała się dość dynamicznie. Pierwotnie jego frontmanem miał być Tomasz Stańko, niestety choroba nie pozwoliła mu przyjechać do Berlina. Jednak idea muzycznego spotkania przetrwała. W miejsce Tomasza Stańki pojawił się inny Tomasz, też niezwykle uzdolniony trębacz. Tomasz Dąbrowski plays the music of Tomasz Stańko – po niezbędnych zmianach koncertowi nadano taki oto, nowy tytuł.

IMG_0689.JPG fot. Anna Mrowca

Lata słuchania jazzu nauczyły mnie przyjmowania emocji ze spokojem. Potrafię szybko odsapnąć po dobrym wydarzeniu muzycznym i przekierować myśli na tory codzienności. Ta nauka nie była to dla mnie prostym procesem, ale niezbędnym, na przykład do szybkiego zaśnięcia po nocnych koncertach i jamach. Ale tym razem wszystko wróciło. Jeśli jest jakiś kanon słowiańskiego jazzu, przekazywanego w sposób uniwersalny, to został on tam zamanifestowany. Nie wiem, czy to choroba Tomasza Stańki, nastój muzyków czy kościelne wnętrze, ale w tej muzyce było mnóstwo smutku i niepewności. Trudno było się skoncentrować, gdy trębacz mącił uczucia dźwiękami imitującymi porywisty wiatr lub przerywał granie w momentach uniesienia, by dmuchnąć w trąbkę jeden, jedyny raz.

Widziałam podobne zabiegi u Stańki i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to pewnego rodzaju hołd dla nieobecnego mistrza. Wiem, że muzycy ogromnie przeżywali ten występ. Gdy w końcu podeszłam, by za niego podziękować, perkusista Dejan Terzic niepewnie zapytał, czy Tomasz Stańko lub Krzysztof Komeda byliby zadowoleni, słuchając ich występu. Odpowiedziałam, że moim zdaniem obaj szeroko by się uśmiechali, słysząc kolejne pokolenia z powodzeniem przechwytujące ten sposób transmitowania jazzu. Owszem, poszłam potem na kolejny koncert, ale nic już nie było takie samo. Nie byłam w stanie poświęcić mu tyle uwagi, na ile zasługiwał. Proces zalogowania się do rzeczywistości znów wymógł na mnie sporo zachodu.

autor: Anna Mrowca

Tekst ukazał się w JazzPRESS 06/2018

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO