Pierwszy raz od wielu lat usłyszałam i zobaczyłam D'Angelo kilka miesięcy temu w filmie Ahmira Thompsona (Questlove) o Sly’u Stonie (Sly Lives! – tekst o artyście i filmie w poprzednim wydaniu JazzPRESSu). Wyglądał dobrze, mówił z sensem i wydawało się, że najgorsze ma już za sobą. Nie zaskoczyła mnie jego obecność akurat w tym filmie. Po pierwsze był bliskim przyjacielem Questlove’a. Ale jego wkład w film wynikał przede wszystkim z tego, że spotkał go podobny los do losu Sly’a – zostałprzeżuty i wypluty przez sławę. Nawet szybciej i drastyczniej niż sam Sly, bo niestety już po ukazaniu się drugiego albumu. Jego kariera skończyła się, zanim na dobre się zaczęła. A definitywny koniec nadszedł 14 października 2025 roku.
D'Angelo łączyło ze Sly’em Stonem też specyficzne wyczucie groove’u, funku i soulu. Mimo iż generalnie przypisuje się D'Angelo wielkie podobieństwo do Prince’a, czemu zresztą trudno zaprzeczyć, zwłaszcza słuchając ich głosów i gitarowych riffów, to jeśli chodzi o ogólny feeling, w muzyce urodzonego w Richmond, w Wirginii,słychać więcej tego specyficznego, brudnego i mocno pulsującego groovu Sly’a, nie zaś kontrolowanego funku Księcia.U D’Angelo nie sposób nie usłyszeć innych wpływów – Marvina Gaye’a, Donny’ego Hathawaya, Jamesa Browna, Curtisa Mayfielda. Według legendy przy nagrywaniu słynnego albumu Voodoo, aby nasączyć się klimatem soulu, D’Angelo i jego muzycy rozgrzewali się, słuchając godzinami swoich ulubionych albumów, takich jak There’s a Riot Goin’ On Sly and the Family Stone i innych klasyków starego dobrego soulu.
Album Voodoo był produktem końcowym wielu miesięcy nagrań w nowojorskich Electric Lady Studios założonych przez Jimiego Hendrixa, z wykorzystaniem do nagrywania starego sprzętu, w tym klawiszy Steviego Wondera, żeby zachować swoiste brzmienie lat 60. i 70. W tym samym czasie kiedy D'Angelo nagrywał swoje Voodoo, w innych salach tego samego studia Erykah Badu nagrywała Mama’s Gun, a Common Like Water For Chocolate. W takich okolicznościach po prostu musiały powstać rzeczy wielkie i wyjątkowe. Tym bardziej, że między salami krążyli tacy muzycy jak Questlove, Pino Palladino, Roy Hargrove, James Poyser i J Dilla.
Ale sława D. nie zaczęła się od tego albumu. Końcówka lat 80. i początek 90. to podążający w kierunku popu R&B Luthera Vandrossa, soul na sztucznych maszynowych bitach, wypolerowane wokale Boyz II Men, forsownewokalne solówki Mariah Carey, pierwsze kroki cukierkowej Beyonce. Dla jednych był to okres innowacji, dla innych – zmierzchu i upadku prawdziwego soulu. Zaliczam się do tych drugich, dlatego z takim entuzjazmem odniosłam się w połowie lat 90. do artystów, którzy postanowili wrócić do korzeni i stworzyć gatunek zwany new soul czy neo soul. Do ich prekursorów zaliczał się między innymi D‘Angelo.
Swoim pierwszym albumem Brown Sugar otworzył drzwi takim gwiazdom jak Badu, Jill Scott, Maxwell czy Lauryn Hill. D’Angelo został niemal przeniesiony z lat 60. i 70. do lat 90, aby przypomnieć nam o tamtych brzmieniach. Trzy popularne przekleństwa, jako słowa utworu, nie brzmiały i nie zabrzmią nigdy tak czarująco i seksownie jak na Brown Sugar. A propos tego drugiego. D’Angelo nigdy nie mógł pogodzić się z tym, że był postrzegany jako symbol seksu i obiekt pożądania. Bolało go, że fani domagali się ściągnięcia garderoby, zanim nawet zaczynał śpiewać na koncercie, a niektórzy nawet rzucali banknoty jakby był striptizerem. Ale cóż, trudno spojrzeć na D. inaczej po obejrzeniu klipu Untitled. To między innymi burzliwa reakcja mediów na Untitled sprawiła, że album Voodoo na dwa tygodnie znalazł się na pierwszym miejscu list przebojów w USA. Czy zaważyły na tym też walory muzyczne? Na pewno też. Nie wiem, czego oczekiwał od teledysku sam D'Angelo, ale niestety teledysk do Untitled zdefiniował w dużym stopniu jego karierę i przypiął mu łatkę „tego gołego kolesia”.
Ta sytuacja była jednym z powodów, które skłoniły go do porzucenia showbiznesu na 14 lat. W tym czasie zmagał się z depresją, alkoholem i narkotykami. W 2014 ukazał się jego trzeci i ostatni album Black Messiah, który podobnie jak w przypadku Voodoo, może wydawać się brudnawy, chaotyczny, nieidealny, ale wszystko to same zalety. Różnice stanowią wyraźne gitary z przebijającymi się skojarzeniami z Funkadelic. Tak jak w przypadku Voodoo, można znaleźć na nim mnóstwo ciekawych rzeczy, dlatego szybko się nie nudzi, a jego słuchanie nawet po latach sprawia ogromną przyjemność.
Questlove powiedział, że nie znał nikogo tak nieszanującego zasad rytmu i melodii jak D'Angelo. Ktoś inny powiedział, że D'Angelo brzmi jak Bobby McFerrin na opium i nie da się zrozumieć co śpiewa. To wszystko prawda i to właśnie uczyniło jego muzykę wyjątkową. U niego bas idzie minimalnie za perkusją, wokale są poza rytmem, a trąbka błądzi między nimi. Stawiając na surowe, organiczne, luźne, improwizowane brzmienie, a nawet przywołując termin „voodoo”,D’Angelo zmiótł słodki, mdły mainstreamowy R&B. Przynajmniej na jakiś czas.
Linda Jakubowska