Schmidt sier-wrz
Słowo Wspomnienia

Jerzy Duduś Matuszkiewicz (1928-2021)

Obrazek tytułowy

Fot. Krzysztof Penarski

Jeszcze za życia uważany był za legendę polskiego jazzu. Mimo że jego aktywność twórcza i sceniczna jako muzyka i kompozytora muzyki filmowej zakończyła się lata temu, to jednak jego dokonania i wpływ, jaki wywarł na polski jazz, są nie do przecenienia. Jerzy Duduś Matuszkiewicz zmarł 31 lipca w Warszawie.

Lata formowania się jazzowych zainteresowań i zawodowej aktywności Jerzego Matuszkiewicza przypadły na przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych, czasy dla jazzu w Polsce nieprzyjazne. Jednak mimo wielu trudności działało „jazzowe podziemie”, które szybko, bo już podczas pierwszych Krakowskich Zaduszek Jazzowych w 1954 roku, pokazało, że muzyka nie zginęła, a sami muzycy cierpliwie czekali na odpowiedni czas. To pierwsze pokolenie polskich jazzmanów w dużej części zawdzięcza swój udany start właśnie Matuszkiewiczowi. Formując pierwszy jazzowy zespół w powojennej Polsce u progu lat pięćdziesiątych, chyba sam nie przypuszczał, jak istotnie wpłynie to na niemal całą dekadę w historii gatunku.

Kiedy w roku 1952 doszło do spotkania Dudusiowych Melomanów i młodziutkiego poznańskiego pianisty Krzysztofa Komedy w nadmorskiej Ustroniance w Ustroniu Morskim, kierunek rozwoju polskiego jazzu został wytyczony. Tamten historyczny moment, utrwalony w pierwszych nagraniach dokonanych przez Melomanów, doprowadził grupę pod wodzą Matuszkiewicza do pierwszego Festiwalu Muzyki Jazzowej w Sopocie. Obok Sekstetu Komedy stali się największą atrakcją tej legendarnej jazzowej imprezy.

Lata pięćdziesiąte w artystycznej działalności Dudusia to jednak moment szczególny. Studia w łódzkiej Filmówce (wydział operatorski), zbliżenie ze środowiskiem filmowym, a w konsekwencji pierwsze propozycje stworzenia ilustracji muzycznych do etiud szkolnych kolegów, bardzo szybko zdecydowały o dalszej karierze Matuszkiewicza. Skupiając się przede wszystkim na komponowaniu muzyki filmowej, być może rozczarował kolegów jazzmanów, ale w polskiej kinematografii otworzył zupełnie nowy rozdział. Do końca XX wieku Matuszkiewicz stworzył ponad setkę muzycznych ścieżek filmowych do polskich dokumentów, fabuł, animacji i przede wszystkim seriali, które przyniosły mu największą sławę i popularność. To ogromny dorobek, a biorąc pod uwagę niesłabnącą rozpoznawalność tych serialowych motywów i melodii, ich autor stał się nieśmiertelną muzyczną ikoną polskiego kina.

Prywatnie Jerzy Matuszkiewicz był przedstawicielem swojego pokolenia. Niezwykle uprzejmy, życzliwy, szarmancki i bardzo oczytany. Z zachowanych wywiadów wyłania się postać człowieka doskonale zorientowanego w historii sztuki, historii powszechnej i naukach społecznych. Barwnie opowiadał o czasach swojej młodości, pierwszych jazzowych doświadczeniach, sytuacji społeczno-politycznej Polski na przestrzeni dekad i wzajemnym oddziaływaniu wielu dziedzin sztuki i kultury. Był znawcą i miłośnikiem kina. Miał wyraziste poglądy na wiele spraw związanych z codziennym życiem i funkcjonowaniem w nie zawsze przyjaznym mu środowisku. Wreszcie w swoich działaniach kompozytorskich i nagraniowych doceniał przede wszystkim warsztat i profesjonalizm. Do pracy w studiu zatrudniał często polskich jazzmanów, a partie wokalne powierzał najlepszym zespołom: grupie Novi Singers i Alibabkom. W jego muzyce filmowej często pobrzmiewają jazzowe echa, nie brakuje tam takich muzycznych elementów jak swing, improwizacja czy wyrafinowany warsztat jazzowego aranżera. To wszystko powoduje, że w galerii najwybitniejszych polskich muzyków i kompozytorów jazzowych drugiej połowy XX wieku Matuszkiewicz zasłużenie znajduje się w absolutnej czołówce, tuż obok Komedy, Kurylewicza, Ptaszyna, Trzaskowskiego i Stańki.

Po śmierci Jerzego Matuszkiewicza raczej nie spodziewam się, że będziemy stawiać mu pomniki i wieszać pamiątkowe tablice. Sam pewnie także by tego nie chciał. Ale jeżeli możemy zachować pamięć po dziele jego życia, tym niesłychanie nośnym i wciąż cenionym filmowym dorobku, to zachowajmy ją koniecznie. Bo oznaczać to będzie, że chociaż Dudusia nie ma już między nami, to jednak żyje on w swojej muzyce, a to chyba największe marzenie każdego artysty.

Andrzej Winiszewski

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO