fot. Maciej Puczyński / rys. Patryk Zakrocki
Miałem 17 lat, kiedy zapragnąłem słuchać jazzu. Co było impulsem? Trochę jednak ten jazz bywał obecny, może nie w radiu, ale w telewizji chyba zdarzały się relacje z Jazz Jamboree. W domu raczej klasyka: na płytach matki Niemen, Chopin i Beatlesi, Karłowicz, Czajkowski itd., a lista przebojów PR3 i Pink Floyd nagrane były na taśmach i kasetach ojca. No a ja chciałem jazz. Teraz wiem, że chodziło mi o drugi kwintet Davisa albo pierwszy. Obojętnie – każdyz nich by mnie zaspokoił. Ale wtedy tego nie wiedziałem i nie umiałem tej potrzeby nazwać.
Jazz pojawiał się już wśródmoich kaset ze względu na gitarzystów, ale niestety raczej tych grających fusion... Zwróciłem się z prośbą o jakąś kasetę z jazzem do kolegi muzyka i on przegrał mi album Joni Mitchell Mingus. Nie był to akustyczny kwintet Davisa, o który mi chodziło, ale o tym jeszcze nie wiedziałem. Trochę byłem rozczarowany brakiem perkusji i kontrabasu, no i oczywiście trąby, ale wciągnąłem się i wiernie słuchałem urywającego się na za krótkiej taśmie albumu Joni Mitchell z Jaco Pastoriusem. A że tytuł Mingus kojarzył mi się z nazwą ryby, więc w sumie byłem zadowolony.
Kilka miesięcy później odwiedziłem moją mamę we Francji i poszedłem oczywiście do FNAC-a, bo nie miałem jeszcze pojęcia, że można kupować świetne płyty w komisach. Już wtedy byłem przekonany, że chcę słuchać Milesa Davisa, ale nie wiedziałem, które jego płyty są dobre, i – jak czytelnik zgaduje – przytłoczyła mnie liczba albumów, które tam znalazłem. Miałem 17 lat i może dlatego wybrałem dość prostą kolorową okładkę z Milesem siedzącym z czerwoną trąbką i napisem Doo-Bop... Kaseta miała naklejkę z wykrzyknikiem, więc kupiłem ją bez słuchania i speszony swoją nieznajomością tematu i języka wyszedłem.
Rozpakowawszy i obwąchawszy okładkę wsadziłem kasetę do walkmana, sądząc, że zaraz usłyszę tłusty kontrabas Rona Cartera i Tony’ego Williamsa na bębnach, no albo Paula Chambersa i Philly’ego Joe Jonesa, a tam... bitmaszyny, rapsy i skrecze, no i w śladowej ilości, ale jednak ta magiczna trąbka.
Wałęsałem się po Paryżu sam, raczej bez pieniędzy, z tym walkmanem i tę kupioną kasetę wałkowałem w kółko, przyglądając się życiu miasta. Trzeba było wziąć Windą na szafot (ech, te okładki), ale i tak było fajnie, przyzwyczaiłem się do niespodziewanej barwy, wciągnąłem się w nastrój i przynajmniej już wiedziałem, że chodzi o zespoły Milesa Davisa i żena płycie musi być kontrabas.
Przeczytałem Ja Miles, przesłuchałem tony albumów, ale do obecnej chwili moim ulubionym jest Miles Smiles. Strasznie bym chciał być świetnym młodym muzykiem w tamtych czasach, i żeby któregoś wieczoru Miles zadzwonił do mnie i wychrypiał: „Wpadnij do studia Patryk, nagrywany jutro E.S.P.”.
Patryk Zakrocki