Słowo

Miles100nes / Roots & Fruits: Szorstki głos Miles’a

Obrazek tytułowy

rys. Jarosław Czaja

Po przeczytaniu autobiografii Milesa Davisa miałam mieszane uczucia. Nie mówię tutaj o książce, bo ta jest świetna. Jest nie tylko dokumentem o Milesie, ale o wszystkim i wszystkich, którzy pojawiali się w jazzie między latami 40. i 90. ubiegłego wieku. Język, jakim jest napisana, ma również coś z jazzu – rytmiczność, tonalność, artystyczny nieład. Moje mieszane uczucia dotyczą samego Milesa, który jawi się jako geniusz i nowator, ale z tych raczej antypatycznych i aroganckich.

Czasem potrafi być naprawdę uroczy, innym razem – odpychający. Jego różne słowa często się wykluczają. Nie wiem, czy to wynikało z jego niestałej natury, czy ze skomplikowanych czasów, w których przyszło mu żyć i tworzyć. Weźmy na przykład uprzedzenia rasowe i przywłaszczenie kulturowe – opinie Davisa na ten temat wyglądają trochę niekonsekwentnie. Wielu czytelników zarzuca mu otwarty rasizm. Miles Davis odniósł się do tych zarzutów, twierdząc, że jego wypowiedzi były wynikiem frustracji i gniewu na świat.

Jeden z cytatów z Milesa (wypowiedź z wywiadu przeprowadzonego przez reportera USA Today Milesa White’a, opublikowana po raz pierwszy przez magazyn Jet 25 marca 1985 roku) rozpalił szczególnie gorącą dyskusję: „Gdyby ktoś powiedział mi, że została mi godzina życia, spędziłbym ją, dusząc białego człowieka. Zrobiłbym to powoli”. Wielu ludzi pamięta tę jego fantazję, nie wiedząc, że artysta doświadczył brutalnych zatrzymań i aresztowań. Druga część jego wypowiedzi – „Jedyni biali, których nie lubię, to uprzedzeni biali. Kogo to nie dotyczy, ten nie musi się tym przejmować”[1] – niestety znikła w odmętach oburzenia wywołanego pierwszym stwierdzeniem.

Inna wypowiedź przypisywana Davisowi (nie wiem, na ile jest ona legendą, a na ile prawdą) jest o tym, że mógłby on z zamkniętymi oczami odróżnić grę czarnego i białego muzyka. Biały ma podobno inny feeling, rytm, estetykę, swobodę ekspresji. Inny – czy znaczy gorszy? Niekoniecznie. W końcu jego wieloletnim pianistą był Gil Evans, a i do Billa Evansa miał słabość. Miles niezwykle sobie cenił ich aranżacje i styl gry, chociaż krytykował Billa Evansa za brak elastyczności i swingu oraz zbyt akademickie podejście. Połowa muzyków tworzących Birth of the Cool była biała, co świadczy o tym, że Davis wybierał współpracowników według ich artystycznych uzdolnień, nie zaś kierując się kolorem skóry. Kilkakrotnie w swoich wypowiedziach podkreśla, że liczy się tylko talent i zaangażowanie: „Nie obchodzi mnie, czy gość jest biały, czarny, zielony czy fioletowy. Jeśli potrafi grać, niech gra".

Więc skąd bierze się ta jego niechęć do wielu białych muzyków? Wydaje się, ze Evans uchwycił istotę problemu, kiedy powiedział: „To od dawna obalona teoria – że biali nie potrafią grać jazzu. Ci, którzy tak mówią, mogą w istocie chcieć powiedzieć, że zależy im na uznaniu ich wkładu w rozwój tej muzyki jako tradycji”. To właśnie gryzie Davisa – przywłaszczenie kulturowe.

W książce wielokrotnie podkreśla, jak to biali muzycy ukradli jego pomysły, albo że sam nie był należycie doceniony: „Mnóstwo białych krytyków rozpisywało się w superlatywach o białych jazzmanach, którzy nas naśladowali. Pisali, kurde, na temat Stana Getza, Dave'a Brubecka, Kaia Windinga, Lee Konitza, Lennie Tristano i Gerry’ego Mulligana, jakby byli bogami czy kim tam jeszcze (...). Czyli znów powtarza się stara śpiewka – biali zrzynali od czarnych”. Mam pewien problem z tymi wypowiedziami z dwóch względów.

Po pierwsze, dlatego że uważam, że kultury od zawsze zapożyczały od siebie dobre pomysły – na tym polega postęp. Sam jazz też był produktem spotkania różnych kultur (chociaż niestety w dużej mierze przymusowego spotkania). Po drugie Birth of the Cool było w zasadzie pomysłem Mulligana i Gila Evansa. Mulligan napisał trzy utwory i zaaranżował kolejne trzy, Evans napisał jeden i zaaranżował dwa, a Miles Davis napisał dwa, ale nie zaaranżował żadnego. Ta wyjątkowa drażliwość na punkcie przywłaszczenia czy kopiowania da się obronić. Czarni muzycy jazzowi byli w mniejszym stopniu doceniani za swój wkład w wynalezienie i rozwój jazzu. Odczuwali dużo rozgoryczenia, ponieważ mieli poczucie, że ich osiągnięcia nie zawsze są uznawane, podczas gdy biali otrzymywali tytuły takie jak „król swingu” czy „król jazzu”.

Na pewno część żalu Davisa miała słuszne uzasadnienie, ale momentami miałam wrażenie, że wielkie ego artysty po prostu szukało usprawiedliwienia dla swoich bolączek nie tu, gdzie trzeba. Kiedy odszedł od niego Bill Evans, Miles stwierdził: „Dzieciak (Bill Evans) był fantastycznym pianistą, ale chyba nigdy nie grał potem tak dobrze jak u mnie. Dziwna sprawa z białymi jazzmanami – nie wszystkimi, ale większością – że jak zaistnieją w czarnym zespole, potem odchodzą i zakładają własne białe grupy, choćby czarni traktowali ich bóg wie jak dobrze”.

Miles był wymagającym liderem, z którym czasem trudno było pracować. Po nagraniu Kind of Blue Bill Evans powiedział, że czuł się wyczerpany pod każdym względem – fizycznie, psychicznie i duchowo. Nie odszedł po to, by od razu założyć nowy zespół z białymi muzykami – odszedł żeby odpocząć. Fakt, Bill później pracował z białymi muzykami. Pewnie dlatego, że wpisywali się oni bardziej w jego akademicko-klasyczny styl, ale może też dlatego, że muzyk czuł się zmęczony pewnym napięciem kulturowym w grupie Davisa. Evans doświadczył swego rodzaju uprzedzeń. Nie ze strony trębacza czy czarnych muzyków z grupy, ale… publiczności w czarnych klubach.

Szczególnie boleśnie i osobiście odbieram negatywne komentarze pod adresem białej publiczności: „Numer polegał na tym, że całe nowatorstwo trzeba było poskromić, żeby białaski mogły skumać całą sprawę, bo inaczej nie dałyby rady. Żeby było jasne – zdarzali się biali, którym nie brakowało ikry i potrafili nastawić sobie uszy do nowej muzyki, ale było ich niewielu i ginęli w tłumie” – ocenia Davis. Czy słychać tu pogardę, czy to po prostu komentarz historyczno-kulturowy? Takie czasy – można pomyśleć. Dziś jest inaczej, a Miles przecież mówi o latach 50. ubiegłego wieku: „Biali w tamtych czasach lubili muzykę, którą potrafili zrozumieć, którą mogli usłyszeć bez spinania się. Bebop nie był ich dzieckiem, dlatego wielu z nich nie zdołało dosłyszeć tego, co było istotą tej muzyki. To była muzyka czarnych dla czarnych”.

Chociaż w stwierdzeniu, że „to była muzyka czarnych dla czarnych” nie wybrzmiewa wyższość ani niższość żadnej rasy, to jednak powieka mi lekko drży, kiedy to czytam jako biała fanka bebopu. Nieco się uspokajam, kiedy myślę, że jednak wrażliwość muzyczna zależy od różnych doświadczeń człowieka, a w tamtych czasach doświadczenia białych i czarnych były zgoła odmienne. Segregacja po prostu nie pozwalała na przenikanie się tych dwóch światów – również w kwestii kultury.

Od śmierci Milesa Davisa zmieniło się wiele. Mówi się otwarcie i głośno o afrykańskich korzeniach jazzu i największym wkładzie afroamerykańskich muzyków w jego powstanie i rozwój. Nie ma jawnej segregacji i dyskryminacji w zarobkach ze względu na kolor skóry muzyka. „Kulturalne przywłaszczenie” to bardzo modny, nowy termin. Niestety niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają. Słowa Milesa: „Biali ludzie lubią wygrywać, a kiedy nie wygrywają, czują się bardzo nieswojo” to dobry komentarz do dzisiejszej sytuacji na świecie i podsumowanie tego, o czym ostatnio czytamy w gazetach.

Linda Jakubowska

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO