fot. Rafał Garszczyński
Trudno dziś znaleźć muzyka jazzowego, który nie wskazywałby go jako jednej ze swoich inspiracji. Na jego nagraniach wychowało się kilka pokoleń miłośników jazzu. Strumień laudacji przelewa się właśnie przez media – i to zasłużenie. 25 maja 2026 roku w wieku 95 lat odszedł Sonny Rollins – legendarny saksofonista tenorowy, kompozytor, wirtuoz, showman; od początku lat 50. pionier i nieustający punkt odniesienia dla wszystkich jazzowych instrumentalistów, uznawany za jednego z najwybitniejszych improwizatorów w historii muzyki. Nie wiadomo, jak wyglądałby jazz bez jego kultowych nagrań z lat 50. i 60. Zmieniały się mody, a Sonny podążał zawsze swoją własną drogą, stojąc na ogół blisko mainstreamu, choć nie stroniąc od różnych, nieraz całkiem nieoczekiwanych stylistycznych zwrotów.
Urodzony w roku 1930, pod wpływem swego sąsiada z nowojorskiego Harlemu Colemana Hawkinsa zaczął ćwiczyć na saksofonie tenorowym. Zaprzyjaźnił się z grupą młodych beboperów: Milesem Davisem, Theloniousem Monkiem, Fatsem Navarro, Jackie McLeanem i Budem Powellem. Z nimi wszystkimi występował podczas licznych jam sessions oraz nagrywał. Po raz pierwszy do studia zaprosił go Powell (który był też jego mentorem i nauczycielem). Sesje pianisty dla Blue Note z roku 1949to najstarsze nagrania, na których możemy usłyszeć krystalizujące się wówczas mięsiste brzmienie tenoru Rollinsa. Z tą wytwórnią zresztą związał się również jako lider, gdy w końcu, po godzinach ćwiczeń i występów, zaczął wspinać się po drabinie uznania, wypracowując sobie status najwybitniejszego saksofonisty dekady.
Współpraca z głośnym kwintetem Clifforda Browna i Maxa Roacha uczyniła go jednym z prekursorów hard bopu. Gdy po nagłej śmierci trębacza zespół rozpadł się, Sonny skupił się na karierze solowej. Początkowo rozwijał jeszcze hard bop: w tej estetyce powstała jego najsłynniejsza płyta, od której tytułu zyskał przydomek – mowa o Saxophone Colossus, na której zaprezentował tzw. tematyczną improwizację, polegającą na sukcesywnym rozwijaniu partii solowych na podobieństwo kompozycji. Już wtedy jego gra doczekała się fachowej analizy – słynny esej poświęcony solówce z Blue 7 napisał Gunther Schuller.
W drugiej połowie lat 50. Newk (bo posługiwał się również taką ksywką, ze względu na podobieństwo do bejsbolisty Dona Newcombe’a) odbył podróż na Zachodnie Wybrzeże. Tam też współpraca z perkusistą Shellym Manem na płycie Way Out West pomogła ograniczyć rolę instrumentu harmonicznego w jazzie: improwizacje w triu złożonym z perkusji, saksofonu i kontrabasu stały się jego znakiem rozpoznawczym, rozpalając iskrę, która zainspirowała późniejsze próby Ornette’a Colemana i Dona Cherry’ego.
Oprócz tego, że był wybitnym artystą, Sonny świetnie odnajdywał się również w roli showmana. Już na Way Out West wplatał w swą grę elementy humoru i autoironicznie drwił z wizerunku jazzmana. Nowatorsko czerpał z wpływów muzyki karaibskiej, calypso i popularnej piosenki. Freedom Suite, kolejne dzieło, nagrane w triu bez fortepianu, stanowiło za to świadectwo jego zaangażowania w kwestię sprawiedliwości społecznej i problematykę równouprawnienia czarnoskórych obywateli Stanów Zjednoczonych. Wkrótce Sonny wygolił sobie irokeza, który razem z pokaźnym wzrostem i atletyczną sylwetką umocnił jego wizerunek niebezpiecznego i bezkompromisowego artysty. Warto posłuchać A Night at the Village Vanguard z roku 1957, które z jednej strony prezentuje niewyczerpane zdolności improwizacyjne, a z drugiej – niesamowitą wręcz siłę i witalność. Zaiste – Sonny jako tytan pracy słynął z nadludzkiej energii, grywał nawet w przerwie między setami, a podczas solówek kolegów potrafił zejść za kulisy i ćwiczyć po cichu palcowanie na saksofonie.
Niestety jazzowa bohema lat 50. to także narkotyki i problemy z prawem. Sonny, podobnie jak Miles, McLean, Dexter Gordon i wielu jego kolegów, był uzależniony od heroiny. Polecam zapoznać się z kompleksową biografią Newka autorstwa Aidana Levy’ego. Porażają rozdziały opisujące jego pobyt w więzieniu na wyspie Rikers, do którego trafił za rozbój, oraz jego udział w nowatorskiej jak na owe czasy terapii odwykowej w Federalnym Centrum Medycznym. Te fragmenty nie tylko pokazują ciemniejszą stronę Sonny’ego, ale stanowią wizytówkę całego powojennego środowiska czarnoskórych muzyków. Ten przykry etap można śmiało porównać z najdzikszymi przygodami beatników.
Słynna dwuletnia przerwa od występów, na którą Newk zdecydował się w roku 1959 po paśmie artystycznych sukcesów, rozbudziła oczekiwania środowiska jazzowego. W tym czasie jego główny rywal na tenorze, a w rzeczywistości dobry przyjaciel, John Coltrane, zaczął kierować się w stronę awangardy, Davis nagrał w tym czasie epokowe Kind of Blue, a Ornette Coleman podbijał nowojorskie Five Spot Cafe swoim free jazzem. Williamsburg Bridge, czyli most, na którym Sonny doskonalił swoją technikę, do dziś kojarzy się z saksofonistą; powstała nawet petycja, której celem było nadanie mu nowej nazwy na cześć Rollinsa. Taktyka wycofywania się z życia publicznego sprawdziła się – Sonny ponowił ten manewr dekadę później, udając się w podróż do Indii.
Jego powrót w roku 1961, w kwartecie z instrumentem harmonicznym, nie był tak nowatorski jak oczekiwały tego zarówno publiczność, jak i krytycy. Choć nagrane wtedy płyty The Bridge i What’s New? są bardzo dobre, to jedną nogą wciąż stały w latach 50., łącząc cooljazzowe brzmienie gitary Jima Halla z hardbopowym saksofonem. Prawdziwym powrotem nazwać można jego kwartet z Donem Cherrym, Bobem Cranshawem i Billym Higginsem uwieczniony na albumie Our Man in Jazz. Te kapitalne nagrania stanowią najradykalniejszy flirt Sonny’ego z free jazzem – krytyk jazzowy i czarny nacjonalista Amiri Baraka określił muzyków mianem najbardziej niebezpiecznego zespołu dekady. Sonny nie spuszczał z tonu, awangardę eksplorował jeszcze jego kolejny zespół z pianistą Paulem Bleyem, który wyruszył w tournée po Japonii oraz loftowe przygody drugiej połowy lat 60., które zaowocowały sonorystycznymi eksperymentami na płycie East Broadway Run Down z sekcją Coltrane’a (Jimmy Garrison / Elvin Jones) oraz Freddiem Hubbardem.
Od lat 70. muzyka Sonny’ego trzymała się już bliżej jazzu środka. Ocierając się miejscami o smooth (album Easy Living), Sonny zaczął inkorporować do swego własnego brzmienia elementy fusion, popu i R'n'B. Epizodyczne występy z gwiazdami rocka (The Rolling Stones, Leonard Cohen), koncerty solowe, eksperymenty z saksofonem sopranowym i elektroniką – naprawdę warto przyjrzeć się temu mniej znanemu etapowi twórczości Sonny’ego po roku 1969. Dla mnie jednym z najlepszych przykładów świetnej formy artysty w tamtych latach jest koncertowy album G-Man z 1986 roku, zarejestrowany w formie wideo również na potrzeby filmu dokumentalnego. Owa mieszanina R'n'B z jazzem oraz nieco kiczowatym, lecz uroczym brzmieniem dekady, połączona z wirtuozerską – nie tyle w kwestii techniki, co pomysłów – grą, stanowi piękną fuzję starego dobrego Sonny’ego z nowymi wyzwaniami i trendami epoki. Podczas tego występu Newk skoczył z estrady i złamał nogę, lecz nie przestał improwizować – dokończył numer leżąc, przez kilka minut grając dalej, jak gdyby nigdy nic. Taki właśnie był.
W późniejszych latach występował już coraz rzadziej, zdrowie nie pozwalało. Aż w roku 2014 całkowicie zszedł ze sceny. Poświęcił się wówczas działalności mentorskiej oraz sprawom społecznym, takim jak zmiany klimatyczne, nierówności i bieda oraz bardzo ważnemu dla siebie rozwojowi duchowemu. Szczęśliwie nim to nastąpiło, kilka pokoleń naszych rodaków miało okazję posłuchać go na żywo: wystąpił na Jazz Jamboree 1980, Jazz Jamboree 2004 oraz na Festiwalu Jazztopad we Wrocławiu w roku 2011.
Pisać można by jeszcze naprawdę sporo, bo w trwającym niemal sto lat życiu każda właściwie dekada obfitowała w muzyczne (i nie tylko) wydarzenia. Pozostaje jednak posłuchać muzyki, dziesiątek płyt, kompozycji (m.in. Oleo, Airegin, Doxy). Starczyłoby tego na niejeden życiorys. Żegnaj i dzięki za wszystko, Sonny, Kolosie Saksofonu.
Piotr Zdunek