Papierowy JazzPRESS
! News

5 płyt do których chętnie wracam: ENRICO RAVA

Obrazek tytułowy

fot. Jarek Wierzbicki

Enrico Rava, muzyczny samouk urodzony w Trieście, jest zapewne najważniejszą postacią w historii włoskiego jazzu. Zaczynał od puzonu i grania klasycznego dixielandu. Jako nastolatek usłyszał Milesa Davisa i zakochał się w trąbce. W 1967 roku przeprowadził się do Nowego Jorku gdzie odnalazł swoje muzyczne powołanie grając m.in. z Roswellem Ruddem, Cecilem Taylorem, Charlie Hadenem, Carlą Bley i Jazz Composer's Orchestra. Od wielu lat jest związany z brzmieniem i projektami firmowanymi przez monachijską ECM Records.

W 2019 wyruszył w trasę z okazji swoich 80. urodzin. Na początku lipca wystąpił w Warszawie na otwarcie kolejnej edycji festiwalu Jazz na Starówce. Mistrza Ravę przepytał Jarek Wierzbicki.

Zrzut ekranu 2019-08-04 o 20.45.03.jpg

*(Opisy albumów: Redakcja)

1. Louis Armstrong - Hot 5S & Hot 7S (1927)

0001135194.jpg

“You can’t play anything on a horn that Louis hasn’t played (Nie zagrasz niczego na trąbce czego wcześniej Louis nie zagrał ” - to słynne stwierdzenie Milesa Davisa celnie ilustruje rolę, jaką odegrał w muzyce Louis Armstrong. 12 listopada 1925 roku, w wieku zaledwie 24 lat, Armstrong udał się do Okeh Studios w Nowym Jorku, aby rozpocząć rejestrację materiału z sesji z dwoma zespołami: Hot Fives i Hot Sevens. W efekcie, jak się okazało, panowie trwale zmienili język improwizacji jazzowej i koncepcję swingowania. Armstrong, jako kompozytor, niemal samodzielnie odrzucił tradycyjną kolektywną improwizację w stylu nowoorleańskim i nadał pionierskiego wymiaru wypowiedzi solowej. Recenzent Guardiana Jon Wilde uważa nawet, że „nasiona wszystkiego, co naprawdę rewolucyjnego wykiełkowało w muzyce rytmicznej i bluesowej, rock'n'rolla i soulu, zawarte są w 44-sekundowym solo na trąbce z Potato Head Blues”. Nawet prymitywne urządzenia do rejestracji studyjnej sprzed 80 lat nie są wstanie ukryć zaokrąglonego i zniuansowanego tonu trąbki Armstronga i sposobu, w jaki jego trzy oktawowy głos zmienił oddziaływanie na słuchacza jazzowego wokalu.


2. Bix Beiderbecke - I'm Comin 'Virginia (1927)

0001137096.jpg

Jazzowy kornetysta Leon „Bix” Beiderbecke przetarł szlaki dla wielu przyszłych niezwykle utalentowanych artystów popu, rocka czy jazzu, którzy pojawili się jakby znikąd, odcisnęli swój niepodrabialny znak i zniknęli lub odeszli u szczytu możliwości. Jego kolorowe życie, szybki sukces i upadek oraz status artystycznego męczennika sprawiły, że stał się legendą już za życia. Beiderbecke był jednym z najciekawszych muzyków jazzowych swoich czasów. Posiadając piękny, charakterystyczny ton i oryginalny improwizujący styl, poważnego konkurenta mógł znaleźć w latach 20. tylko w Louisie Armstrongu. Mimo narastającego już wtedy uzależnienia od alkoholu rok 1927 był najlepszym w życiu i karierze Beiderbecke. Zaczął współpracę z orkiestrą Jeana Goldkette'a, nagrał swoje arcydzieło fortepianowe „In a Mist”. Wtedy też światło dzienne zobaczyły jego najważniejsze utwory” „Singin 'the Blues” „I'm Comin 'Virginia” i „Way Down Yonder in New Orleans” . W tym roku podpisał również kontrakt z wielką i dobrze prosperującą orkiestrą Paula Whitemana, najważniejszym zespołem tamtej dekcady. Karierę w rozkwicie zakończyła nagła śmierć w wieku 28 lat. Pozostawił po sobie zaledwie 2 godziny zarejestrowanej spuścizny muzycznej.


3. Miles Davis - Porgy and Bess (1959)

71u7ygKy2RL._SX522_.jpg

W swojej autobiografii Miles Davis przypomina, że „W bebopie wszyscy grali naprawdę szybko”. On próbował, jak sama zauważa, bez większych rezultatów, nadążyć za swoimi mentorami. W trakcie trwającej od początku lat 50. współpracy z genialnym aranżerem Gilem Evansem wspólnie starali się wypracować, skromniejszy, bardziej „ekonomiczny”, styl grania. Efektem poszukiwań były trzy wielkie albumy Miles Ahead, Porgy and Bess i Sketches of Spain. Porgy and Bess to autorska, nowatorska wersja Davisa i Evansa opery George Gershwina z 1935 roku. Trąbka Milesa najczęściej wędruje przez bujne abstrakcje, wyznaczając nastroje dla różnych bohaterów tego epickiego dzieła. Natomiast Gil Evans subtelnie, w ciepłych tonach prowadzi big-band, snując się za lub wyprzedzając z werwą genialnego trębacza. Jednym zdaniem, klasyk, pełen niesłabnącego wdzięku, zagrany z niedzisiejszą klasą. Świetny na leniwą niedzielę i na start dla jazzowych neofitów.


4. Thelonious Monk - Solo Monk (1965)

solomonk.jpg

Trębacz Dizzy Gillespie i pianista Thelonious Monk, tytani jazzu, obaj urodzili się w 1917 roku. Przez niezliczone godziny, tygodnie i miesiące na początku lat 40. grali, studiowali, kłócili się i wprowadzali innowacje razem z saksofonistą Charliem Parkerem, perkusistą Kennym Clarke, basistą Oscarem Pettifordem, gitarzystą Charliem Christianem. Przy okazji zbudowali solidną bazę dla jazzu na kolejne dekady. Thelonious Monk ukształtował wtedy swój muzyczny idiom oraz styl gry i konsekwentnie go eksplorował i rozwijał przez następne 25 lat. Niestety krytycy nie rozumieli zaawansowanych poszukiwań i introwertycznej postawy jazzowego mnicha, a słuchacze nie byli gotowi na jego dyscyplinę i oczekiwali jedynie fajerwerków. Na szczęście Alfred Lew z Blue Note uwierzył w niego i obszernie nagrywał muzyczne przemyślenia Monka. Dopiero w 1958 roku po koncercie w nowojorskim klubie Five Spot w którym towarzyszył mu na saksofonie tenorowym John Coltrane wszyscy dostrzegli geniusz "mnicha" (tu znajdziecie recenzję płyty z tego koncertu). Niestety mimo tego jedna z najważniejszych postaci w całej historii muzyki improwizowanej spędziła większość zawodowego życia walcząc o utrzymanie rodziny i zmagając się ze źle zdiagnozowaną chorobą afektywną dwubiegunową.


5. Charlie Parker: The Quintet - Jazz At The Massey Hall (1953)

117454844.jpg

Urodził się w 1920 roku w Kansas City. Obok Duke’a Ellingtona i Louisa Armstronga, Milesa Davisa i Johna Coltrane’a jeden z ojców założycieli nowoczesnego jazzu. Jego tropem poszli najwięksi jazzowi saksofoniści m.in. Sonny Rollins, John Coltrane, Sonny Stitt, Phil Woods, Julian Cannonball Adderley, Jackie McLean, Charlie Mariano czy Art Pepper. W maju 1945 r. prowadzony przez Parkera i Dizzie’go Gillespiego kwintet wprowadził styl Bebop, a w listopadzie już z 19-letnim Milesem Davisem w składzie nagrali tak ważne kompozycje, jak “Ko Ko”, “Now the Time” i “Billie’s Bounce”. W 1949 r. wydał jedną z najlepszych swoich płyt zatytułowaną Charlie Parker with Strings, a w grudniu tego roku na jego cześć nazwano, jak się później okazało, najsłynniejszy klub jazzowy w historii - Birdland. Zmarł w 1955 roku na skutek wycieńczenia narkotykowego i alkoholowego. Clint Eastwood złożył mu hołd (rolę główną powierzył Forestowi Whitakerowi) w filmie „Bird” z 1988 roku. Więcej o tej płycie dowiecie się z recenzji Rafała Garszczyńskiego

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO