! Wywiad

Franciszek Raczkowski: Luka w powłoce

Obrazek tytułowy

fot. Tomasz Białowolski

Podczas prac nad najnowszą solową płytą Franciszek Raczkowski wypłynął na naprawdę głębokie wody. Dosłowności tej wizji przydaje już obrazowy tytuł Ocean, choć, jak twierdzi sam autor, płyta opowiada przede wszystkim „o świetle”. Stara się jednak nie mówić o nim wprost, by nie osłabić jego mocy. W niniejszej rozmowie opowiada za to o medytacji, od której wszystko się zaczęło. A także o dryfowaniu wśród myśli o rodzicielstwie, spotkaniu z wielką wodą w Lizbonie i mocowaniu się z kompozytorską materią, by w końcu wydobyć z głowy własne – nie zaś cudze – frazy. Jak mu się to udało?

ocean front cover.png

Franciszek Raczkowski ‒ Ocean


Mateusz Sroczyński: Napisałeś, że płyta Ocean wypłynęła niejako z wizji oceanu, która nawiedziła cię podczas medytacji. Potrafisz ją przywołać?

Franciszek Raczkowski: Pytasz o wizję z medytacji Cherie Lorraine, z której korzystałem jakieś dwa lata temu? Nazwałbym to raczej wizualizacją. Cherie Lorraine zaproponowała szereg wizualizacji, które w założeniu miały pomóc wyregulować stres, a ja czegoś takiego wtedy potrzebowałem. Ale żeby opowiedzieć ci o tej konkretnej scenie, musiałbym ją troszkę spłycić o całą drogę, która do niej prowadziła. Spróbuję. Wyobraź sobie, że zostajesz poproszony o zwizualizowanie dowolnego zbiornika wodnego. I słyszysz „whatever you find here, is yours to keep”...

Dlaczego to był akurat ocean? Mogłeś wybrać rzekę albo choćby sadzawkę...

Byłem wtedy pełen ciekawych doświadczeń. Doświadczyłem ojcostwa, które wiązało się z odsunięciem komponowania na dalszy plan, ale wniosło do mojego życia piękno nie z tego świata. Jednocześnie potrafiłem przejrzeć się w lustrze i odnieść wrażenie, że jako człowiek (gatunkowo) jestem zdolny do okrucieństw, nasuwających poważne pytania o istnienie zła osobowego. Myślę, że nie bez znaczenia jest też wyjazd do Lizbony, który odbyliśmy z moją żoną i córką w tamtym czasie. Doświadczenie oceanu z bliska zmieniło mnie i odblokowało w szerszej perspektywie twórczo. Podobnie tamtejsze światło. Ten projekt jest zdecydowanie bardziej o świetle niż o wodnej toni, z tym że światło potrafi stracić swój czar, gdy się je nazywa wprost.

Jaki rodzaj medytacji praktykujesz? W jakich okolicznościach zacząłeś?

Zacząłem tak daleko wstecz, jak tylko sięga moja świadomość. Jako dziecko malarzy zawsze starałem się mieć otwarte oczy. Mam na myśli pewnego rodzaju refleks postrzegania, który pozwala ci się zatrzymać na dłuższą chwilę tam, gdzie dostrzegasz jakąś „lukę w powłoce” tego świata. Gdy mam czas, praktykuję też łucznictwo tradycyjne, korzystając z naturalnych łuków, które sam tworzę.

Włączasz medytację do swojego procesu twórczego? Wielkim propagatorem tej metody był David Lynch. Twierdził, że regularna praktyka medytacji transcendentalnej prowadzi do klarowności umysłu, przez co łatwiej jest wyłowić z niego „wielkie idee”.

Lynch był też wielkim propagatorem kawy. I potrafił działać intuicyjnie, to szalenie cenna sztuka. Nie rozumieć, a być. Zobacz, jeśli proponujesz w swojej twórczości przekaz, który może nie być zrozumiany –albo nawet nie ma być rozumiany! – wymagasz od odbiorców wejścia w stan głębokiej naiwności, która pozwoli im rozgościć się w twojej wizji, niekoniecznie ją rozumiejąc. To wymaga gigantycznej odwagi.

Trzymając się terminologii Lyncha – kompozycja, która stanowi centralny punkt płyty, nie była przypadkiem ideą, która na wczesnym etapie prac cię nieco przerastała? Przyznałeś się, że mocowałeś się z nią długo, trudno ci było nadać jej całkowicie osobisty charakter.

No właśnie! Mocowałem się, zatem nic nikogo nie przerosło. Gdybym zrezygnował z tego utworu, to tak, byłoby tak, jak mówisz. Tymczasem udowodniłem, że posiadam wszelkie narzędzia, by z kompozycji, która zabrzmiała dla mnie odrobinę egzotycznie, uczynić swój nowy ląd.

Podobno śniło ci się, że improwizujesz na bazie tej kompozycji, ale spod palców wybrzmiewały cudze frazy. Czyje?

Możdżera i Jarretta. Sumienie mocno mnie kłuje, gdy zarejestruje, że zabrzmiałem jak ktoś inny. Ale wiesz, wielu z nas, pianistów, brzmi naprawdę podobnie. Różnice są czasem subtelne. Bywamy kameleonami, elastycznymi sidemenami, musimy sobie radzić w różnych kontekstach i sprawiać, żeby inni dzięki naszej grze zabrzmieli jeszcze lepiej. Odnosimy się do różnych wspólnych tradycji. Brzmimy podobnie. Ale z drugiej strony tak bardzo inaczej, potrafimy inaczej cieniować, rozumieć zależności między dźwiękami, oddychać, ryzykować, mylić się. Czasem ceną za pościg za własnym językiem jest chwilowy zanik spójności tego języka. Spójrz na historię Cecila Taylora. Myślę, że to jeden z najbardziej jaskrawych przykładów na to, jak pięknym może stać się nasz język na samym końcu drogi, jeśli całe życie go pielęgnowaliśmy.

Zastanawiam się, po co w takim razie tak otwarcie sygnalizujesz nawiązania do Keitha Jarretta, Jasona Morana czy Pierre’a Bouleza.

No właśnie. Mówimy o autentyczności języka, więc dlaczego otwarcie mówię o moich inspiracjach? To dlatego, że tu nie ma niczego do ukrycia. To swojego rodzaju credits. Z aktywnych koncertowo pianistów Jason jest obecnie chyba moim największym guru. Korzysta ze zdobyczy „wyrzutków” pianistyki jazzowej, takich jak Andrew Hill czy Jaki Byard i otwarcie się do tego przyznaje. Też tak chcę. W mojej grze spotykają się drogi moich idoli, mentorów i rywali. Również tych z minionych pokoleń. Nie wyrzeknę się tego, natomiast moim obowiązkiem jest wchodzić w dialog z tym, z czym czuję najsilniejszy, naturalny rezonans, i szukać w tym kierunku dalej.

Kiedy i jak zaakceptowałeś wreszcie ostateczny kształt Oceanu?

Pytasz o kompozycję czy o całą płytę?

O obie.

Wykonałem kilka sesji nagraniowych i na każdej z nich Ocean brzmiał inaczej. Ostateczne nagrania pochodzą z 22-30 maja 2025. Edycja i selekcja materiału trwała bardzo długo, ale spodziewałem się tego. To cena za nagrywanie na zasadzie strumienia świadomości, z którego wyławiam później najbardziej zogniskowane brzmienia.

Mówiąc o pracy nad płytą, podkreślasz poruszanie się po obszarach nieświadomości i wewnętrznego mroku. Zdecydowałeś się ją nagrać w rodzinnym domu. Brzmi jak gotowa opowieść o procesie terapeutycznym. Mylę się?

Dla nas, artystów, tworzenie i udostępnianie swojej twórczości jest na swój sposób terapeutyczne. Ponieważ nieustannie się przekształcamy, zarówno jako artyści, jak i ludzkie istnienia. Podzielenie się własną twórczością pozwala nam docenić i pożegnać pewien etap, jednocześnie otwierając nas na to, co dopiero czeka na odkrycie. Ale jest jeszcze istotniejszy wymiar tworzenia. Nieuchwytny, wymykający się słowom język dźwięków potrafi zarezonować z tym, co drzemie w nas najgłębiej, nieznane, nieoswojone i niedające się łatwo wepchnąć w ramy ludzkiej mowy. Czy wiesz, że nieraz przed wykonaniem koncertu nie jestem w stanie słuchać, jak ktoś mówi? To dlatego, że ludzka mowa lubi nazywać, definiować. Muzyka – przeciwnie. Muzyka otwiera nas na to, co niezdefiniowane. Uwielbiam wolność, jaką to niesie. Uwielbiam dzielić tę wolność ze słuchaczami i bardzo doceniam, gdy oni podejmują wysiłek sięgnięcia po ten konkretny wymiar wolności.

Na horyzoncie majaczy już premiera twojej kolejnej płyty Theos & Vincents. Czego możemy się spodziewać?

Możecie się spodziewać trzech wyuzdanych wyobraźni dźwiękowych, zderzonych w jakimś przedziwnym tarciu, które tak bardzo mi się podoba. Michał Aftyka, Stefan Raczkowski, Franciszek Raczkowski. To projekt o relacji braterskiej, ale także o relacji osoby dzielącej się swoim obrazem świata i osoby, która decyduje się obejrzeć ten świat oczami dzielącej się osoby. Trochę jak u Van Goghów. Koncert przedpremierowy w Krakowie pod koniec kwietnia, więcej działań jesienią. Nie mogę się doczekać!

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO