fot. Beata Gralewska
Okazją do spotkania z Leszkiem Żądłą był grudniowy koncert jego kwartetu w Mazowieckim Instytucie Kultury w Warszawie. Saksofoniście towarzyszyli Joachim Mencel (fortepian, lira korbowa), Sławomir Kurkiewicz (kontrabas) oraz Michał Miśkiewicz (perkusja), którzy pod hasłem Live in Warsaw ’25 fetowali półwiecze szczególnie ważnego spośród dokonań Leszka Żądły – koncertu wydanego po latach jako Live in Hamburg ‘75. Bo kariera saksofonisty, który opuścił Polskę jeszcze w latach 60., wiąże się przede wszystkim z działalnością na terenie Austrii i Niemiec, gdzie do dziś mieszka.
Muzyczna emigracja umożliwiła Żądle granie z gwiazdami światowego jazzu – m.in. z Dexterem Gordonem, Elvinem Jonesem, Georgem Russellem czy Birélim Lagrènem – lecz sprawiłajednocześnie, że pozostaje on prawdopodobnie bardziej rozpoznawalny w zachodniej Europie niż w Polsce. Warto pamiętać, że ten świętujący w ubiegłym roku 60-lecie pracy twórczej artysta nie tylko aktywnie działał na rzecz jazzu, m.in. liderując rozlicznym formacjom, ale też angażował się w stanie wojennym w działalność Radia Wolna Europa i Solidarności. A za swoje zasługi został uhonorowany odznaką Zasłużony Działacz Kultury (2005) oraz Zasłużony Kulturze Gloria Artis (2016).
Rafał Marczak: W 2025 roku minęło 50 lat od koncertu pana kwartetu, który został wydany w 2024 roku jako Live in Hamburg ’75. Jak wspomina pan tamto wydarzenie?
Leszek Żądło: Pamiętam, że przyjechaliśmy na miejsce, weszliśmy na scenę i zaczęliśmy grać temat, który kiedyś napisałem – Very Little Green Man – ale to właściwie nie miało większego znaczenia, bo na estradzie liczyło się przede wszystkim, że totalnie spontanicznie zaczęliśmy z wielką energią rozmawiać ze sobą językiem free jazzu. To jeden z najlepszych koncertów, jaki w życiu zagrałem. Właśnie taką muzykę kocham i taką bezpośrednią rozmowę pomiędzy muzykami na estradzie uważam za najwyższy stopień wtajemniczenia muzyki improwizowanej.
Proszę o kilka słów na temat występujących wówczas z panem muzyków.
Oczywiście, tamten skład był mi bardzo bliski. Perkusista Joe Nay – jeden z najstarszych i najlepszych przyjaciół, jakich miałem w Niemczech – niestety, już nie żyje. Poza tym w zespole był świetny pianista Larry Porter – z którym grałem od moich czasów wiedeńskich – oraz kontrabasista Günter Lenz. Zagraliśmy jeszcze kilka innych koncertów w tym kwartecie, ale ten w Hamburgu był szczególnie mocny.
Polscy jazzfani zapewne kojarzą Lenza z jego udziału w nagraniu Astigmatic Krzysztofa Komedy. Warto dodać, że koncert, o którym rozmawiamy, miał miejsce w legendarnym klubie jazzowym Onkel Pö, gdzie występowali wtedy także m.in. Anthony Braxton, Jan Garbarek czy Terje Rypdal.
Tak, to był jeden z najlepszych klubów jazzowych w Niemczech. Grali tam wszyscy sławni muzycy, łącznie z Milesem Davisem.
Początków pana muzycznej działalności należy szukać w Krakowie, czyli mieście pana urodzenia. Proszę opowiedzieć o klimacie jazzowego Krakowa lat 60.
Tak, Kraków ukształtował mnie w kierunku jazzu. Kolegowałem się z Tomkiem Stańką – on miał 18 lat, ja 15, i już wtedy bardzo interesowaliśmy się tą muzyką. Początkowo fascynował mnie Louis Armstrong, następnie był to już nowocześniejszy jazz…
Tamtejszy Kraków był ciemny, szary... Niewiele się działo i to zaledwie w kilku restauracjach. Najważniejszy był klub Helikon przy ul. św. Marka 15, gdzie spotykała się intelektualna elita Krakowa. Przychodzili tam aktorzy, malarze, no i oczywiście muzycy. Stamtąd wywodzą się takie wielkie postaci jak Adam Makowicz (wówczas Matyszkowicz), Andrzej Kurylewicz, Jan Ptaszyn Wróblewski, Janusz Nowotarski, Jan Jarczyk, Zbyszek Seifert i Mietek Kosz, z którymi się przyjaźniłem. Bardzo ważną postacią był też Piotr Skrzynecki i klika z Piwnicy pod Baranami.
Czy wówczas skrzyżowały się pana drogi z Krzysztofem Komedą?
Raz tylko miałem przyjemność w Klubie pod Jaszczurami zagrać z Komedą na jam session, ale oczywiście znaliśmy się.
Czytałem, że podobno wyjechał pan z kraju z pięcioma dolarami w kieszeni. Jak do tego doszło?
Mój przyjaciel Witold Grzymek mieszkał już w Wiedniu, przyjaźnił się z zespołem Storyville Jazzband i sprowadził go do Krakowa. Podczas jam session dołączyłem do nich z saksofonem altowym i po tym graniu usłyszałem od nich: „Ty musisz z nami grać!”. Przysłali mi zaproszenie i dzięki temuw 1966 roku wyjechałem do Wiednia.W następnym roku wystąpiłem w Wiedniu w konkursie młodych muzyków i dostałem pierwszą nagrodę solistyczną. Wyróżniono tam również Włodka Nahornego. W roli gwiazdy ze swoim big-bandem grał tam wtedy Duke Ellington, który osobiście nam pogratulował. Nigdy nie zapomnę tego momentu.
Domyślam się, że odkrywanie nowości światowego jazzu w okresie krakowskim było niełatwe.
Tutaj chciałbym wspomnieć Amerykanina Davida Getza, który przyjechał do Krakowa w ramach stypendium na Akademii Sztuki Pięknych. Okazało się, że grał on na perkusji (Dave Getz był później muzykiem grupy Big Brother and the Holding Company, znanej ze współpracy z Janis Joplin – przyp. red.). Załatwiliśmy mu instrument i zaczęliśmy razem muzykować. Dave przez amerykańską ambasadę dostawał najnowsze płyty – Johna Coltrane’a czy Cannonballa Adderleya. Ja te płyty miałem u siebie, więc na początku lat 60. cały Kraków, a szczególnie Wojtek Karolak, przychodził do mnie i je pożyczał. Później ktoś te nagrania przejął, ale ja ich już nie potrzebowałem, bo byłem na Zachodzie. Dostałem tam propozycję uczenia w nowo otwieranej szkole jazzowej w Grazu. Zaangażowano do niej wówczas również Eje Thelina – sławnego w tamtym czasie szwedzkiego puzonistę, z którym graliśmy następnie w jednym zespole muzykę improwizowaną.
Nie ukrywa pan swojej miłości do Johna Coltrane’a. To uczucie, które zaczęło się już Krakowie?
W Krakowie zajmowałem się bardziej jazzem tradycyjnym, ale Coltrane zafascynował mnie od samego początku swoją energią i sposobem gry. Z Januszem Nowotarskim graliśmy przede wszystkim tematy Sidneya Becheta, ale później zacząłem zajmować się bebopem, muzyką Coltrane’a i tak mi zostało do dzisiaj.
O śmierci Trane’a w 1967 roku dowiedział się pan już w Austrii. Jak z perspektywy czasu ocenia pan decyzję o przeniesieniu się do tego kraju?
Wiedeń stał się bardzo ważnym miastem w moim życiu. Tam zostałem zaangażowany do big-bandu radia i telewizji (ORF Big Band – przyp. red.), z którym grali m.in. Art Farmer, Fritz Pauer czy Jimmy Woode. Ważną postacią w moim życiu był m.in. Erich Kleinschuster, lider sekstetu, z którym graliśmy z różnymi zapraszanymi do Wiednia solistami, takimi jak na przykład Jimmy Heath czy Art Blakey.Wiedeń miał wtedy piękną tradycję jazzową!
Czy w tamtym okresie po raz pierwszy spotkał się pan z Dexterem Gordonem?
Tak, wtedy poznałem się z Dexterem i później kilkukrotnie graliśmy ze sobą.
Wówczas poznał pan też wybitnego klasycznego pianistę Friedricha Guldę?
O tak, to też mój dobry przyjaciel, który często angażował mnie do swoich projektów. Nagraliśmy nawet płytę It’s Up To You razem z takimi muzykami jak Barre Phillips i Albert Mangelsdorff (wydaną w 1974 roku – przyp. red.).
Czytałem, że Gulda jako młody chłopak przyjaźnił się z Joe Zawinulem, z którym wspólnie słuchał zakazanego w czasie wojny jazzu...
O, tak, Joe Zawinul! On też przyjeżdżał do Wiednia i nawet zagraliśmy ze sobą. Sekstet Ericha Kleinschustera zapraszał różnych solistów i Joe był właśnie jednym z nich. On był zresztą wiedeńczykiem.
Dla mnie tamten okres był bardzo ważny, bo byłem młody i miałem do czynienia ze świetnymi muzykami. Przez trzy lata w Grazu studiowałem flet, klarnet i saksofon klasyczny oraz jazzowy na Akademii Muzycznej. Dzięki stypendium miałem czas, żeby dużo ćwiczyć i zajmować się wyłącznie muzyką.
Miał pan szczęście grać także z wirtuozem fortepianu, legendą europejskiego jazzu – Joachimem Kühnem.
Fritz Gulda zorganizował piękny konkurs jazzowy i zaprosił jako jurorów wielkich muzyków, takich jak J.J. Johnson czy Cannonball Adderley. Joachim Kühn, który miał obywatelstwo wschodnioniemieckie, przyjechał na związany z konkursem festiwal i już nie wrócił po tym do wschodnich Niemiec. Jego brat i matka mieszkali już w okolicach Hamburga. Wtedy spotkaliśmy się i zaczęliśmy ze sobą grać, co zapoczątkowało naszą współpracę i przyjaźń trwającą do dzisiaj.
W pana CV jest także epizod z Elvinem Jonesem. Jak do tego doszło?
Elvin przyjechał do Londynu by zacząć swoją trasę koncertową, ale saksofonista, który z nim grał, nie był wówczas dostępny. Manager zadzwonił do mnie z propozycją dołączenia do zespołu. Oczywiście przyleciałem i od razu,bez próby, zagrałem koncert. Łącznie na przełomie kwietnia i maja 1987 roku zagraliśmy razem 24 koncerty w Europie.Graliśmy taką mocną muzykę jazzową, jaką bardzo lubię. Co ciekawe, w tym zespole zaczynał wtedy Joe Lovano, który jest obecnie wielką światową gwiazdą jazzu.
Niewątpliwie stypendia naukowe bardzo pomogły – młodemu muzykowi zza żelaznej kurtyny – w rozwijaniu kariery muzycznej na Zachodzie. Podobno jednak nie skorzystał pan z możliwości studiowanie w słynnym Berklee College of Music w Bostonie.
Tak, miałem tam jechać, ale w międzyczasie poznałem Basię Kwiatkowską-Lass, aktorkę znaną m.in. z filmów Ewa chce spać czy Jowita. Pierwotnie była żoną Romana Polańskiego, a później wyszła za mąż za Karlheinza Böhma, austriackiego aktora znanego z filmowej trylogii o życiu cesarzowej Sissi. Potem Basia rozeszła się z nim, poznała mnie i żyliśmy ze sobą przez 22 lata, aż do jej śmierci.
Basia była jedną z pierwszych, którą pochowano w Alei Zasłużonych na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Spoczywa tam kilkoro moich przyjaciół, m.in. Piotr Skrzynecki, Janusz Muniak, Jarek Śmietana i Ewa Demarczyk.
Ciekawą częścią pana muzycznego życia było wykładanie muzyki na poziomie uniwersyteckim. Jak pan to wspomina?
Jak mówiłem, zaczęło się od tego, że szukano wykładowcy do nowego wydziału jazzowego przy wyższej szkole muzycznej w Grazu. Później byłem też pierwszym wykładowcą jazzu w Würzburgu w Bawarii. Oczywiście, początkowo nie miałem wiele doświadczenia w wykładaniu, ale z biegiem czasu zacząłem się wszystkiego uczyć. Nie mogę się dokładnie doliczyć, ale pośród moich absolwentów jest około 150 saksofonistów i saksofonistek. W Würzburgu uczyłem przez 36 lat, dopiero trzy lata temu odszedłem na emeryturę, bo szczerze mówiąc, miałem już dość.
Panie Leszku, jestem pełen podziwu, bo wykładanie tak delikatnej materii muzycznej jest nie lada wyzwaniem!
Byłem już na topie w Niemczech i w Austrii, ale przekazywanie tego, czego sam się nauczyłem o muzyce jazzowej i improwizowanej, było wielkim wyzwaniem, było jednocześnie fascynujące.
Pana zaangażowanie wykraczało poza mury uczelni – nawiązał pan także współpracę z Radiem Wolna Europa.
Tak, zaangażowali mnie. Zrobiłem około dwudziestu programów muzycznych dla Radia Wolna Europa. Byłem bardzo zaprzyjaźniony z Jackiem Kaczmarskim, Aliną Grabowską, Januszem Marchwińskim i całą plejadą wolnoeuropejczyków.
Ta działalność chyba nie przypadła do gustu PRL-owskim dygnitarzom?
Dlatego właśnie w 1976 roku nie przedłużono mi paszportu i kazano wracać do kraju. Zdecydowałem, że nie wracam i złożyłem dokumenty o azyl polityczny, który otrzymałem kilka miesięcy później. Żyłem tak aż do upadku muru berlińskiego.
Jednocześnie zaangażował się pan w służbę Solidarności.
Jak najbardziej – organizowałem koncerty dla Solidarności, zbierałem pieniądze, a także założyłem z Adzikiem Sendeckim, Bronkiem Suchankiem i Januszem Stefańskimzespół Polski Jazz Ensemble, z którego występów część naszej gaży oddawaliśmy szwajcarskiej Solidarności. W Monachium zrobiliśmy piękny koncert Jazz Solidarność, przy okazji którego zebraliśmy wystarczająco środków, żeby kupić dwa systemy nagłaśniające. Przekazaliśmy je następnie do Polski. Obok Basi Kwiatkowskiej-Lass zapowiadał te koncerty także Jan Biczycki, a ich producentem był Joachim-Ernst Berendt, ojciec jazzu niemieckiego.
Zgodzi się pan ze stwierdzeniem, że emigracja polskich jazzmanów była smutnym symptomem tamtych czasów?
Ja się bardzo cieszę z tego, że polscy muzycy wreszcie wówczas wyszli na świat. Niektórzy wyjechali na stałe, inni – jakJanusz Muniak – później wrócili. Wielu bało się wracać, bo politycznie było w tym czasie niewesoło w Polsce. Cieszę się, że dużo świetnych muzyków pokazało się wtedy na Zachodzie – chociażby Adam Makowicz czy Michał Urbaniak z Ulą Dudziak w Ameryce.Bardzo ważną dla mnie postacią był Zbyszek Seifert, z którym od mojej najwcześniejszej młodości znałem się i grywałem.
Trudno nie odnieść wrażenia, że w pana dyskografii szczególne znaczenie madla pana płyta Miss B. Pani Barbara Kwiatkowska-Lassodeszła 6 marca 1995 roku, a sesja nagraniowa miała miejsce dokładnie miesiąc później – 6 kwietnia.
Zapytałem Janusza Stefańskiem i Andrzeja Cudzicha, czy nie mieliby ochoty zagrać. Pojawił się pomysł, żeby to zarejestrować. Przyszliśmy do studia i po prostu zaczęliśmy grać, co okazało się potem materiałem na płytę Miss B. Długo trzeba było czekać aż dopiero w 2018 roku, dzięki pani Magdzie Wiklińskiej, wydawnictwo For Tune zdecydowało się to wydać.
Z tego albumu pochodzi Song of a Nice Death, który usłyszeliśmy podczas koncertu w warszawskim MIK-u...
Tak, gram ten utwór przede wszystkim na pogrzebach moich przyjaciół...
Kolejnym niecodziennym projektem, w którym wziął pan udział, jest album Cosmic Silence będący zapisem koncertu z Joachimem Menclem. Jakie jest podłoże ideologiczne tej muzyki?
Zaczęło się to od tego, że moja bliska przyjaciółka Ela Szymańska zaangażowała mnie z zespołem do Horyńca-Zdroju na piękny literacko-muzyczny festiwal poświęcony twórczości Stanisława Lema. Ela zaproponowała, żebyśmy „zagrali coś Lemowi”. Wpadliśmy na pomysł, że zagram w duecie z Joachimem Menclem, który, jak wiadomo, specjalizuje się w lirze korbowej. Strasznie się to publiczności podobało i od tego czasu współpracujemy ze sobą, z czego bardzo się cieszę.
Na Cosmic Silence dominuje granie freejazzowe, eksperymentalne.
To, co robimy z Joachimem, to jest totalna improwizacja – nigdy nie powtarzamy niczego, każdy nasz występ jest zupełnie świeży. Jak wiemy, Lem był trochę kosmitą [śmiech]…Okazuje się, że wszystkie planety mają swój dźwięk – naukowcy udowodnili to już w latach 70. Np. Ziemia ma „g”, Mars to „d”, Wenus” – „a”. My zawsze gramy spontanicznie w obrębie tych ośmiu dźwięków i oddajemy muzycznie poszczególne planety.
Czy improwizację uważa pan za najważniejszy element jazzu?
Wie pan, muzyka improwizowana jest jak życie, bo w przypadku każdego z nas to jest wielka improwizacja.Ja jestem improwizatorem i zauważyłem to u siebie już na samym początku mojego grania na instrumentach.
Saksofonem zachwyciłem się za sprawą mojego przyjaciela Zbigniewa Sztyca, który później grał m.in. z Czesławem Niemenem. On kiedyś powiedział mi, że w pewnej żydowskiej rodzinie na Kazimierzu jest do sprzedania saksofon. Pojechaliśmy więc z moim ojcem, żeby zobaczyć, co to za instrument. Okazał się bardzo starym amerykańskim saksofonem marki Conn, który przeleżał gdzieś tam na strychu. Ojciec kupił mi ten instrument i od tego czasu zacząłem grać.
Domyślam się, że wówczas, w czasach powojennych bardzo trudno było o instrument...
Oczywiście! Mówiąc szczerze, ja chciałem grać na trąbce! Saksofon sopranowy ma podobny dźwięk, więc zacząłem na nim ćwiczyć. Dostałem się do średniej szkoły muzycznej przy przy ul. Warszawskiej, gdzie uczył mnie pan profesor Lesław Lic, który był klarnecistą, ale pedagogiem był świetnym. Utworzono tam wówczas pierwszą klasę saksofonu, której byłem pierwszym oficjalnym saksofonistą! Później wyjechałem do Wiednia i tak się zaczęła moja odyseja.
Czyli saksofon był panu pisany!
Granie improwizowanej muzyki jazzowej to jest moje przeznaczenie, moja rola na tym świecie, moje życie!