fot. Andrzej Tyszko
10 września w ramach cyklu Jazz Dobry nad Dolinką (bilety tu >) w Służewskim Domu Kultury w wyjątkowym, bo solowym wydaniu Marek Napiórkowski – jak zapowiada – na pewno zagra na kilku gitarach. Choć instrumenty różnią się brzmieniem, to każdy z nich jest ważnym elementem wypowiedzi muzycznej artysty. „To dla mnie ogromne wyzwanie, dlatego że solowe granie na gitarze jest domeną gitarzystów klasycznych lub fingerstyle” – konkluduje. W przedkoncertowej rozmowie popularny Napiór dzieli się swoimi refleksjami na temat jazzowej pokoleniowości, z szacunkiem wspomina mistrzów spotkanych na swojej drodze, a także wyjaśnia własne spojrzenie na istotę improwizacji.
Rafał Marczak: Widziałem, że był pan ostatnio na koncercie jubileuszowego projektu We Want Miles!, w którego składzie było kilku słynnych muzyków, z którymi dzielił pan kiedyś scenę...
Marek Napiórkowski: Najwięcej, bo kilkadziesiąt razy, grałem z Mino Cinélu, z Mikiem Sternem dwukrotnie, a z Marcusem Millerem spędziłem trzy dni i zagrałem koncert podczas widowiska Marcus+ w Gdańsku. Koncert w Parku Sowińskiego w Warszawie był swoistą podróżą sentymentalną, bo płyta We Want Miles i tamten okres budowały moją wrażliwość muzyczną.
Widziałem już takie tribute’y, również w wydaniu Marcusa, ale ten wydał mi się szczególnie udany. Wyżej wymienieni oraz saksofonista Bill Evans, jako bardzo młodzi muzycy, zostali zaproszeni do zespołu Milesa. Gdy w 1981 roku grali w tej trasie, to zasłuchiwali się w Bitches Brew czy In a Silent Way. Ja, jako człowiek o pokolenie młodszy, słuchałem We Want Miles, dlatego mam do tego duży sentyment.
Miło patrzeć na tych gości, kilku z nich jest już po siedemdziesiątce, a oni ciągle trzymają poziom i nadal potrafią grać swoim głosem. Nie oczekuję, że Leo Messi będzie biegał 12 km w meczu. Niech przebiegnie 6 km, ale gdy przyjdzie moment, to poda dwa razy, tak jak w meczu z Anglią, i odwróci losy spotkania. Tak samo tutaj – wszyscy ci dżentelmeni grają w taki sposób, że można ich rozpoznać niemal po jednej nutce. Mike Stern, wirtuoz gitary, przed laty uległ przecież wypadkowi, połamał obie ręce i obecnie, żeby grać, przykleja kostkę do palców klejem! Będąc z nim kilkakrotnie w jury Śmietana Competition w Krakowie, widziałem jego zmagania. Przypuszczam, że znacznie więcej ćwiczył, żeby wrócić do grania, niż jak był młody!
Podobnie jak muzycy zebrani wokół Marcusa Millera, tak i pan ma swoją niepowtarzalną nutę. Podobno, słuchając archiwalnych nagrań sprzed ponad 30 lat, nie miał pan co do niej wątpliwości.
Nie ucieknie się od siebie, więc nie staram się zagrać kompletnie inaczej, bo muszę grać szczerze. Ja gram sercem! Z drugiej strony, przed wyjściem na scenę zawsze chcesz zagrać coś nowego. Jednak poruszamy się w konwencji, więc jeśli gram w którymkolwiek ze swoich projektów, to staram się być jego częścią – także stylistycznie. Zrobiłem wiele zaskakujących rzeczy podczas koncertów, bo szukam „hecy”, ale robię to w ramach uczciwości wobec siebie. Kiedy gramy ze wspaniałymi kolegami, to reagujemy i prowokujemy się nawzajem, wchodzimy w interakcję. Koncert każdego zespołu, w którym gram, jest inny. Zmienia się forma, sola są zupełnie różne, muzyka żyje swoim naturalnym życiem. Śmieszą mnie zawsze opinie mierzące ilość jazzu czy improwizacji w muzyce. Wcale nie jest powiedziane, że człowiek dający koncert w 100 procentach open improwizuje bardziej niż ja grający np. w zespole Henryka Miśkiewicza w ramach harmonii. Wewnętrznie zachodzi ten sam proces. Grałem kiedyś koncert w Wiedniu z nieżyjącym już Andym Manndorffem na dwie gitary. Zupełna fryta, pełna improwizacja! Publiczność reagowała świetnie, choć pracownicy kulturalni z Instytutu Polskiego mogli być nieco zdziwieni – ilekroć coś się zawiązywało, Andy to rozbijał. Było to pasjonujące, ale nie chciałbym tego robić codziennie. Lubię szukać struktury, taką mam potrzebę.
Jak zatem znaleźć balans między dobrym ograniem harmonii a zachowaniem świeżości w improwizacji?
To odwieczny problem. Moja muzyka na płytach autorskich ma to do siebie – wiedzą to ci, co ze mną grali – że brzmi prościej, niż się ją gra. Wychodzę z założenia, że męczyć ma się muzyk – nie słuchacz. Rozmawiałem o tym z Patem Methenym. Nawet jeśli piszesz bardzo złożony utwór, to część improwizowaną planujesz w taki sposób, żeby harmonia nie rzucała kłód pod nogi cały czas, tylko żeby dało się na niej opowiadać nowe historie. Dlatego bardzo często struktury do grania solówek są prostsze niż te, które dzieją się w temacie. Uważam, że wiedza daje wolność, a ćwiczenie to szukanie świeżości, bo ogrywasz trudne harmonie, żeby poczuć swobodę także wtedy, gdy grasz prostsze rzeczy.
Słynne ćwiczenie Pata obrosło już legendami!
Ja mam dosyć niesystematyczny tryb pracy, ale Pat to jest cyborg. Podczas naszych spotkań w Polsce on grał w każdej wolnej chwili! On ma w sobie tak gigantyczną pasję i potrzebę rozwijania muzyki. Mówił mi w 2019 roku, że wstaje o czwartej rano, by poćwiczyć do siódmej i następnie zawieźć dzieci do szkoły… Jednocześnie jest mega sympatycznym i ciekawym facetem. Tamto pierwsze doświadczenie było niezwykłe! Chciałbym jeszcze kiedyś przeżyć coś podobnego, ale nie wyobrażam sobie, z kim mógłbym zagrać, żeby doznać takiego wstrząsu, jak wtedy. Dla mnie to było podobne doznanie do tego, co czułem, gdy jako dziesięciolatek widziałem Wejście smoka, choć wiadomo przecież, że nie jest to najlepszy film [śmiech].
Pracował pan z muzykami o różnych osobowościach – Stańką, Muniakiem, Szukalskim, Ptaszynem Wróblewskim, Henrykiem Miśkiewiczem czy Anną Marią Jopek. Domyślam się, że wpływali oni nie tylko na sposób grania, ale także na to, jak zrozumieć zawód muzyka.
Bardzo zmieniła się specyfika tej sceny. Kiedyś lider na poziomie Zbigniewa Namysłowskiego był w stanie utrzymać zespół. Główną pracą np. dla Czarka Konrada było, że grał z Namysłowskim. Oczywiście grał także szereg różnych innych rzeczy, ale u Namysłowskiego miał ważną posadę. Ja przez 18 lat byłem bliskim współpracownikiem Anny Marii Jopek, która nie była moją mentorką, bo jest moją rówieśniczką, ale taka stała współpraca dawała nam możliwość rozwijania wspólnego języka. Grywaliśmy w wielu wspaniałych salach na świecie i w kraju. Teraz klubów, które stać, żeby zapłacić za dobry projekt, jest kilka. Kiedyś było ich nieporównywalnie więcej i tu zauważam nawet różnicę w kontekście czasów przed- i popandemicznych.
Oczywiście nadal najwięcej grają muzycy, których ludzie chcą słuchać i na których koncerty chcą kupić bilety. Nie sądzę, żeby ktoś będąc jazzmanem, zaczął jeździć Ferrari, bo to nie jest ta branża i nikt tego raczej nie oczekuje. Natomiast jest rodzaj spełnienia, który wszyscy kochamy – to, co się dzieje na scenie, jest kwintesencją naszego bytu.
Z jednej strony jest coraz mniej miejsc do grania, a z drugiej – każdego roku produkujemy na uniwersytetach kolejnych magistrów jazzu. Obecnie można nauczyć się grać, nawet nie chodząc do szkoły jazzowej, ale w internecie młodzi ludzie poznają coś innego niż to, czego uczyłem się ja, grając np. z Tomaszem Szukalskim czy z Ptaszynem, kiedy czerpałem z ich postawy, stosunku do świata – z czegoś głębszego niż tylko z tego, jakie zagrali nuty, i to była wielka, wspaniała lekcja dla mnie.
Obecnie toczy się dyskusja o łączeniu jazzu z popularnymi gatunkami, jednocześnie zarzuca się współczesnej muzyce zbytnią zachowawczość względem awangardy...
Zapewne czymś ważnym dla świata muzycznego w Polsce staje się grupa młodych muzyków, którzy łączą jazz z hip-hopem, co obecnie elektryzuje publiczność. Jeśli grają dobrze, to ja to lubię. Gorzej jak ściemniają, a ludzie myślą, że mają do czynienia z czymś wyjątkowym. My potrzebujemy tylko tyle awangardy, ile realnie gra jej w duszach muzyków, którzy chcą ją tworzyć. Nie więcej! Tworzenie sytuacji, w której muzyk uczciwy względem siebie i słuchaczy ma koniecznie grać awangardę, jest ogromnym błędem systemowym. Jeśli wydam kolejną płytę, na pewno nagram same melodie. Mimo że gram muzykę bardziej lub mniej skomplikowaną, nie mam potrzeby poddawania się temu dyktatowi, że powinniśmy grać awangardowo. Świat muzyki możemy rozszerzać na wiele sposobów.
Jeśli wyjdzie na scenę muzyk i tak jak Tomasz Szukalski potrafi zagrać na sopranie temat ballady Gone Too Soon Michaela Jacksona, to nikt nie będzie się zastanawiał, czy to jest awangardowe czy nie. Kiedyś pięć razy to słyszałem podczas próby i za każdym razem to było porażające! Czy Keith Jarrett, który grał standardy jazzowe, był gorszym Jarrettem niż ten, który ze swoim amerykańskim kwartetem jechał ostro frytowo? Nie, równie dobrze mogę posłuchać tria Jarretta wykonującego My Funny Valentine i mnie to tak samo wzrusza. Jednocześnie porusza mnie Balladyna Stańki z Szukalskim, Vesalą i Hollandem, bo tam jest opowieść.
Nowoczesny salon promuje w pewnym stopniu dualizm, który jest sprzeczny z tym, co czuję i wiem. Chodzi o to, że jedni ludzie wypowiadają się w awangardzie, inni w poruszających melodiach i harmoniach, a jeszcze inni w bluesach czy funku. Nie próbuję ich porównywać czy wartościować – każdy idzie swoją drogą, wszyscy przecież starają się grać pięknie. Przydałoby się w całym środowisku więcej szacunku i to w obie strony – zarówno młodych muzyków do tych starszych, do których powoli się zaliczam (choć lubię myśleć o sobie jako o tym „średnim pokoleniu”!), jak i nas doceniających nowe zjawiska młodej muzyki.
Dla mojego pokolenia, przykładowo, Wojciech Karolak do końca życia zasługiwał na największy szacunek. Ostatnio Marcin Kydryński opowiadał mi anegdotę z trasy Pata Metheny’ego z Ronem Carterem, o którym Pat zawsze mówił „Mister Carter”. Nigdy „Ron Carter”. Gdy „Mister Carter” zasugerował, żeby zamiast w koszulce w paski wystąpił w garniturze, to Pat odpowiedział „Yes, Mister Carter” ze względu na legendarny status starszego kolegi. Ten sam Pat, zapytany o swojego idola Wesa Montgomery’ego, zawsze postawi siebie znacznie niżej w hierarchii, mimo że gdyby podsumować jego karierę, jego osiągnięcia dla gatunku są ogromne.
Zatem przydałaby się obustronna kooperacja, która dużo bardziej służyłaby naturalnemu rozwojowi, czyli nie tylko burzeniu, ale też nadpisywaniu nowych znaczeń na tym, co ta muzyka osiągnęła przez ponad 100 lat, bo gdyby młodzi zapraszali starszych, to może by coś zyskali? Ja z kolei nie wykluczam, że jak będę tworzył kolejną płytę, to zaproszę młodych zdolnych muzyków, których jest coraz więcej.