! Wywiad

Ola Błachno: Moja opowieść o wolności

Obrazek tytułowy

fot. Filip Błażejowski

Wokalistka i kompozytorka Ola Błachno przypomina o sobie autorską płytą Warschauer Strasse, będącą muzyczną opowieścią o bliskich jej miastach – Berlinie i Warszawie. W jej tekstach podróż jest kanwą do refleksji nad wolnością człowieka, natomiast warstwa muzyczna opiera się na połączeniu muzyki jazzowej, klasycznej oraz elektronicznej. Materiał został zrealizowany przezmiędzynarodowy zespół w składzie: Arseny Rykov (fortepian), Johannes Metzger (perkusja) i Michał Aftyka (kontrabas), którym towarzyszył kwartet smyczkowy. Gościnnie, w bonusowym utworze, wystąpił także Andrzej Jagodziński. Autorem szaty graficznej jest zaś perkusista Michał Bryndal.

obraz_2026-02-16_040805008.png

Ola Błachno – Warschauer Strasse


Rafał Marczak: Od twojego debiutu wydawniczego minęło sześć lat, w tym czasie twój zespół z kwartetu urósł do oktetu. Jak ten fakt wpłynął na przygotowanie Warschauer Strasse?

Ola Błachno: Przede wszystkim swoje wcześniejsze utwory pisałam na kwartet jazzowy i przygotowywałam przeważnie dość prosty zapis nutowy. Tak naprawdę spotykaliśmy się na próbach i każdy muzyk dodawał od siebie sporo w kwestii interpretacji. Natomiast teraz mam na pokładzie dodatkowo klasyczny kwartet smyczkowy, który zasadniczo nie improwizuje, a napisanie partytur wymaga większego nakładu pracy. Nie ukrywam, że jest to też dla mnie pierwszy projekt muzyczny w większym składzie, więc bardzo dużo się przy nim uczyłam. Owszem, poza wokalem jazzowym studiowałam kompozycję i musiałam komponować na różne składy, ale gdy przychodzi podpisać się pod materiałem własnym nazwiskiem i wydać go, to wiąże się to z innym zaangażowaniem.

Poświęciłam kilka miesięcy pracy na napisanie tej muzyki. Zanim wpadłam na ten pomysł, słuchałam wszelakich kompozycji klasycznych, szczególnie kompozytorów Grupy Sześciu, Arthura Honeggera czy Steve’a Reicha, którzy pisali w pierwszej połowie XX wieku między innymi muzykę industrialną, nawiązując do dźwięków lokomotyw, stacji kolejowych i miejskiego hałasu. W ten sposób uczyłam się, jak odnaleźć się w stylistyce jazzowo-klasycyzującej, zachowując elementy industrialne – to było dla mnie spore wyzwanie kompozytorskie.

Wiem, że niezwykle istotna jest dla ciebie także warstwa tekstowa. Opowiedz, proszę, o towarzyszącym jej motywie przewodnim.

Moim celem było stworzenie uniwersalnej historii o człowieku, dla którego podróż pociągiem jest pretekstem do odnalezienia własnej wewnętrznej wolności.Szczerze mówiąc, miałam w głowie swój podtytuł tej płyty, Warschauer Strasse – moja opowieść o wolności.

Dla każdego wolność może oznaczać coś innego, bo wszyscy różnimy się od siebie. Ta wspólna muzyczna podróż pociągiem podczas koncertu to miejsce na refleksje i wspomnienia. Najważniejsza dla mnie w pisaniu muzyki jest opowieść o człowieku i emocjach, bo one przy nas zostają. Napisałam tę muzykę na kanwie mojej podróży z Berlina do Warszawy. Przeważnie czerpiemy z osobistych doświadczeń, ale chciałam, żeby to nie była opowieść o mnie, ale uniwersalna historia o człowieku.

W warstwie muzycznej wyróżniasz muzykę klasyczną, jazzową i elektroniczną. Znajduję tam jeszcze elementy musicalowe, co chyba nie jest przypadkowe?

Próbuję uciec od mojej musicalowej duszy, ale nie do końca mi się to udaje [śmiech]! Nigdy nie śpiewałam w musicalu, ale było to moje marzenie w dzieciństwie. Tak! Poszłam w inną stronę, cieszę się, że śpiewam, jestem szczęśliwa z tym, co robię, ale...uwielbiam musicale. Są one inną częścią mnie, której nie da się usunąć, nawet przy nagrywaniu albumu jazzowego. Chodzi głównie o melodykę, bo musical często cechuje się długimi, bardzo śpiewnymi frazami. Ja to kocham, więc przemycam tę melodykę do swojego świata jazzowego!

Z drugiej strony, szczerze mówiąc, czasami mam takie poczucie, że „nie jest, kurczę, tak jazzowo, jak miało być, znowu włożyłam te moje melodie” [śmiech]. Ale może bez sensu jest wyrzucać to, co mamy w sobie i co gra nam w duszy? To właśnie jest ten bardzo indywidualny pierwiastek, który każdy w sobie pielęgnuje. Ja też jestem wykształconą klasycznie skrzypaczką i wydaje mi się, że to wspaniałe, jeśli nasze doświadczenie ujawnia się w tym, co robimy na bieżąco.

Mam wrażenie, że chyba zawstydziłem cię tym pytaniem...

Trochę tak, bo czasami miewam takie poczucie, że może za dużo we mnie uroczej musicalowej dziewczynki [śmiech]. Kiedyś troszkę się tego wstydziłam, a teraz przyjmuję to z uśmiechem! Tak, mój jazz ma sporo songwritingu, czyli podejścia piosenkowego. Czasami znajdą się tam elementy freejazzowe, a innym razem musicalowe.

Poszczególne utwory na krążku to stacje kolejowe na trasie Berlin-Warszawa.

Muszę powiedzieć, że na płycie zrobiłam nieco inną kolejność. Koncertowo przedstawiam to tak, że zaczynamy na Hauptbahnhof w Berlinie, a podtytuł utworu to „pociąg do szczęścia?”. Podmiot liryczny pyta: „czy ktoś tam na mnie czeka?”, bo towarzyszy mu lęk przed nieznanym. Po drodze, w poszczególnych utworach, dzieją się różne rzeczy. Kończąc naszą muzyczną podróż wysiadamy na stacji Warszawa Centralna, gdzie osoba podróżująca, czyli de facto każdy z nas, kończy podróż do wnętrza siebie, odnajduje wewnętrzny spokój, bo przyjeżdża do domu.

Czy Warschauer Strasse ma tutaj kluczowe znaczenie? Nazwa tej stacji dała przecież tytuł, zarówno utworowi, jak i całemu albumowi.

Ten utwór to mini-historia, w której analizuję to, gdzie znajduje się „mój dom”. Otwierająca utwór fraza brzmi: „stąpam ostrożnie, bo to obca ziemia”, ale ostatecznie kończy się stwierdzeniem, że „mój dom” może być zarówno w Warszawie, jak i Berlinie, bo przecież dom to miejsce, w którym dobrze się czujemy, gdzie mamy rodzinę i przyjaciół. Zatytułowałam tę płytę Warschauer Strasse, ponieważ chciałam nadać jej nazwę, która nawiązywałaby do obu tych miast. To dla mnie cząstka Warszawy w Berlinie, a jednocześnie duża stacja przesiadkowa oraz ulica geograficznie wychodząca w kierunku Warszawy.

Utwór ten otrzymujemy w dwóch odsłonach – jako bonus track mamy oszczędną wersję balladową z gościnnym udziałem Andrzeja Jagodzińskiego.

Ogromnie się cieszę, ponieważ pan Andrzej Jagodziński przez lata okazał mi dużo dobra oraz miał spory wkład w moją edukację jazzową. Co ciekawe, nagraliśmy tę duetową wersję trzy razy, przy czym pan Andrzej za każdym razem upewniał się, czy dobrze zagrał, pytając: „Ola, jak źle zagrałem, to mi mów!”,co było przeurocze. To dla mnie nauka pokory… To również bardzo wiele dobrego mówi o nim, jako o człowieku i artyście.

Chwilę wcześniej zaskakujesz, bo płytę wieńczy Praga, z jedynym polskim tekstem pośród tych anglojęzycznych, która przełamuje konwencję i pokazuje cię w przaśniejszym wydaniu! W moim wyobrażeniu mogłabyś zaprezentować ten projekt w formie musicalowej, bo ta muzyka ma już w sobie dramaturgiczny charakter.

Zabawne, że powiedziałeś, że ta historia mogłaby obronić się na scenie, bo dostałam już dwa takie głosy, że powinnam przetłumaczyć to na język polski, napisać scenariusz i wystawić! Myślę, że dałoby się to bardzo dobrze zrobić – nie ukrywam, że często pisząc muzykę, chcę, żeby ciąg dramaturgiczny jakiejś całości został zachowany.

Mówiąc o Pradze, chciałam pokazać starą Warszawę i jej klimat. Pomyślałam, że to jest dobry moment, żeby użyć języka polskiego, bo nie pasowało mi śpiewanie o Pradze po angielsku. Zależało mi na tym, aby utwór był nawiązaniem do swojskiej praskiej kapeli sprzed lat.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO