Papierowy JazzPRESS
Wywiad

Kuba Wójcik: Awangarda i syberyjski szamanizm

Obrazek tytułowy

Fot. Sisi Cecylia

MINIM Feat. Sainkho Earth

Kuba Wójcik – gitarzysta i kompozytor. Twórca projektów z pogranicza jazzu i awangardy, m.in. Minim, Mad Ship, Kuba Wójcik’s Threak, a także avant-popowego duetu z Karoliną Beimcik – Karya. Uczestnik międzynarodowego programu YOUME – YOUng Musicians Play Europe. Koncertował na festiwalach w kraju i za granicą, m.in. w Danii, Niemczech, Czechach, Austrii i Holandii. Jest absolwentem kierunku Jazz i Muzyka Estradowa Akademii Muzycznej w Gdańsku, a także stypendystą Rhythmic Music Conservatory w Kopenhadze. Po bardzo dobrze przyjętej przez krytyków płycie Minim Experiment – Dark Matter, wydanej w 2016 roku, nadszedł czas na rozdział drugi tej historii: Minim feat. Sainkho – Earth. Wójcikowi w pracach nad płytą i jej ostatecznym kształtem towarzyszyli Kamil Piotrowicz, Andrzej Święs, Albert Karch, a także tuwińska wokalistka Sainkho Namtchylak. Premiera – 6 listopada.

Michał Dybaczewski: Minim, który znamy z debiutu, uległ pewnemu przeobrażeniu, z kwartetu zrobił się kwintet, zmiana kosmetyczna, ale jednak dotknęła również nazwy zespołu. Co się kryje za tą personalno-semantyczną transformacją?

Kuba Wójcik: Faktycznie, Minim Experiment zmienił się w Minim feat. Sainkho. Jak zdradza już sama nazwa, dołączyła do nas Sainkho Namtchylak, wybitna wokalistka pochodząca z syberyjskiej Tuwy. Rozszerzyliśmy więc skład. Dodatkowo, w porównaniu z debiutem, Lucę Curcio na kontrabasie zastąpił Andrzej Święs. Te zmiany z mojej perspektywy oznaczają zdecydowany krok na przód, rozwinięcie minimalistycznego konceptu, wzbogacenie go o płaszczyznę wokalną.

Co sprawiło, że doszło do takiej zmiany? Co było dla ciebie inspiracją?

Hania Podladowska 3.jpg

Fot. Hania Podladowska

Wydaje mi się, że jest to konsekwencja naturalnego rozwoju. Minimalizm stanowi początek, start, oznacza, że przykładamy wagę do każdego dźwięku. Jeśli rozwijamy improwizację, jeśli staje się ona bardziej dynamiczna i dochodzą do tego elementy sonorystyczne, wówczas absolutnie się przed tym nie wzbraniamy. Nie inspiruję się konkretnymi twórcami, nie naśladuję ich i do nich nie nawiązuję. Zatem gdy tworzona przeze mnie muzyka kojarzy się z czymś lub kimś, dzieje się to niejako przy okazji mojego sposobu wyrażania siebie – w improwizacji lub kompozycji.

Wasz sposób gry, wokalizy i frazy śpiewane przez Sainkho mają ogromny ładunek emocjonalny, rytualny wręcz charakter. Odczytuję w tym pewien powrót do korzeni, do natury i pierwotności. Mam rację?

Dokładnie taki był mój zamysł. Chciałem żeby ta muzyka miała organiczny, pierwotny rys, bliski natury, żeby wzbudzała silne emocje. Nadając płycie tytuł Earth, pragnąłem zwrócić uwagę na liczne problemy i wyzwania, z którymi zmagamy się na co dzień jako ludzkość. Żyjemy w niespokojnych czasach, u progu głębokich przemian społecznych, gospodarczych, ale również w sferze świadomości jednostki. Chaos informacyjny sprawia, że ciężko dzisiaj dotrzeć do tego, co jest prawdą. Z drugiej strony, jako gatunek jesteśmy konsekwencją setek milionów lat ewolucji. Nosimy tę wiedzę w sobie. Często o tym zapominamy, a jesteśmy przecież nierozerwalnie związani z historią planety, nie w sensie filozoficznym, ale czysto biologicznym. Jesteśmy Ziemią. Tym albumem to właśnie chciałem przypomnieć, zerwać z poczuciem odrębności i alienacji.

Udział Sainkho dodaje wiele albumowi Earth. Jak doszło do waszej współpracy?

Wymyśliłem sobie, żeby na nowym albumie był wokal, i długo zastanawiałem się, komu tę rolę powierzyć. Nie chciałem jednak tradycyjnego wokalu jazzowego i wtedy przypomniałem sobie o Sainkho, której słucham od ponad 10 lat. Sainkho jest świetną artystką awangardową potrafiącą niesamowicie improwizować, zachowując przy tym indywidualny, folkowy, syberyjski rys. To niezwykle charyzmatyczna, magiczna wręcz artystka, która przeszła bardzo trudną drogę – z Syberii przez Moskwę, trafiając ostatecznie do Wiednia. Nagrała kilkadziesiąt albumów z wieloma artystami, zahaczając o zróżnicowane gatunki muzyczne. Mnie najbardziej podobają się jej awangardowe eksperymenty. Uznałem, że właśnie Sainkho świetnie pasuje do zrodzonego w mojej głowie konceptu. Nie znam drugiej takiej artystki, która potrafiłaby swoim głosem wzbudzać tak silne emocje. Jej partie wokalne są niesamowite, śpiewane w różnych językach: angielskim, ale i plemiennym, szamańskim, czasem jest to jednak strumień świadomości, gdzie słowa permutują, nabierają nowego znaczenia, stając się językiem magicznym, w którym ważniejsza jest sfera emocjonalna niż konkretne znaczenie związane ze słowem.

2.  fot. Hubert Grygielewicz.jpg

Fot. Hubert Grygielewicz

Jak kształtowała się ta muzyka – od momentu koncepcji przez koncerty po ostateczną formę, jaką jest album Earth?

Ponieważ Sainkho mieszka w Wiedniu, praca nad płytą nie była łatwa od strony logistycznej. Jako zespół, z Kamilem, Albertem i Andrzejem, przygotowywaliśmy moje kompozycje, tworząc solidną podstawę tego, co później zostało zweryfikowane po spotkaniu z Sainkho i co finalnie poukładaliśmy w formę, którą można usłyszeć na płycie. Spotkanie z Sainkho było momentem przełomowym – musieliśmy znaleźć „złoty środek” między moją koncepcją a czymś nowym, czyli silną osobowością artystyczną Sainkho i jej głosem. Wspólnie improwizowaliśmy i na tej bazie szukaliśmy spójnych rozwiązań. Przed wejściem do studia zagraliśmy jeden koncert w SPATiF-ie, weryfikując cały materiał, a w samym studiu podczas dwudniowej sesji nagraniowej zagraliśmy go na tzw. „setkę”. Album został zarejestrowany w marcu 2019 roku i różne wydarzenia, w tym pandemia COVID-19, sprawiły, że postanowiliśmy poczekać z jej wydaniem aż do teraz.

Akustyczno-ambientowe dźwięki na albumie "Earth" wymagają skupienia, wysiłku intelektualnego. Jest jednak na tej płycie utwór stanowiący swoisty „wentyl bezpieczeństwa”. Domyślasz się, o którą kompozycję mi chodzi?

Czyżby Song of Elements?

Zdecydowanie tak, ten utwór kontrastuje z pozostałymi. Celowo?

Bardzo lubię kontrasty – zarówno w sferze dynamicznej, jak i formy. Lubię łączyć różne gatunki. Chciałem, żeby płyta była różnorodna pod tym względem. Nad Song of Elements pracowaliśmy wcześniej, jeszcze przed spotkaniem z Sainkho. Masz rację, ten utwór zdecydowanie się wyróżnia na tle pozostałych, chciałem, żeby na płycie zdominowanej przez awangardowe i improwizowane dźwięki znalazła się taka wręcz piosenkowa kompozycja.

3 fot. Mikołaj Zacharow.jpg

Fot. Mikołaj Zacharow

Earth zawiera intrygującą muzykę, ale intryguje również oprawa graficzna. Jaką symbolikę kryje w sobie okładka?

To już pytanie do jej autorki Hani Podladowskiej. Interpretacja jest otwarta, choć zdecydowanie dominują tam elementy dualistyczne związane z Ziemią. Co ciekawe, okładki nie wykonano komputerowo, ale na drewnie, które zostało później zeskanowane. Widoczny czerwony pigment pochodzi z ziemi wulkanicznej z Kolumbii. Zatem okładka ma niesamowity charakter i kryje w sobie tajemnicę.

Naturalną konsekwencją wydania płyty jest jej promocja w postaci koncertów. W covidowych czasach koncerty to jednak wydarzenia wyjątkowo niepewne. Macie jakiś plan awaryjny?

Przewidywałem, że jesienią zaczną się ograniczenia, jeśli chodzi o koncerty, i jak widać, miałem rację. Nie chciałem jednak dłużej czekać z wydaniem płyty, gdyż nie wiadomo, kiedy ta sytuacja się skończy. Pozostaje nam internet, radio i prasa. Mam nadzieję, że Earth będzie można usłyszeć w tych kanałach i że dotrze do jak największej liczby odbiorców.

okładka.jpg

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO